sobota, 1 stycznia 2011

O listach jeszcze raz


Nawet nie spodziewałam się, że notka o listach wywoła jakikolwiek odzew. Tak dla jasności dodam jeszcze, ze nie wyrzuciłam ani jednej kartki z życzeniami, z pozdrowieniami z jakiegoś miejsca na ziemi. I oczywiście kilka listów zostało, ale tylko kilka. Do części kart mam szczególny sentyment ze względu na okoliczności, czy napisane słowa; niektóre są tak urocze, że nie mogę ich tak po prostu wyrzucić. Dlatego zostawiłam wszystkie. 
Listy, nawet te najzwyklejsze, zawierały czasem coś, co mnie bolało; przypominały o czymś, co chciałam zapomnieć. A część z nich... no właśnie, część z nich nie ożywi tego, co umarło, nie przywróci tego, co odeszło. Dlatego spłonęły.
A za kilka dni, kiedy rozbiorę choinkę(pewnie 6 lub 7 stycznia lub coś koło tego), zdejmę też tegoroczne karty bożonarodzeniowe z kominka i powędrują one znów do pudełek:) Bo tak zupełnie, to ja nie potrafię wszystkiego zlikwidować. 



A na koniec coś znalezionego przez mojego małżonka:





Czy nie prawdziwe:))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz