niedziela, 4 marca 2012

Dziecięca twórczość i inne sprawy



Niby wszystko po staremu, ale i jakoś inaczej. Sama nie wiem czy to wiosna znów mnie źle nastraja? Staram się z całych sił pozostać w optymistycznym nastroju, bo wiem, że jak już wpadnę w dół... 

Z większych wydarzeń to:

- Gosia miała urodzinowe przyjęcie
- umyłam samochód
- mam nowy aparat
- byliśmy w Dublinie
- zaczęliśmy wszyscy chodzić na basen

Zaraz to wszystko rozwinę, ale dla niecierpliwych najpierw kilka zdjęć z naszych wspólnych prac z dziećmi:




Obie dziewczyny zrobiły sobie spinki do włosów i pierścionki. Polegało to na pomalowaniu przejrzystych kamyków, przyklejeniu ich na gotowych spinkach, bądź kółkach(pierścionki) i cierpliwym czekaniu.





Może i namalowane wzory nie porażają swoim wyszukaniem, ale są ich własne.

A tu pierścionek:



To tyle byłoby z ich obecnych prac.


Wiosna już oficjalnie od miesiąca gości w Irlandii. Nie rozpieszcza nas temperaturami, ale też nie jest już zimą. Takie ubrania odeszły w głębiny szaf:


Całe szczęście, że zimne dni już się skończyły, bo Izabela stanowczo "podskoczyła" i "wyciągnęła się", przez co ten płaszczyk nagle stał się troszkę za mały. Kupowanie nowego teraz, kiedy już wiosna za progiem, mijało się z celem. Na szczęście pogoda nas wybawiła z kłopotu.

Jeszcze jedno zdjęcie muszę koniecznie zamieścić. Stanie na głowie czy podpieranie się głową? Jak nazwać  to, co najmłodsza robi? Trwała w takim skłonie kilka minut. Może to joga dla maluchów:)?





Teraz rozwinę punkty z listy początkowej.


Urodzinowe przyjęcie zaczęło się w naszym domu. Było tylko 6 dziewczynek plus nasze 3; w zasadzie dwie, bo Izabela nie bardzo w tym wszystkim uczestniczyła. 
Kiedy już wszyscy zjawili się w domu, podałam tort, dzieci chwilę się pobawiły, a potem... ruszyliśmy do Portlaoise, do kina. Pojechaliśmy dwoma autami; Artur pierwszy, ja za nim. Kilka km za domem przypomniałam sobie, że w domu zostawiłam okulary potrzebne jednej z dziewczynek i torbę z prezentami dla gości. Zaczęłam więc dawać Arturowi sygnały świetlne - znaczy się walić światłami długimi po oczach. Nic to nie dało. Nie skumał. Zatrąbiłam kilka razy. Nic. Wcisnęłam więc klakson, do tego dołączyłam światła i tak jechaliśmy przez chwilę. I wiecie co? Mój małżonek nadal naginał sobie na luzaka! Zero czajenia!!! Co było robić? Zahamowałam i czekałam na reakcję. Udało się. Powiedział mi później, że moje sygnały odczytał jako zabawę:)
Do kina dojechaliśmy szczęśliwie, po kolejnych przejściach(bilety, jedzenie, ciągłe liczenie dzieci i szukanie jednego albo dwóch) siedzieliśmy na sali i odpoczywaliśmy(to znaczy Artur i ja, bo dzieci oglądały film). Po seansie zabraliśmy całą ósemkę do MacDonalds'a i po posiłku, w czasie którego dziewczyny dzieliły się wrażeniami z filmu, rozdaliśmy torebeczki z prezentami i do domu. 
Powiem Wam, że byliśmy WYKOŃCZENI TOTALNIE! Niby dziewczyny są już duże, oprócz Moniki wszystkie 7-letnie, ale pomysły też mają bardziej porażające. 
W każdym razie impreza była chyba udana, bo dzieci wracały zadowolone. To wtedy też padło zdanie, którego wynikiem była akcja: czyszczenie auta. 
Monika powiedziała, że w taty samochodzie się nie je. Wytłumaczyła też wszystkim że " daddy's car is nice and shiny and mummy's car is nice and dirty" - tatusia samochód jest fajny i błyszczący, a mamy samochód jest fajny i brudny.  

Zatem kolejnego dnia pojechałam na myjnię i zafundowałam mu kąpiel w pełnym wymiarze. Moja siostra aż nie wierzyła, że podjechałam tym samym autem. Następnego dnia wyciągnęłam odkurzacz i zajęłam się wnętrzem wozu. Tą akcją wywołałam poruszenie na parkingu. Sąsiad zapytał mnie czy goście jacyś do mnie przyjeżdżają? A może jadę na test auta i muszę go wyczyścić? Nie mógł uwierzyć, że sprzątam ot tak sobie. Odkurzanie zajęło mi godzinę, ale środek wyglądał pięknie. Piszę: wyglądał, bo już woziłam dzieciaki, więc... sami wiecie:) 


Aparat. Mój fuji niestety, ale chyba padł kompletnie. Nie łapie ostrości, coś w środku chrzęści, kiedy próbuję robić zdjęcie. Długo nie mogłam się zdecydować na kupno nowego. Korzystałam z siostrzanego. Dopiero niedawno wpadły mi w oko promocje z okazji Dnia Matki(u nas to już niedługo) i skusiłam się na Nikona 120  - pod nazwą kryje się link, kto ciekawy, może sobie poczytać.






 Mój, niestety, ale nie jest czerwony, bo już takich nie było. Ostatecznie jednak kolorem się zdjęć nie robi, podobnie, jak na kolorze się nie jeździ(jeśli idzie o auta):) 
Zrobiłam już pierwsze zdjęcia i jestem zadowolona. Jest mniejszy niż ten siostry; oczywiście ma o milion mniej funkcji, ale to, co posiada też mi wystarczy. Nie jest to typowy płaski aparacik, który wsunie się do kieszeni czy torebki, ale da się przeżyć.


Dublin. Artur spotkał się z Plunketem, a ja z trójką moich dzieci łaziłam przez 4 godziny. Byłam w księgarni "Chapters" - raju dla książkoholików. Potem zwiedziłam wszystkie sklepy ubraniowe. Wybierałam je głównie dlatego, że są bezpieczne: moje dzieci nic nie zbiją, nie zniszczą totalnie, więc mam komfort psychiczny; poza tym marki takiej jak river island, debenhams czy next nie uświadczysz w Portlaoise. Nie żebym kupowała, bo nie z takim zamiarem tam poszłam. Chciałam sobie pooglądać ubrania i jakoś nic, no prawie nic, mnie nie zachwyciło. Pewnie to też kwestia dzieciaków, których trzeba było pilnować. Inaczej chodzi się na zakupy samemu, a inaczej z towarzystwem.


Basen. Znów zaczęłam pływać. I znów odkryłam przyjemność i spokój, jaki daje mi woda. Kładę się na plecach i odpoczywam. Do mnie dołączyła siostra, a tydzień później Artur. Będąc na basenie, korzystam też z sauny fińskiej(suchej) naprzemiennie z parową(tzw. łaźnią rzymską). potem kubeł zimnej wody - dosłownie! i pływanie. I tak kilka razy. Jest fantastycznie!!! 



Halo! Czy ktoś dotrwał do końca?


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz