poniedziałek, 15 lutego 2010

Krzesło



Jakiś czas temu staliśmy się posiadaczami krzeseł:




Są naprawdę solidne, z prawdziwego, ciężkiego drewna.  Sąsiedzi Irlandczycy chcieli się ich pozbyć, więc my je przygarnęliśmy. Bardzo podobają mi się ładnie wytoczone elementy:




Jedyne, co mi w nich nie pasuje, to kolor i siedziska; kolor jest za ciemny do kuchni, a w pokoju dziennym krzeseł nie przewidujemy, natomiast jeśli idzie o siedziska  - łuszczy się materiał z którego są wykonane.





Chcę je zrobić od początku. Już nawet znalazłam częściową instrukcję, jak wykonać taką plecionkę. 


Póki co na siedziskach znalazły się poduszki, które do tej pory czekały na swój czas, leżąc w pudłach:





W niedługim czasie poszukam specyfiku do zdjęcia wierzchniej, ciemnej warstwy. Chciałabym osiągnąć efekt kolorystyczny zbliżony do koloru naturalnego dębu, żeby wpasować meble do kuchni.

niedziela, 14 lutego 2010

Książki




Aby poprawić sobie nastrój po ostatnich przeżyciach, kupiłam książki. Zupełnie przypadkowo, w charity schop, znalazłam całą serię książek Meave Binchy - irlandzkiej pisarki. 
Od Artura koleżanki dostałam dwie powieści tej autorki: "Circle of friends" i "Firefly summer" i tę ostatnią zaczęłam czytać(w tym momencie "Pilot's wife" drugi raz poszła w odstawkę; jakoś nie mogę dobrnąć nawet do połowy, po kilku stronach odkładam). Wciągnęła mnie nie tyle wartką akcją, co stylem pisania; jest urokliwa. Zatem widząc na półce kolejne powieści M. Binchy nie zawahałam się ani przez chwilę. Oto mój plon:




Oczywiście są to książki z różnych serii, ale mi to nie przeszkadza, tym bardziej, że zapłaciłam za wszystko 5 euro:))

Artur dochodzi do wniosku, że w tej sytuacji potrzebne nam będą 3 regały, albo półki na wszystkich ścianach, żeby zmieścić nasze zapasy. 




Od Gosi dostaliśmy takie prezenty z okazji Walentynek:





Dzieciaki robiły w szkole te laurki, oczywiście z pomocą pani. Małgosia z dumą wręczyła nam je w domu, przypisując każdą do osoby: biedronka dla mnie, kwiaty dla taty. Artur twierdzi, że na pewno było odwrotnie:) 



Natomiast temat cesarki i złego ułożenia stanął w cieniu, choć tak naprawdę ja wciąż o tym myślę. 3 lata temu, kiedy miała się rodzić Monika i też była taka sytuacja, jakoś nie przejęłam się tak mocno ewentualną cesarką, bo nie wiedziałam co to znaczy poród naturalny. Teraz wiem i nie chcę mieć cięcia, po którym będę "wyłączona z obiegu" nie tydzień, ale co najmniej 2 lub 3. A tutaj jedno dziecko do szkoły, drugie do przedszkola. Artur może trafi z urlopem, może nie. Ustalać musi go już na początki marca, a jak trafić w termin? Nawet ten z cesarką. To wszystko mnie męczy, ale staram się myśleć pozytywnie. Rozmawiałam z moją babcią, która mnie pocieszała i stwierdziła z ogromnym przekonaniem, że dziecko się odwróci, bo ma czas. 

Zatem... czekamy.

piątek, 12 lutego 2010

Poszłam na wizytę




W końcu trafiłam do pielęgniarki. Wizytę mam za sobą. I co z tego? Czy jest mi lepiej? Nie. Czuję wściekłość!

Trzecie dziecko i trzecie pieprzone ułożenie pośladkowe.

Liczę na to, że dziecko zmieni decyzję i przekręci się głową w dół. Nie chcę mieć cesarki. Miałam jedną i nie chcę mieć drugiej. I to nawet nie o to biega, że jakoś źle dochodziłam do siebie. Nie. Ale nikt mi nie wmówi, że jest się tak samo sprawnemu, jak po porodzie naturalnym, po którym wstałam i poszłam na swoją salę. Po którym mogłam pójść i wziąć prysznic, zająć się normalnie dzieckiem, a nie być uzależnioną od innych.

Reasumując - wizyta dała mi teraz porcję stresu, który mnie nie opuści aż do momentu zapadnięcia jakiejkolwiek decyzji. Dlatego nie lubię w czasie ciąży chodzić na badania. Żeby było fajniej, za tydzień będę mieć spotkanie w szpitalu, potem za dwa pielęgniarka znowu chce mnie widzieć, itd., itd. Poezja! 

czwartek, 11 lutego 2010

Popołudniowa wycieczka




Odebrałam Małgosię ze szkoły i ze względu na piękne słońce, wybrałam się z dziećmi do parku w Emo. Wzięłyśmy ze sobą chleb, żeby karmić kaczki i łabędzie, bo to dla dziewczyn jest wciąż niesamowitą atrakcją. 
Ponieważ jest środek tygodnia, w parku było mało ludzi - można powiedzieć, śladowe ilości. Ptactwo wygłodzone, całe zleciało się do nas.  





Ze starymi łabędziami przypłynęły młode.









Stałam nad jeziorem do ostatniego okruszka. Na koniec przyleciały gołębie, kosy i rudziki. Radości było co niemiara! Na szczęście dla mnie, chleb się skończył:))



Potem poszłyśmy już do samochodu, bo pomimo słońca, było dość zimno. Nie na darmo mamy po - 5 stopni w nocy. W dzień też odczuwa się to ochłodzenie, które napływa do nas od strony Wielkiej Brytanii.


W drodze powrotnej natknęłyśmy się na kwiaty:







Kwitną głównie przebiśniegi, które pokrywają bielą całe połacie. 



Znalazł się też ciemiernik - Helleborus.


Drzewa wciąż są gołe i tylko te iglaste odcinają się zielenią od szarego tła:





wtorek, 9 lutego 2010

Zaniemówiłam




Wczoraj dostałam przesyłkę z Polski.

Kiedy otworzyłam kopertę, zaniemówiłam. W środku znajdowały sie takie cudeńka:



Dostałam je od kogoś, kogo jeszcze nie dane było mi spotkać osobiście. Myślę jednak, że łączy nas ta specyficzna nić porozumienia, a dzięki niej, kiedyś do takiego spotkania dojdzie. Może wtedy, gdy już wybierzemy się do PL samochodem, a nie samolotem? 
W tej chwili mogę tylko powiedzieć: dziękuję! Do tej pory serwetki leżą w jadalni i cieszą moje oczy; przekładam je i podziwiam kilka razy dziennie. Są dla mnie tym bardziej cenne, że ja tej techniki nie opanowałam i nie podejrzewam, żebym w przyszłości się za nią zabrała.


Poniżej najnowszy nabytek:



Dzbanuszek, który będzie pasował do naszej kuchni, w której już niepodzielnie króluje drewno, kwiaty i len.





Natomiast na kominku zagościł hiacynt, który mój małżonek sprytnie złamał, machając kocem. Był przekonany, że kwiat tylko się przygiął pod ciężarem "przeżyć" i za jakiś czas wstanie. Niestety. Kwiatostan musiał być ścięty i teraz kończy rozchylać kielichy w wodzie:

sobota, 6 lutego 2010

...




Dzisiejszego ranka Małgosia przyszła do naszego łóżka i zaczęła opowiadać mi, co też jej się śniło i jak bardzo się bała. A cóż takiego przestraszyło moje dziecko? 
Otóż śniło się jej, że zabrał mnie lekarz i rozciął mi brzuch, a potem wyjął dzidziusia(sama tak wymyśliła, bo niby jak ma wiedzieć, że dziecko przychodzi na świat inaczej?). Sen podsumowała stwierdzeniem, że ona nie chce być w ciąży.

Pod wpływem bajek zainteresowała się tematem ślubów i wybierania męża. Któregoś wieczoru podczas kąpieli, pyta mnie, jak ja wybrałam swojego męża? Zaczęłam tłumaczyć w jakiś w miarę prosty sposób, że się sobie spodobaliśmy, lubiliśmy ze sobą rozmawiać, a potem się zakochaliśmy w sobie. 
Małgosia posiedziała, przemyślała to wszystko i stwierdziła, że jak ona spotka takiego chłopca, to też się zakocha i będą mieszkać w naszym domu. Jeden warunek: chłopiec nie może być gruby! Skąd się jej to wzięło? Ze szkoły, bo podobno rozmawiała z Evie i kimś tam jeszcze na temat grubości. 

Monika natomiast przeżywa trochę mój rosnący brzuch, który wprawia ją w zadziwienie: "ale maś duzi brziuch!" - mówi to kilka razy dziennie. Małgosia powtarza, że mama jest gruba, ale wciąż ma małą głowę, więc nadal mnie kocha:))

Obu córkom natomiast przeszło ciągłe powtarzanie, że mają dzidziusia w brzuchu i że też są w ciąży. Dziś Monika to ostatecznie podkreśliła, mówiąc: "ty mamo jesteś w ciązi, a ja i Gosia nie jesteśmy w ciązi i tata teś nie jest w ciązi".

Pojawił się za to kolejny "problem". Jak ten dzidziuś się załatwia? Tu nic do najmłodszej nie trafia, poza tym, że "dzidziuś lobi w pieluśkę".


Ciekawe, jakie tematy i problemy będziemy rozwiązywać i omawiać na przestrzeni tych, niespełna trzech, miesięcy? Tak, bo to już tylko tyle i aż tyle zostało. No a ja zapomniałam o tej nieszczęsnej wizycie u pielęgniarki już drugi tydzień z rzędu. Nic to. W przyszłym tygodniu powinnam to załatwić.

czwartek, 4 lutego 2010

Trochę machania igłą




Dziś zaczęłam szyć zasłony do naszej sypialni. Co prawda karnisze stoją wciąż pięknie zapakowane, ale przecież kiedyś - taką mam nadzieję - znajdą się na ścianie. 


Materiał kupiłam jeszcze w Polsce z myślą, że będą to zasłony na okres wiosenno letni. Chcę, żeby były przeźroczyste, żeby przepuszczały światło rankami:


 


Materiał już jest pocięty i obrębiony i czeka na taśmę:
 



Sypialnia będzie urządzana w kolorach ciemny brąz + fiolet lub niebieski. W brązach będą meble(takie właśnie mamy łóżko), kolory zaś to zasłony, pościel.  Myślę, że przy naszych białych ścianach będzie to ładnie wyglądać.
Na okres zimowy planuje drugi komplet zasłon - grubszych, z podkładem, aby stopowały napływ chłodnego powietrza. Zapewne wtedy zdecyduję się na fiolet.


Tymczasem, na moim oknie, do niedawna stały takie fiolety:  




Teraz już przekwitły i czekają na swoje miejsce w ogrodzie.