niedziela, 14 lutego 2010

Książki




Aby poprawić sobie nastrój po ostatnich przeżyciach, kupiłam książki. Zupełnie przypadkowo, w charity schop, znalazłam całą serię książek Meave Binchy - irlandzkiej pisarki. 
Od Artura koleżanki dostałam dwie powieści tej autorki: "Circle of friends" i "Firefly summer" i tę ostatnią zaczęłam czytać(w tym momencie "Pilot's wife" drugi raz poszła w odstawkę; jakoś nie mogę dobrnąć nawet do połowy, po kilku stronach odkładam). Wciągnęła mnie nie tyle wartką akcją, co stylem pisania; jest urokliwa. Zatem widząc na półce kolejne powieści M. Binchy nie zawahałam się ani przez chwilę. Oto mój plon:




Oczywiście są to książki z różnych serii, ale mi to nie przeszkadza, tym bardziej, że zapłaciłam za wszystko 5 euro:))

Artur dochodzi do wniosku, że w tej sytuacji potrzebne nam będą 3 regały, albo półki na wszystkich ścianach, żeby zmieścić nasze zapasy. 




Od Gosi dostaliśmy takie prezenty z okazji Walentynek:





Dzieciaki robiły w szkole te laurki, oczywiście z pomocą pani. Małgosia z dumą wręczyła nam je w domu, przypisując każdą do osoby: biedronka dla mnie, kwiaty dla taty. Artur twierdzi, że na pewno było odwrotnie:) 



Natomiast temat cesarki i złego ułożenia stanął w cieniu, choć tak naprawdę ja wciąż o tym myślę. 3 lata temu, kiedy miała się rodzić Monika i też była taka sytuacja, jakoś nie przejęłam się tak mocno ewentualną cesarką, bo nie wiedziałam co to znaczy poród naturalny. Teraz wiem i nie chcę mieć cięcia, po którym będę "wyłączona z obiegu" nie tydzień, ale co najmniej 2 lub 3. A tutaj jedno dziecko do szkoły, drugie do przedszkola. Artur może trafi z urlopem, może nie. Ustalać musi go już na początki marca, a jak trafić w termin? Nawet ten z cesarką. To wszystko mnie męczy, ale staram się myśleć pozytywnie. Rozmawiałam z moją babcią, która mnie pocieszała i stwierdziła z ogromnym przekonaniem, że dziecko się odwróci, bo ma czas. 

Zatem... czekamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz