piątek, 23 listopada 2012

Powrót do kraju i rzeczywistości




Kochani!

Dziękujemy Wam wszystkim za wspaniały pobyt w Polsce, za cały czas, który poświęciliście naszej rodzinie. Było wspaniale! Dzieciaki miały okazję spotkać się z rodziną, Izabela poznać wszystkich(a wszyscy ją). Pośmialiśmy się, pobawiliśmy się i czasem pokłóciliśmy się, ale takie przecież jest życie:) Nasze dziewczyny miały okazję mówić tylko po polsku, co dobrze im zrobiło. Bawiliśmy się na wspaniałym weselu. I tu znowu: dzieciaki zobaczyły co to znaczy polskie wesele - tutaj w Irlandii wywołujące zachwyt i zdziwienie ogromne, że tak może być?!
Czas przeleciał szybko. Nie wiedzieć kiedy i już musieliśmy się pakować i odlatywać... Zabraliśmy trochę zdjęć i mnóstwo wspomnień. 

Łzy zakręciły się w moich oczach, kiedy samolot wzniósł się nad Warszawą... trochę żal odjeżdżać... w głowie pojawiła się myśl: znowu ktoś "odejdzie na zawsze" zanim przylecę tutaj kolejny raz... żegnałam się już z osobami i żegnałam się z nimi ostatni raz, nawet nie wiedząc o tym. Dla mnie to jest najgorsze w naszym życiu w innym kraju. 


Jestem szczęśliwa, że udało się mi spotkać moją przyjaciółkę z dzieciństwa(hej Marta!); to było niesamowicie poruszające spotkanie. Nie widziałyśmy się wieki!!! Marta, dziękuję, po prostu dziękuję.

Ciesze się, że spotkałam się z Asią, która jest niesamowicie zajęta, a mimo wszystko późno w nocy przyjechała do nas. Szkoda, że dana nam była tylko chwilka w pośpiechu, ale ciesze się i z niej. 





A teraz... powrót do rzeczywistości. 



Wczoraj wylądowaliśmy w Dublinie. Lot bez większych niespodzianek, troszkę opóźniony, może jakieś 15-20 minut, lądowanie obyło się bez płaczu, ze zatyka uszy(lecąc do Polski też spałą, więc jakby nie poczułam co to znaczy bezowocnie uspokajać maluch w czasie lotu). Na parkingu czekał na nas samochód Artura - razem z Moniki misiem(został aby pilnować hondy - tak jej wytłumaczyliśmy, kiedy rankiem chciała wziąć misia na pokład samolotu). Po raz pierwszy skorzystaliśmy z takiej opcji - pozostawienie swojego auta na parkingu długoterminowym. Jestem szalenie zadowolona, bo przyjechaliśmy tak, jak chcieliśmy i odjechaliśmy do domu szybciutko, bez zbędnych taksówek, kierowców, itp.

Potem jazda do Portarlington, zakupy, powitanie mojego wypoczętego renault, który "zaryczał" swoim głębokim warkotem, kiedy go odpaliłam. A dziś... dzień jak każdy inny:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz