wtorek, 14 czerwca 2011

Ranek




Ranek...




Zwichrzone włosy, zaspane spojrzenia, pierwsze mleko w tym dniu...




I biedna, zakatarzona Izabelka:


...odkryła, że na ławce w parku można stanąć i jest wtedy lepszy widok na wszystko.

Czapeczka nr dwa



Szyta na wyrost, więc nie wypełniona jeszcze do końca główką, co będzie widać na zdjęciach:))

Jestem zadowolona i nie. Otóż szycie bez mierzenia kończy się przeróbkami, których będę musiała dokonać. Wiązadełka przyszyte są zbyt blisko - do poprawki. Poza tym musiałam zrobić dodatkowe zakładeczki - zakładusie rzekłabym - żeby czapka  w tej chwili przylegała bardziej do głowy i zakrywała uszy. 



Iza wygląda jak mała pyza. Sznureczki wyeksponowały jej pucki. 














I na płask:




No nic. Kolejna będzie na pewno lepsza i na pewno w trakcie szycia przymierzana. 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Wszystkie trzy...







...czyli trzy opaski razem:



Izabelki już pobrudzona, niestety:)


U Moniki jest taki kwiat:



U Gosi troszkę inny:




Krążków z materiału narobiłam swego czasu cały stos, teraz po prostu wybieram i dopasowuję do potrzeb, kiedy takie zaistnieją:




Wieczorem popracowałam troszkę nad ostatecznym wykończeniem sukienki dla Małgosi i mam nadzieję, że wkrótce zaprezentuję ją na właścicielce. 
Poza tym zeszyłam drugą czapeczkę dla Izabelki, jutro przymierzymy i tu również mam nadzieję, że będzie pasować. 
Wyciągnęłam też narzutę z elementów, ale po chwili musiałam znów wszystko spakować, niestety. Nic to, jej czas też nadejdzie.


hrabina.ee, poniedziałek, 13 czerwca 2011 

sobota, 11 czerwca 2011

Dzień upłynął pod znakiem gotowania



Chociaż może nie aż tak bardzo samego gotowania, co po prostu przygotowywania różnych rzeczy. Zaopatrzyłam się w dość spore ilości warzyw i owoców(w naszym domu idzie to jak woda), bo przeceniono je na połowę w naszym lokalnym markecie. 
Oczywiście banany zniknęły prawie od razu, bo i dzieci i Artur po prostu je kochają! Ananasy uratowało to, że były jeszcze niedojrzałe, ale już nabierają rumieńców i już są konsumowane. Za to pozostałam z hurtowymi ilościami brzoskwiń, nektarynek, mandarynek i moreli. Do tego zakupiłam porządny zapas jabłek: tych deserowych i tych na szarlotki(Artur uwielbia to ciasto, a i wśród Irlandczyków zyskało sławę i dopytują się konkretnie o nie). Poza tym warzywa... wszystko to wymagało jakiejś, chociaż wstępnej, obróbki. 
Dziś zabrałam się za owoce. Pierwsza partia jabłek przesmażona i zmknięta w słoikach, reszta musi poczekać na wolne pojemniki:)
Brzoskwinie, jabłka i nektarynki przetarłam blenderem, dodałam trochę soku z marchewki i tą gęstą ciecz wlałam do worków na lód. Potem sukcesywnie rozmrażam i dodaję do przetartego ryżu z mlekiem. W ten sposób mam gotową kaszkę ryżowo-mleczną z dodatkiem owoców. 
Oczywiście jeden wieczór muszę poświęcić na pracę, ale potem tylko wyciągam gotowe porcje i podgrzewam. 

Podobnie robię z ryżem, jeśli ugotuję go w większej ilości. Ucieram z mlekiem, mieszam z rozdrobnionymi owocami i zamrażam w odpowiednich porcjach. Tu już muszę mieć pojemniczki, bo w woreczki na lód taka papka się nie wciśnie. 
Iza uwielbia te kaszki, zajada się nimi niesamowicie. 

W lodówce wciąż pozostałą jeszcze marchewka, pory i pietruszka do przerobienia, tzn. pocięcia i spakowania do worków. Potem 15 minut i zupa wstawiona. 
Dzieci nauczyły mnie takiej koordynacji wszystkiego, żeby było łatwo i szybko. Mięso, kości, żeberka, wszystko pakuję w odpowiednich porcjach i podpisuję. To naprawdę ułatwia mi życie, szczególnie w takie dni, jak teraz. 


A co takiego jest teraz?


Iza ząbkuje na potęgę!!! Najpierw, przez prawie rok była cisza, pojawił sie jeden ząbek i dalej nic. Za to teraz... Cztery na górze już prawie widać, kiedy mała się śmieje. Dziś zauważyłam, że prawie przetarły się górne czwórki(trójek jeszcze nie ma) i na dole bieleją również czwórki. Dzieciak jest dość marudny, oczywiście katar pojawia się co chwilę, nos bywa zapchany... a wszystko przez te zęby. 

Gosia i Monika prawie kończą rok szkolny. Ostatni dzień to 29 czerwca. Tak, to jeszcze tyle czasu, ale nie dla mnie. Ja już czuję się chora, kiedy myślę o wakacjach i trzech diabełkach w domu.


W wolnych chwilach zajmuję się ogródkiem. Iza, a czasem Monika, dzielnie mi pomagają. Ostatnio na przykład, Izabela nosiła kamienie i wrzucała do piaskownicy, potem do wody i znowu do piasku. Monika wydłubywałą trawę po jednym ździebełku i tak właśnie nosiła do kosza. 
Dzięki ich niesamowitemu wsparciu powtało takie coś:




W roli głównej wiciokrzew, koło niego bratki i ździebełka pietruszki o karbowanych liściach.







W drugim rogu ogrodu powojnik odmiana "Polish Spirit" - purpurowa:



...i kolejne, tym razem białe, bratki.


Obsadziłam też donicę:



W środku wyżlin, czyli lwia paszcza, a wkoło bratki, w mieszance kolorów. 

Lwie paszcze powędrowały jeszcze przed dom. Dołączyły do nich gazanie i stokrotki, ale o tym innym razem.

W ogrodzie tylnym mam jeszcze miejsce na kolejne dwa powojniki. Są to odmiany 'Jan Paweł II' i montana var. rubens. Obie odmiany o jasnych kwiatach, zamierzam zatem posadzić je po obu stronach purpurowego 'Polish Spirit'. 
I w ten sposób mój ogród rozrasta się...

piątek, 10 czerwca 2011

Pierwsza opaska



Dziś zszyłam sukienkę Małgosi, ale zgodnie z sugestią Artsajke, przygotowałam materiały na pasującą kolorystycznie opaskę. Z tym, że od razu wycięłam trzy części, żeby zrobić jednym rzutem opaski dla trójki moich dziewczyn.

Na pierwszy rzut poszła opaska nie Małgosi, a Izabelki. To, można rzec, produkt próbny, ale jestem całkiem zadowolona. Na podesłanych przez Artsajke stronach były wskazówki, jak uszyć opaskę. Poczytałam, popatrzyłam i stworzyłam coś swojego, bo miałam trochę inne potrzeby.  


A oto produkt finalny:








Ponieważ materiał musiałam już sztukować, szef zamaskowałam stworzonym naprędce kwiatkiem:



Delikatną bawełnę usztywniłam starą taśmą, która zapewne pamięta jeszcze czasy PRL-u, ale jako usztywnienie sprawdza się świetnie. Końce taśmy połączyłam gumką i wszystko to wciągnęłam w tunel z materiału głównego, po czym zeszyłam.


Teraz powstaną opaski dla Gosi i Moniki. 

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Pierwszy łańcuszek



Zrobiony z motywów rozety mam za sobą. Teraz zaczęłam drugi. Rządek rozet  składa się z 6 elementów.





Takich części ma być dwie. 






Jak już zrobię drugi rządek, to pozostaje popracować nad górą. 


W międzyczasie robię szalik, a w zasadzie szaliki, do kompletu z opaskami. Z tym, że to praca na kilka miesięcy, bo do szalików dorywam się tylko momentami. 

niedziela, 5 czerwca 2011

Dzieciowato, imprezowo



Kolejna porcja zdjęć, tym razem pod kątem rodziny. Główny temat: Izabela, czasem Monika i najmniej widoczna Gosia:)


Pogoda nam dopisała przez ostatnie aż!!! 3 dni, więc w ogródku odchodziła zabawa całymi dniami. Dzieciaki biegały w skarpetkach, boso, półnagie czasem. Izabela kocha być boso w ogrodzie. Kiedy pierwszy raz staje na trawie, śmiesznie kurczy paluszki, potem już stąpa normalnie.


Niestety, pierwszego dnia pięknego lata była zasmarkana, potem jej przeszło:




Butelka z piciem na ziemi, kapelusz zgubiony...



...wszystko to mało ważne.


Monika wracała z przedszkola i zaczynała się zabawa:




...niejednokrotnie kłótnia o zabawki...






Szybkie pociągnięcie z kubka pełnego mleka, żeby ugasić pragnienie i dalej do ogrodu:





Wczoraj po południu zaproszeni byliśmy do Ann i Davida, bo ich najmłodsza córka - Jessica - miała chrzest. Obie moje panny wystroiły się w białe kiecuszki, pięknie uczesały:



Monia jeszcze w naszym domu...




...Gosia już w ogrodzie Ann.



Pełno było dzieci w najróżniejszym wieku. Jak można określić sytuację tam panującą? Dzieci przychodziły z problemami(bo te oczywiście były i to OGROMNE! bo na przykład ktoś spojrzał na kogoś źle) do kogokolwiek z dorosłych. I każdy starał się rozwiązać problem najlepiej jak umiał. Moimi dziećmi zajmował się ktoś, ja miałam czyjeś dziecko, potem wymiana i tak cały czas:))





Tutaj mam maluch koleżanki, która jest już w 9 miesiącu ciąży, więc troszkę ciężko było jej nosić ponad roczną dziewczynkę. Sofia, jak widać, nie robiła z tego problemu:) Mogła być z mamą, mogła byc ze mną, czy z kimkolwiek innym.



Iza szalała w ogrodzie:




Próbowała ganiać koleżankę:




...ale najbardziej ukochałą psa Ann. Biegała za nim, targała go za sierść:



Oczywiście bouncy castle, czyli nadmuchany zamek, był ogromną artakcją. Nawet Izabela chciała się się wspinać. 




Jako jedna z największych uczestniczek przyjęcia, miała też swoje krzesło:)



...na którym siedziała całe 10 minut!


Zdjęć mam mnóstwo z moimi starszymi córkami, ale ze względu na obecność dzieci innych osób, nie umieszczam ich tutaj.

Dodam tylko, że bawiliśmy się super. Ann zaprosiła Caroline, Leanee i mnie, bo przyjaźnimy się dość blisko. Poza tym była rodzina Ann i Davida oraz bliscy sąsiedzi. Przyjęcie odbywało się w domu i ogrodzie. My, jako jedyni obcokrajowcy byliśmy na początku przedstawiani, pytani o nasz pobyt tutaj i inne standardowe rzeczy. Potem już "wtopiliśmy się" w imprezę. 

To, co było miłe(nie wiem czy tak jest wszędzie, ale tutaj sytuacja wydawała się naturalna) to to, że goście pomagali w przygotowaniach, w sprzątaniu, w opiece nad dziećmi. Każdy czuł się swojsko i u siebie.