sobota, 11 czerwca 2011

Dzień upłynął pod znakiem gotowania



Chociaż może nie aż tak bardzo samego gotowania, co po prostu przygotowywania różnych rzeczy. Zaopatrzyłam się w dość spore ilości warzyw i owoców(w naszym domu idzie to jak woda), bo przeceniono je na połowę w naszym lokalnym markecie. 
Oczywiście banany zniknęły prawie od razu, bo i dzieci i Artur po prostu je kochają! Ananasy uratowało to, że były jeszcze niedojrzałe, ale już nabierają rumieńców i już są konsumowane. Za to pozostałam z hurtowymi ilościami brzoskwiń, nektarynek, mandarynek i moreli. Do tego zakupiłam porządny zapas jabłek: tych deserowych i tych na szarlotki(Artur uwielbia to ciasto, a i wśród Irlandczyków zyskało sławę i dopytują się konkretnie o nie). Poza tym warzywa... wszystko to wymagało jakiejś, chociaż wstępnej, obróbki. 
Dziś zabrałam się za owoce. Pierwsza partia jabłek przesmażona i zmknięta w słoikach, reszta musi poczekać na wolne pojemniki:)
Brzoskwinie, jabłka i nektarynki przetarłam blenderem, dodałam trochę soku z marchewki i tą gęstą ciecz wlałam do worków na lód. Potem sukcesywnie rozmrażam i dodaję do przetartego ryżu z mlekiem. W ten sposób mam gotową kaszkę ryżowo-mleczną z dodatkiem owoców. 
Oczywiście jeden wieczór muszę poświęcić na pracę, ale potem tylko wyciągam gotowe porcje i podgrzewam. 

Podobnie robię z ryżem, jeśli ugotuję go w większej ilości. Ucieram z mlekiem, mieszam z rozdrobnionymi owocami i zamrażam w odpowiednich porcjach. Tu już muszę mieć pojemniczki, bo w woreczki na lód taka papka się nie wciśnie. 
Iza uwielbia te kaszki, zajada się nimi niesamowicie. 

W lodówce wciąż pozostałą jeszcze marchewka, pory i pietruszka do przerobienia, tzn. pocięcia i spakowania do worków. Potem 15 minut i zupa wstawiona. 
Dzieci nauczyły mnie takiej koordynacji wszystkiego, żeby było łatwo i szybko. Mięso, kości, żeberka, wszystko pakuję w odpowiednich porcjach i podpisuję. To naprawdę ułatwia mi życie, szczególnie w takie dni, jak teraz. 


A co takiego jest teraz?


Iza ząbkuje na potęgę!!! Najpierw, przez prawie rok była cisza, pojawił sie jeden ząbek i dalej nic. Za to teraz... Cztery na górze już prawie widać, kiedy mała się śmieje. Dziś zauważyłam, że prawie przetarły się górne czwórki(trójek jeszcze nie ma) i na dole bieleją również czwórki. Dzieciak jest dość marudny, oczywiście katar pojawia się co chwilę, nos bywa zapchany... a wszystko przez te zęby. 

Gosia i Monika prawie kończą rok szkolny. Ostatni dzień to 29 czerwca. Tak, to jeszcze tyle czasu, ale nie dla mnie. Ja już czuję się chora, kiedy myślę o wakacjach i trzech diabełkach w domu.


W wolnych chwilach zajmuję się ogródkiem. Iza, a czasem Monika, dzielnie mi pomagają. Ostatnio na przykład, Izabela nosiła kamienie i wrzucała do piaskownicy, potem do wody i znowu do piasku. Monika wydłubywałą trawę po jednym ździebełku i tak właśnie nosiła do kosza. 
Dzięki ich niesamowitemu wsparciu powtało takie coś:




W roli głównej wiciokrzew, koło niego bratki i ździebełka pietruszki o karbowanych liściach.







W drugim rogu ogrodu powojnik odmiana "Polish Spirit" - purpurowa:



...i kolejne, tym razem białe, bratki.


Obsadziłam też donicę:



W środku wyżlin, czyli lwia paszcza, a wkoło bratki, w mieszance kolorów. 

Lwie paszcze powędrowały jeszcze przed dom. Dołączyły do nich gazanie i stokrotki, ale o tym innym razem.

W ogrodzie tylnym mam jeszcze miejsce na kolejne dwa powojniki. Są to odmiany 'Jan Paweł II' i montana var. rubens. Obie odmiany o jasnych kwiatach, zamierzam zatem posadzić je po obu stronach purpurowego 'Polish Spirit'. 
I w ten sposób mój ogród rozrasta się...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz