poniedziałek, 7 lutego 2011
Noc minęła
Dziękuję za Wasz słowa wsparcia i pocieszenia. Tak, to wszystko minie i jak zauważyła Kalina, wszystkie wyzdrowieją prawie w tym samym czasie. Już wkrótce będzie lepiej:) Dziękuję za rady, co zrobić, za Wasze dzielenie się doświadczeniem.
Odnośnie słów Mamuśki: u nas stosuje się naprzemiennie nurofen z calpolem. Calpol zawiera paracetamol i zawsze, kiedy rozmawiam z Seanem słyszę: raz nurofen, raz calpol. Przyznam się, że nigdy nie wgłębiałam się dlaczego(akurat do tego lekarza mam bezgraniczne zaufanie) i nie zapytałam go o to.
Oczywiście dziś odwiedziliśmy go całą rodziną. Przebadał wszystkie trzy(Iza tym razem tylko troszkę wrzeszczała, co rokuje nadzieję na przyszłość) i orzekł, że przeżyjemy:) Może być ciężko i upierdliwie, ale w końcu damy radę.
Kiedy już prawie opuszczaliśmy gabinet zauważył, że Artur powinien pamiętać o przyszłym poniedziałku. Zaskoczył tym mojego małżonka strasznie. - A co takiego jest za tydzień? - zapytał Artur. Sean pokazał mu kalendarz: 14 luty. - Pamiętaj o tym dniu, bo inaczej możesz tu do mnie wrócić. - powiedział, a ja dodałam tylko, że byc może nawet ze złamanym nosem:)
Prawda natomiast jest taka, że jakoś szczególnie nie obchodzimy walentynek.
Iza śpi, Monika też, Gosia trochę żywsza, ale wciąż spokojna. Dzięki temu mogłam tu coś popisać.
niedziela, 6 lutego 2011
Ciężka noc przed nami
Wszystkie dzieci chore...
W piątek, o 3 w nocy, pojechałam z Małgosią do szpitala na ostry dyżur. Już w tygodniu skarżyła się na ból brzucha. Nagle dostała wysokiej temperatury, zaczęła płakać i pokazywać prawą stronę brzucha. Kiedy nacisnęłam, krzyczała z bólu. Przestraszyłam się, że to wyrostek. Na szczęście to nie było to. Zapalenie migdałków - tak określili po oględzinach i badaniu. Dostała antybiotyk i przed piątą byłam z nią w domu.
Dziś, po 4 dawkach antybiotyku, wciąż nie ma poprawy. Gorączka się utrzymuje mimo podawania leków na jej zbicie. Mało tego. Do Gosi dołączyła Izabela z samego rana, a po południu Monika. Wszystkie z temperaturą około 38 stopni. I tutaj to samo: cały dzień podawania nurofenu i calpolu nie daje nic! Zaczęłam przykładać mokre ręczniki do czoła - to znacznie obniżyło gorączkę, dziewczyny zaczęły spokojniej spać.
Jutro idziemy do Sean'a, a teraz, aby tylko przetrwać noc. I oby im się już nie pogorszyło.
piątek, 4 lutego 2011
Dawno temu
To był chyba kwiecień, końcówka, kiedy wyciągnęłam szydełko i zaczęłam realizacje nowej rzeczy. Początkowo szło szybko - małe, krótkie okrążenia, Iza spała dłużej; potem szybkość pracy spadła, aby powoli osiągnąć zero. Podjęłam nowe projekty i szydełko zamknęłam w kuferku.
Niedawno do niego sięgnęłam, zrobiłam przegląd, zrobiłam kilka rządków i dzięki temu zamknęłam pierwsze okrążenie motywów promienistych.
Jak widać,po kolejnych kilku okrążeniach, uwidacznia się motyw drugi. Oby zapału wystarczyło mi na dłużej:)
wtorek, 1 lutego 2011
Świeczniki
Stare, metalowe, jeszcze nie odczyszczone.
Na razie są w ciemnym brązie, który kiedyś pasowałby mi do koncepcji. Teraz muszę je lekko przemalować.
Świeczniki rozkręcają się w dwóch miejscach. Skrzypią przy tym niemiłosiernie:)
Na razie powędrowały na półkę w kuchni, żebym o nich nie zapomniała. Stoją sobie na tyłach, razem z naftową małą lampką:
niedziela, 30 stycznia 2011
Pokój dziewczyn
W tym roku postanowiłam, że spróbuję zrobić coś z pokojem dziewczyn. Nie wiem na ile uda mi się zrealizować plany, ale spróbuję. Póki co na ścianach pojawiają się prace dziewczyn:
Mocuję je przy pomocy tworzywa, podobnego do plasteliny,; jest miękkie, lekko klejące. Odstaje bez zostawiania śladów.
Na pierwszym zdjęciu prace Gosi, na drugim Moniki.
Poniżej wyklejana mozaika:
Mam na myśli te dwa motyle. Monika wykazała się sporą cierpliwością, potem poprosiła mnie o dokończenie. Małgosia zrobiła prawie całość, ale też już chciała mieć motylka i troszkę jej pomogłam.
Pod innym kontem patrzenia skrzydła motyli niesamowicie błyszczą:
W zestawie było 4 takie motylki. Trzeci jest na ukończeniu, a czwarty dziewczyny podarowały Evie.
Teraz moja mała praca.
Kiedyś Gosia i Monika dostały gumki i spinki z wklejanymi sercami. Serca wypadły i zostały takie smętne resztki:
Wzięłam do ręki szydełko i zrobiłam kwiatki, po czym wkleiłam je w puste miejsca:
To tylko jeden przykład, bo inne powędrowały do Evie, albo zostały spakowane gdzieś w przepastne worki na skarby:)
czwartek, 27 stycznia 2011
Znowu piątek
Aż trudno mi w to uwierzyć, że kolejny tydzień strzelił. Minął tym szybciej, że tyle spraw trzeba było załatwić. Jedne z pozytywnym skutkiem, inne nie.
Monika nie pójdzie do szkoły, taka jest oficjalna decyzja dyrektorki. Poczekam jeszcze do końca lutego, potem zobaczymy. W każdym razie włosów z głowy rwać nie będę, skoro już tak się stanie. Pewnie, że byłoby mi łatwiej - odwieźć obie do szkoły na tę samą godzinę i koniec. Może jednak Monice potrzebny jest jeszcze jeden rok? Może ona psychicznie nie radzi sobie z byciem w przedszkolu? Może za rok byłoby inaczej? Pytania, pytania, pytania i ani jednej odpowiedzi.
Gosi wypadły oba dolne zęby. Wypadły już bardzo dawno temu, tylko nie miałam czasu o tym pisać. Oczywiście pomogła im bardzo. Kolebała nimi i kolebała:)
Potem zaczął jej w tym "kiwaniu" pomagać Artur. Kiedy już ząb wisiał na jednym włosku pokazywali mi i się cieszyli, kiedy odwracałam wzrok. Nie wiem, jak Wy, ale mi się słabo robi, dosłownie dostaję ucisku jakiegoś w żołądku, kiedy widzę taki chybotający się kawałek czegoś przynależnego do naszego ciała. Mniejsza z tym. Zęby wypadły, "kiwają" się następne. W szkole dosłownie licytacja: komu więcej wypadło! Evie pokazała mi dziś swój ząb, który wypadł w szkole. Trzymała go z taką dumą i uśmiechem:)
Zdjęcie poniżej mało ostre, ale wstawiam, bo muszę pokazać, jak Izabelka zaczepia śpiącego tatę. Podnosi się i ciągnie koc:
A na kolejnym...
...tata leży, dziecko bawi się komórą.
I wreszcie to, co wydarzyło się dwa tygodnie temu:
Iza wstała do pionu. Teraz już porusza się przy stabilnych przedmiotach, jeśli tylko stoją dość blisko siebie.
Ponieważ zyskała dużą swobodę działania, można powiedzieć, że biega po kuchni. Którymś razem zmywam sobie naczynia, Iza bawi się na podłodze i... taka cisza zapadła. Cisza mnie zawsze niepokoi - nienaturalna jakaś jest. Wychylam się i co widzę? Dziecko popchnęło sobie drzwi balkonowe, one się otworzyły i świat poza nimi oczarował Izę. Siedziała tak sobie na podłodze, na przeciw tych drzwi i aż buzię rozchyliła z zaskoczenia, zachwytu...?
I jeszcze dwa zdjęcia z wycieczki styczniowej do Emo:
I moja trójca:
Podzielę się z Wami jeszcze moimi doświadczeniami związanymi z dużym samochodem i dziećmi. Otóż mając 7-siedzeniowe auto, czasami ma się też problem z dziećmi, które chcą siedzieć tylko w bagażniku i wszystkie w jednej chwili. Jedynie Iza jeszczenie protestuje i siedzi na tyle. Wiecie kiedy problem się zaognia? Kiedy masz mało czasu na dojechanie gdzieś tam i jesteś sama z czwórką dzieci, 3 plecakami, kocykiem i wózkiem.
Tak było ostatnio. Artur w pracy, Dany nie ma, a ja pół dnia wożę dzieci.
Uwierzcie, że rozwiązywanie konfliktów, przypinanie pasów, ładowanie wszystkich sprzętów, zajmowało więcej czasu, niż sama jazda. Oczywiście dało się to wszystko ogarnąć, a jakże. Przy czym nic to w porównaniu z dalszym zamętem, w domu Ann i Davida.
Wychodzimy z domu, przy aucie już wzrasta napięcie, bo drzwi od bagażnika obstawione przez trójkę dzieci.
Evie i Gosia oświadczają, że jadą w bagażniku, Monika też tam chce, bo z tyłu już nie jest tak fajnie. W końcu, po namowie, siada na swoim miejscu. Wszystkie cztery pozapinane, drzwi zablokowane.
Jedziemy do domu Evie, żeby przebrała się na gimnastykę. Jej ojciec, David, wcześniej już o tym wiedział, więc wpadam tam, przeświadczona, że wszystko pójdzie gładko,a on nie ma przygotowanego dosłownie nic. Zaczyna się: a gdzie masz ubranie? Nie wiem. A może w pokoju? Nie. A może to weźmiesz?...itd. W tym czasie moje dwie dziewczyny rozbiegają się po domu, który traktują prawie jak swój. Ja sadzam Izę na podłodze, biorę miseczkę z jedzeniem i karmię, zostawioną przez Davida, Jessicę. Wpada Monika bębniąc na gitarze, Gosia gdzieś gania z Evie po domu... chaos! Dobrze, że przezornie wyjechałam pół godziny przed zajęciami. Po 20 minutach wychodzimy z domu, zagarniając wszystkie dzieci i tym razem jest mi łatwiej, bo David zapina dzieciaki w bagażniku, a ja te na tylnych siedzeniach. Jeszcze tylko hala sportowa, ponowne przypięcie - już tylko dwójki dzieci - i do domu. Koniec dnia! David odbiera dziewczyny po zajęciach:)
Oczywiście nie ma tak każdego dnia, ale raz w tygodniu się zdarza.
środa, 26 stycznia 2011
Kolejna cisza
Znowu jakoś nie mam czasu na pisanie. Mamy tyle rzeczy na głowie... Podjęliśmy decyzję o zakupie drugiego auta i już je mamy. Artur nie jest najszczęśliwszy z tego powodu, bo tym razem to on jest właścicielem i to on płaci główne ubezpieczenie. Ponieważ nie miał żadnych ulg z Polski, kwota jest pokaźna. Wychodzi na to, że jednak siostrę spróbujemy dopisać do mojego auta ze względu na to, że osiągnęłam maksimum w zniżkach i płacę zaledwie 25% całego ubezpieczenia. Ona już jest przerażona prowadzeniem kombi i wszystkimi manewrami, a najbardziej chyba tym, że auto ma wspomaganie kierownicy i nie bardzo chce się słuchać:)
Zbliżają się urodziny Gosi, mój brat chce podarować jej rower. My tylko mamy wybrać sobie model. Z kolei w Portarlington jest kurs pływania dla małych dzieci. Zastanawiamy się z Ann czy nie wysłać tam naszych dziewczyn. Przy okazji może dołączyć Monikę? Byłaby bardziej pewna siebie w towarzystwie Gosi.
Doszedł nam problem ze szkołą Moniki. Prawdopodobnie zostanie na trzeci rok w przedszkolu, bo urodziła się o 17 dni za późno. Do szkoły przyjmą dzieci urodzone do 30 kwietnia; one będą miały już 4 lata. Reszta, jako że nie gotowa jeszcze, zostaje w przedszkolach. I tu się łapie Monika. Okazuje się, że dziecko z 30 kwietnia mające już cztery latka, może podjąć obowiązki szkolne, ale ona, jako trzylatek, już nie. Czy te 17 dni robi taką różnicę w rozwoju? Według mnie nie. Sheila - nauczycielka z przedszkola, powiedziała, że będzie rozmawiać z dyrektorką na ten temat, ponieważ Monika jest absolutnie gotowa i kolejny rok z maluchami będzie dla niej zbyt nudny.
Moja rozmowa z dyrektorką nie dała nic, poza tym, że wpisała mnie na listę oczekujących. Twierdzi, że jeśli mnie nie stać na kolejny rok płacenia, to mogę w takim razie potrzymać dziecko w domu:) Ja z kolei wiem, że nie mogę, bo z nowym rokiem szkolnym Monika nie znałaby nikogo!
Ja staram się rozumieć punkt widzenia dyrektorki: najpierw musi przyjąć wszystkie dzieci, które się załapały, ale Monika to moja córka i chcę, żeby ominął ją kolejny stres: pójście do szkoły z dziećmi, których nie zna. Nic to. Zobaczymy , jak wyjdzie. Zrobiłam co mogłam, więcej już nie wskóram, chyba, że słowa Sheili jeszcze coś pomogą.
Dwa dni temu dopadła nas tutejsza choroba wymiotno-biegunkowa(sorry za dosłowność, ale to naprawdę tylko na tym polega). Zaczęło się od Gosi, która dostała tylko strasznych bólów brzucha w nocy. Rano było ok. Tego dnia zaczął się problem z moją siostrą i ją, jako najmniej zaprawioną w boju, powaliło najgorzej. Pierwszy raz przechodziła to u nas. Kiedy następnego dnia wieczorem doszła do siebie, w nocy poległa Iza. Na szczęście skończyło się tylko na jednym solidnym wymiotowaniu. Wczoraj z samego rana padł Artur, a ja późnym popołudniem, kiedy byłamw Portlaoise. Czym prędzej wsiadłam do samochodu, żeby zdążyć dojechac do domu jeszcze przed "głównym punktem" - w końcu samochód chciałam miec czysty:) Udało się. Po 2-3 godzinach byłam już zdrowa, Artur wracał do formy, ale w nocy nadeszła kolej na Monikę. Opróżniła cały żołądek w łóżku. Teraz już czuje się lepiej. Myślę, że to konic naszych tegorocznych walk z tutejszą "niespodziewanką". Teraz zaczęłam pranie pościeli:))
Wiecie co, najgorsze jest to, że dopada cię nagle. Nie ma jakichś wcześniejszych oznak - przynajmniej w naszej rodzinie. Po prostu czujesz, że coś zaczyna się dziać i w jednej chwili osiągasz punkt kulminacyjny. Choć musze przyznać, że po tych kilku latach pobytu w Irlandii jest już i tak o niebo lepiej. Chyba zyskaliśmy trochę więcej odporności, bo chorowaliśmy naprwdę lekko i krótko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)