niedziela, 12 grudnia 2010

Zapakowane...




...czekają na wysłanie. 





Trochę pomogłam ja, resztę zrobiły one i... mamy kilka kartek. Polecą one tylko do rodziny. Jest ich 8. Dokładnie osiem. Ani mniej, ani więcej. Gdyby przyszło mi pomagać przy kolejnych, to chyba bym się zastrzeliła. Nie posiadam aż takich pokładów cierpliwości.


Obejrzałam w końcu film "Czekolada" oraz "Rozważna i romantyczna". Oba w stylu takim, jaki lubię. 

piątek, 10 grudnia 2010

Kolejny krok



Dziś Izabelka próbowała swoich sił we wstawaniu. Podeszła(raczkowała mam na myśli) do kanapy i próbowała wstać, opierając się i siedzenie. Potem, na podłodze, ponawiała próby. W końcu, w swoim własnym łóżeczku, oparła się o szczebelki i stanęła. Nie trwało to długo. Pół minuty może. W każdym razie stała i się cieszyła. 

I kilka jej ujęć:



Świetnie opanowała sztukę jedzenia. Żebyście widzieli, jak wciąga makaron do buzi! Dostaje nitkę i ta, w jednej sekundzie znika:)
 



Uwielbia owoce i gotowane warzywa, choć surowego ogórka też wcina; podobnie walczy z marchewką.


Czasem siostry pomogą coś nałożyć:



...i wtedy staje się czarownicą.


Ponieważ rzadko kiedy Gosia spontanicznie się uśmiechnie do zdjęcia, nie mogę sobie odmówić przyjemności pokazania jej w tej sekundzie. Udało uchwycić się jej radość:
 



To, co ma na sobie, to mundurek, a w zasadzie granatowy strój sportowy. Bluza musi mieć nadruk informujący o szkole. Do tego oczywiście biały T-shirt. 

czwartek, 9 grudnia 2010

Prace ręczne wszelakiej maści


Przede wszystkim w końcu wstawię zdjęcie obrazków, które zrobiły moje dzieciaki. Tak bardzo mi się podobają, że przyczepiłam je w jadalni na ścianie(na takie specjalne coś, co międli się między palcami, jak plastelinę, a potem przykleja do ściany; jest wielokrotnego użytku, ściany nie brudzi i nie schodzi z farbą).



Drzewo, to wykonanie Gosi, a motyl - Moniki. Jestem zachwycona efektem!



Teraz o wianku z ostrokrzewu. Dodałam kilka gałązek, szyszek, koralików i wstążki...



Zawiązałam kokardę...



I w asyście Moniki(trochę ją widać), powiesiłam na drzwiach wejściowych...






W ciągu dnia wygląda tak:






Duże okno zostało udekorowane łańcuchami i laserowymi lampkami. Ależ one dają czadu! Niby tylko kilka ich, a światło pada aż do jezdni: 




Szyszki, według siostry, były za mało błyszczące, więc dodała im blasku:






Zostały pomalowane klejem i posypane brokatem. 

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam błyszczące święta. Lubie dekoracje w innych formach, ale to błysk nadaje im tego czegoś, co kocham.  

wtorek, 7 grudnia 2010

A u nas pada...



...i pada. Gdyby nie to zimno, to nie byłoby tak najgorzej. Choć przyznam, że nie jestem wielbicielką zimy. Skoro o zimie zaczęłam...

Niedawno miałam okazję przeczytać wielce pouczający felieton na Wirtualnej Polsce. Poruszał on temat Irlandii i śniegu, i beznadziejności Irlandczyków oraz tego, jak to my, Polacy i Rosjanie jesteśmy przygotowani do zimy. Zapewne część z Was miała okazję do niego dotrzeć. Cóż. Kolejny autor, który trochę ubarwił rzeczywistość, żeby lepiej się sprzedał jego produkt. Przynajmniej ja to tak odebrałam. 
Owszem, zima zaskoczyła tu wszystkich, ale Pan Czerwiński to już przesadził. Podobno tylko Polacy i Rosjanie wychodzą na ulice i do pracy. Ja nie wiem gdzie Pan Cz. mieszka, bo u mnie, mimo śniegu, Irlandczycy pojechali do pracy. Pan Cz. wyśmiewa ich tańczące samochody, czemu ja się dziwię. Czy tak łatwo jest jeździć po śniegu i lodzie? Na letnich oponach? Sama dziś wpadłam dwa razy w poślizg, mimo, że bardzo uważałam. 
Właśnie, kolejny punkt - zimowe opony. Wyobraźcie sobie, że Irlandczycy nie używali czegoś takiego. Hmm... A dlaczego? Bo przez lata nie mieli zimy? Może pan Cz. powinien pojechać gdzieś do ciepłych krajów i tam popytać w sklepach samochodowych o sprzedaż opon zimowych? I wtedy, na podstawie przeprowadzonych rozmów, napisać kolejny prześmiewczy artykuł? 
Pan Cz. śmieje się, jak to irlandzkie samochody miały 3-krotnie dłuższą drogę hamowania:) A polskie nie? Ja, proszę Pana, jeździłam z odstępem 5 metrowym lub większym, od kogoś przede mną. Czy lepiej być ostrożnym, czy brawurowym? Jeździłam powoli(20km/h), a mimo to wśliznęłam się na rondo, bo hamowania nie było żadnego! Czy to takie śmieszne? 

Nie wiem skąd taki atak na wyspiarzy? Aż tak bardzo ich ten pan nie lubi? 
Pan Cz. wspomniał, jak to Irlandczycy odkurzali szczoteczkami do zębów swoje lśniące beemki. Owszem, maja dobre,nowe auta. Moje 11-letnie Renault jest tu totalnym staruszkiem, ale czy z tego powodu mam czuć zawiść do sąsiada, który jeździ tegoroczną Toyotą? Ja nie czuję, a z napisanych słów przebija jakby zazdrość. 
Podobno tubylcy nie wiedzą, że chodniki można posypać solą. Nie wiem, gdzie pan Cz. mieszka, ale nawet tu, w mojej niemalże wiosce, odciętej od świata, już rok temu, sąsiad - Irlandczyk - posypywał mi podjazd i chodnik solą, żebym przypadkiem nie pośliznęła się(wtedy byłam w 6 miesiącu ciąży). I wiecie co? Miał nawet specjalną sól, którą rozdawali w jednostce straży pożarnej. Wyjątek jakiś? 


Nie twierdzę, że pan Cz. pisze same dziwne rzeczy. Owszem, Irlandczycy są zaskoczeni zimą, ale czy to aż takie dziwne? Owszem, duża część nie pojechała do pracy, ale nie piszmy, że wszyscy zostali w domu! Jest im zimno, a nam nie? Ja np. marznę i jeśli mam wybierać: wyjść czy zostać, to zostaję w domu. 
Tak, nie radzą sobie z odśnieżaniem, z usuwaniem lodu, ale czy to aż tak dziwi??? Oni tu nie mają sprzętu, bo nie mieli takich zim. W Polsce też drogowców ciągle śnieg zaskakuje, to co mówić o Irlandii?  

A wiecie co mi się najbardziej nie podobało w całym felietonie? Używanie słowa "Irole". To było żałosne! Tak, wiem, część z nich mówi o nas "Polaczki" z pogardą. Rozumiem, że w takim razie zniżamy się do poziomu tych, co najniżej i mówimy tak samo? Czy o to chodzi Panu Cz.?  Ja nie lubię kiedy tak nas określają, ale sama też nie używam pogardliwych nazw. 

Ciekawa jestem, jak wiele osób przeczytało felieton i jak wiele z nich uwierzyło, że wszyscy Irlandczycy są tak beznadziejni? 

 

niedziela, 5 grudnia 2010

Moje pierwsze wyjście...



...od bardzo, bardzo długiego czasu. Kiedyś chodziłam z Charlotte na spacery, które pomagały mi na chwilę oderwać się od domu, od dzieci, oczyścić umysł, by później wrócić i zacząć wszystko z nowymi siłami. Odkąd zaszłam w ciążę Charlotte wpadała do mnie na kawę i pogaduchy i nasze spacery skończyły się. Potem mała Izabelka...i ciągle coś. 

W piątek umówiłyśmy się - 6 babek - i poszłyśmy do pubu. Do tej pory nigdy nie wychodziłam nigdy z Irlandkami, z nikim zresztą. W ogóle w pubie byłam tylko raz, z moimi rodzicami. Poza tym nigdy. Nie wiedziałam, jakie mają zwyczaje na takich wspólnych wypadach. Zastanawiałam się, jak to będzie? Ja, jedna Polka i ich pięć. Znałyśmy się od dwóch lat, spotykałyśmy się na urodzinach naszych dzieci, czasem na kawie, w domu, ale zazwyczaj pojedynczo, a nie grupowo. 

Było świetnie! Zaliczyłyśmy trzy puby. W każdym siadłyśmy, coś wypiłyśmy i dalej. W ostatnim dołączyła do nas grupka ludzi, którzy już mieli ogromną ochotę na śpiewy. Siedziałam między nimi i słuchałam na żywo irlandzkich piosenek. Chcieli, żebym zaśpiewała im coś po polsku, ale ja ani głosu odpowiedniego nie mam, a i czas był nie najlepszy(wiadomo, piwo swoje robi,). 

Po raz pierwszy stwierdziłyśmy, że jesteśmy dla nas samych, a nie dlatego, że mamy dzieci, które się przyjaźnią. Wspólnie zamówiłyśmy taksówkę, która każdą odwiozła pod dom. Nie było, że ja pójdę sama, bo mam blisko, a ja zadzwonię po męża, czy koleżankę. Razem wychodzimy, razem wracamy - tak któraś stwierdziła:)
W domu byłam o 3 nad ranem.

Następne spotkanie gdzieś w styczniu, jak już opadną emocje bożonarodzeniowe i puby będą wolniejsze.

czwartek, 2 grudnia 2010

Ostrokrzew w roli głównej


Jak już kiedyś pisałam, niedawno zaopatrzyłam się w ostrokrzew(nazywany jest holly po tutejszemu). U nas rośnie on jak chwast. Pełno go w lasach. Do wyboru z owocami lub bez, pędy długie, krótkie... Przywiozłam do domu całe naręcza i zaraz ukręciłam pierwszy wianek. Wyszedł taki sobie, bo nie użyłam rękawiczek, tylko gołymi rękoma próbowałam walczyć z pędami. Muszę przyznać, że liście kłują strasznie!




Później jeszcze upychałam te odstające gałązki, żeby wianek miał kształt  bardziej koło przypominający. Teraz sobie to "coś" leży i czeka na powieszenie na drzwiach po uprzedniej dekoracji wstążką czy czymś takim.

Przez chwilę jedna gałązka gościła na żyrandolu w kuchni, ale po dwóch dniach zmieniła miejsce.




Przeniosła się na parapet:




Tutaj nadaje tło szyszkom...




...i wspomaga latarenkę.














Nie mogłam się oprzeć i zrobiłam jeszcze kilka zimowych ujęć:












A ostatniej nocy spadło u nas 15cm śniegu! W ciągu dnia był mróz. Jutro podobno ma być snowstorm - zamieć, burza śnieżna czy jakkolwiek to nazwać. Ciekawe, jak to będzie wyglądać i czy w ogóle będzie?

środa, 1 grudnia 2010

Krótka wzmianka



Iza po raz pierwszy ruszyła do przodu raczkujac. Właśnie dzisiejszego ranka!!!! 1 grudnia zrobiła nam taka niespodziankę. Nadal preferuje raczkowanie do tyłu, ale pierwszy krok za nią!
W porównaniu do Gosi i Moniki, jest o cały miesiąc szybsza.