niedziela, 5 grudnia 2010

Moje pierwsze wyjście...



...od bardzo, bardzo długiego czasu. Kiedyś chodziłam z Charlotte na spacery, które pomagały mi na chwilę oderwać się od domu, od dzieci, oczyścić umysł, by później wrócić i zacząć wszystko z nowymi siłami. Odkąd zaszłam w ciążę Charlotte wpadała do mnie na kawę i pogaduchy i nasze spacery skończyły się. Potem mała Izabelka...i ciągle coś. 

W piątek umówiłyśmy się - 6 babek - i poszłyśmy do pubu. Do tej pory nigdy nie wychodziłam nigdy z Irlandkami, z nikim zresztą. W ogóle w pubie byłam tylko raz, z moimi rodzicami. Poza tym nigdy. Nie wiedziałam, jakie mają zwyczaje na takich wspólnych wypadach. Zastanawiałam się, jak to będzie? Ja, jedna Polka i ich pięć. Znałyśmy się od dwóch lat, spotykałyśmy się na urodzinach naszych dzieci, czasem na kawie, w domu, ale zazwyczaj pojedynczo, a nie grupowo. 

Było świetnie! Zaliczyłyśmy trzy puby. W każdym siadłyśmy, coś wypiłyśmy i dalej. W ostatnim dołączyła do nas grupka ludzi, którzy już mieli ogromną ochotę na śpiewy. Siedziałam między nimi i słuchałam na żywo irlandzkich piosenek. Chcieli, żebym zaśpiewała im coś po polsku, ale ja ani głosu odpowiedniego nie mam, a i czas był nie najlepszy(wiadomo, piwo swoje robi,). 

Po raz pierwszy stwierdziłyśmy, że jesteśmy dla nas samych, a nie dlatego, że mamy dzieci, które się przyjaźnią. Wspólnie zamówiłyśmy taksówkę, która każdą odwiozła pod dom. Nie było, że ja pójdę sama, bo mam blisko, a ja zadzwonię po męża, czy koleżankę. Razem wychodzimy, razem wracamy - tak któraś stwierdziła:)
W domu byłam o 3 nad ranem.

Następne spotkanie gdzieś w styczniu, jak już opadną emocje bożonarodzeniowe i puby będą wolniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz