Zaczął się 3 września, dość późno, jak na tutejsze szkoły. Większość z nich pierwsze zajęcia ogłosiła prawie tydzień wcześniej.
Nie pisałam tego, ale przez całe wakacje męczyły mnie wątpliwości, jak to będzie z Moniką? Przedszkole lubiła, ale co płaczu było na początku.... Obawiałam się, że tym bardziej w szkole, gdzie siedzi się w ławkach, słucha nauczyciela, wykonuje nieco trudniejsze zadania, nie będzie lepiej.
Nastawiałam się na ranki, zwłaszcza pierwszy, pełne łez.
Co się okazało? Monika zadowolona uczestniczy we wszystkich zajęciach. Nosi plecak, radzi sobie z poleceniami, ba, nawet otrzymuje nagrody od nauczycielki za skupienie na lekcji i wykonywanie poleceń. Może dla niektórych rodziców to banalne, ale dla mnie to wielka rzecz!
Pierwszy poranek: mój małżonek po raz pierwszy od 4 lat uczestniczył we wszystkim. Do tej pory zawsze składało się, że był w pracy. Tym razem mógł pójść z nami. I nie chodzi o to, że było uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego. Tutaj nie ma takich tradycji. Pierwszy i ostatni dzień szkoły są takie same, jak pozostałe. No, może większy luz panuje, wiadomo, jak to na początku(lub końcu).
Plecaki gotowe:
Wiadomo który jest czyj, spoglądając tylko na rozmiar.
Obie gotowe do wyjścia:
Najmłodsza oczywiście też przy drzwiach:
I jeszcze wspólne zdjęcie sióstr:
I tak zaczęliśmy nowy rok szkolny!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz