wtorek, 19 maja 2015

Robi się, robi...




...wszystko na raz.

Przygotowuję kilka rzeczy na prezenty, ale ponieważ nikt nie wie, że to o niego chodzi, mogę spokojnie je tutaj pokazywać.

Na pierwszy ogień idzie to, co już prawie gotowe, czyli małe obruski patchworkowe:



Jest ich dwa, każdy inny, choć z tych samych materiałów. Pozostało mi je przepikować dokładnie, bo tak pobieżnie już to zrobiłam, żeby utrzymać razem te wszystkie warstwy materiałów.



W głowie mam kolejny projekt, bardzo użytkowy; wyciągnęłam nawet materiały do niego:



...bardzo delikatny wzór kwiatowy, płótno:



I w końcu płócienny obrus, który nie wiem, czy zostanie obrusem... Kupiony był w zupełnie innym celu, ale podczas zdjęć jakoś tak wpadł mi w oko...



...i nie wiem, czy potnę go na mniejsze kawałki.


Do tego na druty wskoczyła pozaplanowa włóczka - mój najukochańszy niebieski - ze wzorem kwiatków, ale tym razem robionych rządek po rządku:


Wzór z tej samej strony, co poprzednie kwiaty:


Wybrałam spore druty, ale myślę, że na jeszcze większych, byłby ładniejszy. Ewentualnie należałoby zmienić włóczkę na cieńszą, ale to z kolei, jakby nie wchodziło w rachubę, więc pozostały druty. Ten projekt jest dla mnie i tylko dla mnie, i mam nadzieję, że powolutku będzie go przybywało.

Z Turcji leci już do mnie włóczka, wszystko w bieli, poza jedną paczką. To kolejny projekt na wczoraj. Muszę się z nim wyrobić jak najszybciej.


A tymczasem pojawiają się pierwsze kwiaty kolejengo powojnika górskiego:



W pełnym słońcu, przed domem...


Nie podejrzewam, żeby obsypał się kwiatami, jak jego kolega, ale będą za to piękne.

poniedziałek, 18 maja 2015

Deszczowo i chłodno...




...jakiś ten maj dziwny. W tamtym roku było pięknie i ciepło, a pamiętam lata, kiedy maj był już upalny. No nic,w  tym roku widać postanowił pokazać się od innej strony.
Nie jeździmy na wycieczki, bo pada i pada, i nawet jeśli nie pada mocno, to wszelkie trasy górskie są niebezpieczne na wypady z dziećmi. Z kolei inne atrakcje, w większości pod gołym niebem, też nie zdają egzaminu w irlandzkiej mżawce, bądź zacinającym deszczyku, który czasem "pada poziomo".
Na sobotę mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do Wicklow, do parku z indyjskimi rzeźbami - Indian Sculpture Park, ale musieliśmy zrezygnować  z wypadu.Miejmy nadzieję, że pojedziemy w przyszłą sobotę.

Tymczasem, skoro pogoda nam nie dopisała, postanowiliśmy dzień wcześniej świętować Moniki urodziny, które przypadały 17, czyli w niedzielę. Zabraliśmy dzieci na plac zabaw pod dachem, czyli popularną kulkownię, piłeczkownię, czy jakkolwiek to nazwać; miejsce pełne zjeżdżalni, drabinek, lin, ogromnych, gumowych piłek i basenów z małymi piłeczkami.... raj dla dzieci i nie tylko. Potem jeszcze trochę słodkości... i do domu.
W niedzielę Monika pojechała do przyjaciółki, a w tym czasie siostry przygotowały kartki urodzinowe i zaczęły malować porcelanowe koraliki, żeby zrobić bransoletkę siostrze. Bransoletka jeszcze nie gotowa, bo malowanie i suszenie zabiera sporo czasu, ale Monika i tak miała niespodziankę po powrocie. Od nas tort i drobny prezencik, a Gosia podarowała jej własnoręcznie zrobiony naszyjnik. Zaskoczenie Moniki było wielkie, a radość jeszcze większa. Powiedziała dziewczynom, że są kochane!



Stroje wieczorowe, na "białe sale", ale to dlatego, że było już późno i dziewczyny przygotowały się do spania. Niech jasność bijąca z okien Was nie zdziwi, wszak u nas dni są już długie i jak podają w wiadomościach, słońce zachodzi dopiero o 21.23(ale wstaje późno, bo około 5.26). Co roku o tej porze zaczyna się problem spania. Iza nie chce kłaść się do łóżka, bo słońce wysoko na niebie. Żeby ułatwić zaśnięcie, zmieniam co roku zasłony na grube i ciemne, czyli nasze letnie:) wszakw  czerwcu około 11 będziemy wciąż cieszyć się dniem!
Izabela gotowa do spania w swojej nieśmiertelnej czapeczce, którą jej uszyłam, kiedy miała około 1,5 roku. Do tej pory zakłada ją po myciu włosów, albo kiedy stwierdzi, że zimno jej w głowę.




8 świeczek... i tym oto sposobem moja średnia córa ukończyła osiem latek! Jest rezolutną, odważną i bardzo niezależną dziewczynką. Do tego uparta do niemożliwości, ale przy tym wszystkim kochana i dzieląca się ostatnim kawałkiem ciastka, dosłownie.

Jeszcze życzenie w myślach i zdmuchnięcie świeczek....i w końcu można jeść! Izabela ze zniecierpliwienia włożyłą rękę do szklanki:)



Izabela ostatnio miała lekkie zapalenie ucha, stąd, mimo wiosny(choć wcale nie wiosennej pogody) chodziła w czapeczce lub opasce. Przy okazji tego zdjęcia mogę zaprezentować opaskę, któej jeszcze nie pokazywałam. Zebrałam wszystkie resztki niebieskości i uczyłam się wzoru patentowego. Tak powstała dość szeroka, mięsista opaska z przeznaczeniem dla mnie, do biegania, a podebrana przez dzieci.



Dzieci bawiły się pod naszym powojnikiem, pod którym może się z lekka schować:) Zdjęciami tego pnącza jeszcze będę Was męczyła, bo teraz jest właśnie w pełni rozkwitu i czeka na sesję.



Podczas zdjęć w ogrodzie towarzyszyły nam szpaki. Krzyczały niemożliwie, siedziały wysoko na płocie, w pewnej odległości i czekały, kiedy sobie pójdziemy, żeby mogły na powrót baraszkować na trawniku i wyciągać soczyste robaki.




piątek, 15 maja 2015

Piąteczek!




...czy też "piątecek!" - tak wykrzykuje Izabela na powitanie ojca, kiedy wieczorem odbieramy go ze stacji kolejowej.

Z większą werwą wstaję w piątek rano, bo wiem, że po południu już będzie luzik!
Czwartek jest intensywny pod względem lekcji dzieciaków, bo przygotowują się one do cotygodniowych testów. Czasem idzie to lepiej, czasem gorzej. Wczoraj na przykład, Monika chętnie uczyła się spellingów, czyli literowania słów angielskich. Każdego tygodnia mają 12 słów do nauczenia. Niby nie jest to dużo, ale też i nie mało, jak na pierwszoklasistów. Początkowo nauczycielka dyktowała słowa na testach, a dzieciaki miały je prawidłowo zapisać. Teraz, dyktuje już zdania i z ich kontekstu trzeba wywnioskować, o jaki wyraz chodzi. W angielskim, tak jak i w polskim, są słowa, które brzmią tak samo, a zapisywane są inaczej(morze, może). Tutaj jest tego o wiele więcej i zdarza się, że Monika popełnia błędy. Nie jest to jednak tak straszne, żeby się tym mocno przejmować; zapewne mieści się w normach.
Gosia też ma testy i są one - jak na 4-tą klasę przystało - o wiele poważniejsze. Dochodzi język irlandzki - też literowanie wyrazów, ale na ogół moja najstarsza pociecha nie ma wielkich problemów z zaliczeniem na maksa.
Izabelka, jako jedyna, cieszy się na razie wolniejszymi czwartkami i piątkami bez testów:)
Ostatnio Izabela zaczyna używać języka polskiego trochę częściej; gdzieś w główce pamięta, że za 6-7 tygodni lecimy do Polski. Czasem przekręci wyraz, tworząc coś pociesznego, ale używa swojej konstrukcji namiętnie i z całkowitą powagą. Mówi na przykład:
PANTOLFE, a nie PANTOFLE
WALINA, a nie WANILIA  i tak powstały polsko-angielskie WALINA ICE-CREAMS (lody waniliowe)
Zamiast zakładać kalosze, my PUT ON KALOSZES i GETTING BUŁKAS, zamiast kupiowania bułek.
Innym ciekawym wyrażeniem jest określenie natężenia uczucia, długości, wielkości, itp. Izabela mówi, że kocha mnie jak 154(I love you one hundred and fifty four), czekała tak długo jak 154, jest zła jak 154, itp.

Systematycznie, co piątek, dzieciaki liczą ile tygodni zostało do wylotu do Polski. Plan pobytu już jest opracowany na wszelkie sposoby: najpierw Warszawa, a potem Radzyń? A dlaczego tak? A może najpierw polecimy do Radzynia?,Samolot tam nie ląduje!?, A może tu zostaniemy 3 dni, i tu 3 dni, a potem znowu tam 3 dni.... Każda z nich ma swój przepis na pobyt. Każda ma już listę rzeczy do zabrania do PL i najchętniej już pakowałaby swój bagaż.
Natomiast Aerlingus robi mi co miesiąc niespodziankę i wysyła maila ze zmianami godzin lotu. Nie są to zmiany wielkie, ale wykupując parking długoterminowy w Dublinie, mają one jednak znaczenie. Jedna godzina przesądza czasem o opłacie za dodatkowy dzień. Stąd jeszcze nie dokonałam rezerwacji i nie wiem, kiedy to zrobię. Paszporty - wszystkie 4 - leżą jeszcze w ambasadzie i czekają na odbiór. Mamy plan spotkać się z Plunkettem i Lyn i wtedy odwiedić też ambasadę.

Tymczasem zaczął się sezon wycieczek szkolnych. Izabela zaliczyła swoją wczoraj. Byliśmy w Lullymore i choć pogoda nie dopisała na 100%, to dzieciaki wyszalały się na maksa. Monika już dostała pieniądze na swoją wycieczkę, która odbędzie się 4 czerwca. Kierunek - ranczo z kucykami. Gosia natomiast jedzie do parku wodnego(oby nie pod gołym niebem!), też gdzieś w czerwcu. Szczegóły nadal pozostają tajemnicą.

Tydzień temu mieliśmy przyjemność być gośćmi na I Komunii u córki naszych przyjaciół. Corina i Shane postawili na grila, nie na restaurację i powiem jedno: wypadło wspaniale. To nasunęło mi myśl, żeby w przyszłym roku zrobić coś podobnego u nas. Dziś nawet już zaprzyjaźniony rzeźnik(jakkolwiek to brzmi) dyskutował ze mną o tym planie. Zapewnił mnie, że przygotuje dla nas wszystko i na pewno wyjdzie to lepiej, niż restauracja. Przy okazji zaproponowała pomoc swojego syna, któego próbuje wyswatać z moją siostrą:) Szykuje się impreza - jak to mówi Izabela - jak 154!

A tymczasem mój powojnik rozwija kolejne kwiaty:



...które w porannym słońcu wyglądają bosko!


Przed domem, kolejny powojnik górski, szykuje niespodziankę. Tym razem będą to kwiaty pełne:



Miłego weekendu wszystkim życzymy!




\

środa, 13 maja 2015

Szydełkuje się kolejny raz...



....to samo, tylko w inny sposób.

Jakiś czas temu, z czeluści pudła z materiałami, wyciągnęłam zaczęty lata temu obrus. Pomysł już był, zaczęłam szydełkowanie kwiatuszków łączących kwadraty materiału i...poległam. I to nawet nie o to chodzi, że ilość kwiatków mnie zabiła. Poległam na łączeniu, a w zasadzie na tym, że na samym końcu okazało się, że jeden kwadrat jest jakby o półtora centymetra dłuższy i nie jestem w stanie tego dokończyć.
Ponieważ od początku robiłam wszystko dokładnie, a więc chowałam nitki po przyłączeniu każdego kwiatka, pozostało mi to wszystko odciąć i spisać na straty. Owszem, mogłam szukać końcówek i pruć, no ale takie coś, to już nie na moje nerwy! Poszłam na szybkość i odcięłam koronkę.
Po kilku dniach, kiedy cała złość już mi nieco przeszła, wzięłam się od nowa do pracy. Tym razem szydełkując kwiaty, łącząc je od razu ze sobą, ale nie z materiałem. To zrobiłam potem, za pomocą łańcuszka.



Poszło gładko, choć nie moge powiedzieć, że zupełnie bez potknięć. Na szczęście już jest!



Teraz pozostało obszydełkować brzegi, żeby całość miała jakiś wygląd.

Na drutach skończyłam już prostokąty, które mają być piórnikami dziewczyn.



Wszystkie są niemalże identyczne wielkościowo, jakkolwiek to wygląda na zdjęciu. Dzieciaki podzieliły się między sobą prostokątami i teraz pozostało mi tylko doszyć podszewkę i suwaki. Zdjęcie ma dość przekłamane kolory, a to głównie za sprawą pomarańczowego udziergu, który ma fluorescencyjną nić.
Najbardziej podobał mi się wielokolorowy prostokąt, na nim też najlepiej wyszły mi kwiaty.



I na koniec, nie mogłam się nie pochwalić - kolejne buty, które "wpadły" mi w oko:


Ciemny granat, całość na słupku, więc dość stabilna i wygodna.

niedziela, 10 maja 2015

Plecionka w innym stylu




Moje cudownie psotliwe dzieciaki, jakiś czas temu, popsuły wieko skrzyni. Ot, jakoś tak złamała się podpórka i cała plecionka zaczęła się luzować, pękać i wysypywać.

Skrzynia przez dość długi czas straszyła dziurą:


Dzieciom to absolutnie nie przeszkadzało - tym bardziej Arturowi. Izabela to nawet cieszyła się nieco z możliwości, jakie dawało rozprute wieko. Zamiast je podnosić, sięgała przez rozpruty wierzch i tyle. Podobnie rzecz miała się z wrzucaniem zabawek.
Znosiłam to długo, aż wreszcie zaczęłam kombinować...


Po jakimś szyciu zostało mi sporo jeansowych pasków. Postanowiłam je wykorzystać do tego projektu. Najpierw powstało coś na kształt kanwy:



A potem, powoli powstawała plecionka.



Miałam jeszcze przymocowac coś na wierzchu, ale... zostanie tak. I jak każda tymczasówka, na pewno przetrwa długo w tej formie.

niedziela, 3 maja 2015

Ogród kwietniowy



Trochę z opóźnieniem, ale piszę o moim ogrodzie w kwietniu. Wysokie temperatury w pierwszej połowie i spora dawka deszczu sprawiły, że wszystko zaczęło momentalnie "kipieć zielenią". Potem przyszły chłody i to spowolniło rozwój pąków. Mimo wszystko, ogród zaczyna pokazywać kolejne kolory:

Powojnik 'Polish Spirit' przycięłam w marcu na 20cm nad ziemią, teraz pędy już przerosły mnie i dążą do szczytu ogrodzenia. Mam nadzieję na powódź fioletowych kwiatów w sierpniu. W tamtym roku kwitł słabiej, ponieważ zawahałam się i zostawiłam półmetrowe pędy.



Natomiast Powojnik górski już rozwija pierwsze pąki. Za chwilę zawiśnie na płocie różową chmurą kwiatów. W pojedynkę nie są aż tak dekoracyjne, ale w setkach... robią wrażenie.



Gdzieś na dole, białozielona odmiana mięty, powoli zaczyna się rozrastać. Traktuję ją jako dekorację bardziej niż zioło, bo nie do końca odpowiada mi jej aromat.



Goździki, które ukorzeniłam w tamtym roku, powoli rozwijają pąki. Potraktowałam je trochę jako wyzwanie i eksperyment. Ukorzenienie nie sprawiło najmniejszych problemów, natomiast zastanawiałam się, czy przetrwają naszą zimę. Przeżyły, bez najmniejszej interwencji z mojej strony. Nie nadają się jednak do dekoracji ogrodu; sa dobre do wazonów i tyle.



Groszek pachnący należało już wziąć w ryzy, bo zaczynał się pokładać na trawniku i oplatać na wszystkim, co znalazło się w zasięgu jego wąsów. . Teraz pnie się w górę, w granicach bambusowego stożka.



Ostróżki przywiązałam do palików akurat na czas. Kilka dni temu wiatry zapewne połamałyby wysokie i kruche pędy. Dzięki mocowaniom ostróżki wciąż prosto rosną. Za jakiś czas będą wymagały ponownego wiązania, gdyż ich półtorametrowe pędy kwiatowe nie utrzymałyby pionu przy tutejszych wiatrach.




Orliki za to są całkowicie bezpieczne. Niektóre dopiero w pąkach...



...inne już kwitną:






Całkiem na dole, pod wciąż zielonymi liśćmi żonkili, rosną sobie aksamitki. W tej chwili mają po jednym pąku, ale za jakiś czas wypełnią przestrzeń po żonkilach:



Tymczasem maj się zaczął i pogoda idzie ku lepszemu. Dla nas będzie to bardzo intensywny czas. W szkole wiele przygotowań do testów końcowych; pierwsze oznaki zbliżającego się końca roku szkolnego.
Gosia i Monika miały już robione zdjęcia w szkole, w ostatnim tygodniu dostałam próbkę z cennikiem. Izabela będzie miała sesję fotograficzną w przedszklu pod koniec maja.
Dla mnie jest to czas, kiedy zaczynam myśleć o drobnych upominkach na koniec roku szkolnego. Szkoła polska, szkoła irlandzka, przedszkole... jest o czym myśleć!

piątek, 1 maja 2015

W końcu wiszą!




Rok temu trafiłam na dwa obrazy olejne, w bardziej niż bardzo, przystępnej cenie. Oczywiście sprawa wyglądała tak, że najpierw przyciągnęły moją uwagę, a potem poszłam się pytać o cenę, po czym za kilka minut, szczęśliwa, pakowałam je do auta. 
W domu musiałam je nieco odkurzyć i... pozostało tylko znaleźć miejsce(już po drodze do domu wiedziałam, gdzie zawisną) i wbić gwoździe w ścianę. Ostatni punkt okazał się najbardziej czasochłonny. Rok minął, no prawie rok, aż podczas ostatniej bytności naszego sąsiada stolarza, w końcu obrazy znalazły się na ścianie. Teraz pozostaje mi tylko zamalować wzór, który jest poniżej obrazu. To nastąpi już wkrótce - taką mam nadzieję, bo małżonek psychicznie jest już nastawiony na odnawianie korytarza. 



W miejscu drugiego obrazu zawisł kolejny olej, który zakupiłam ostatnio. Jego poprzednik powędrował na dół i zawisł tuż przy wejściu. Żeby jednak tak móc się pojawić, zniknąć musiał malunek ogromnego kwiatu. Malowałam go kilka lat temu, a teraz zamalowywałam dwa dni. Najpierw dwie warstwy białej farby, a następnego dnia - dwie warstwy żółtej. Już jest niewidoczny.


Ciekawe czy zamalowanie żółtego wzory będzie równie czasochłonne?

Wróćmy jednak do obrazu. Wisi na kompletnie żółciutkiej ścianie.


Tutaj wspomniany wcześniej, trzeci obraz.


Wszystkie trzy obrazy są całkiem pokaźnych rozmiarów. Przyciągają uwagę zaraz po wejściu do domu.

W łazience zawisłaz kolei kolekcja perminów. Te czekały 7 lub 8 lat na oprawienie. Wyszyłam je gdzieś w początkach naszego pobytu w Irlandii, kiedy jeszcze myśleliśmy, że 2-4 lata i wrócimy do Polski. Nie oprawiałam wtedy prac, tylko wkładałam do szuflady. I tak sobie przeleżały.
Ostatnio przypomaniałam sobie o nich, a wszystko za sprawą wspomnianej obecności stolarza, który wymienił mi zwykłe lustro łazienkowe na kryształowe, które co prawda wisiało, ale kompletnie schowane, jako że w pokoju pojawiła się ogromna szafa. Mieć piękne lustro i je chować... bez sensu. Decyzja zapadła i lustro wisi. A obok lustra trzy obrazki:



Na haft czeka jeszcze dwa schematy z kompletu, które dopełniłyby całości.



Był czas, że lubiłam wyszywać perminy, zwłaszcza monochromatyczne. Powstało jeszcze kilka w tematyce chińskiej, w kolorze niebieskim, ale wszystkie powędrowały w świat.




Zdjęcia powychodziły jakoś śmiesznie, ale obrazki już były na ścianie, a ja, jak zawsze, spieszyłam się i już ich nie zdejmowałam.



Pozostaje mi chwycić za igłę i doszyć kolejne dwa, bo nawet ramki mam do kompletu!