czwartek, 16 kwietnia 2015

Wiosna na zdjęciach



...z mojego ogródka, wiosna na zdjęciach w moim domu...

W ogródku zielono i powoli, po chwilowym załamaniu, poprawia się pogoda. Od wczoraj znowu bardzo ciepło. To oczywiście jak najbardziej pasuje roślinom.
Powojnik górski(C. montana) już ma nabrzmiałe pąki:



Moje tegoroczne pupilki - nie dość, że dekoracyjne, to przepięknie pachną; przypominają mi bzy, a tych mi tutaj bardzo brakuje. Jakoś nie spotkałam się z lilakami w ogrodach czy parkach, przynajmniej w tych miejscach, które znam.


Gdzieś w lutym przycięłam uschnięte pędy fuksji, która zimowała w ogrodzie, w donicach. Dałam jej czas, bo zobaczyłam zielone łyko, więc nadzieja na odrost była. I oto od tygodnia pojawiają się młode pędy. Zatem w tym roku, bez sadzonkowania, ukorzeniania i całej tej zabawy, będę mieć znowu fuksje. Być może  pokuszę się i przesadzę je do gruntu?



Poranne kadry moich pnączy: powojnika górskiego, który już "opuszcza" nasz ogród i idzie na podbój nowego



...i wiciokrzewu, który goni za powojnikiem, tyle, że z drugiej strony:



Tymczasem wiosna w domu zagościła za sprawą kwiatów z mojego ogrodu. Po którymś z ulewnych deszczy, parę kwiatów przygięło do samej ziemi, ścięłam je więc i napachniają pokój dzienny. Są tutaj i moi ulubieńcy:



Wydaje mi się, że to narcyz botaniczny, ale jaka odmiana?


I oczywiście żonkil...




Zmieniając temat z kwiatowego na kuchenny....

Dziś mogłam po raz pierwszy delektować się domowym jogurtem zrobionym przez termomiks. Wczoraj wieczorem nastawiłam, a dziś, po ponad 12 godzinach, był gotowy. Idealny, niezbyt kwaśny, kremowy, choć nie dodawałam śmietany, jak radzili. Bez cukru, bez żadnych dodatków.


Tak udany jogurt, to kolejny wielki plus dla termomiksu.


środa, 15 kwietnia 2015

WDiC




z Maknetą.



Dziś szybciutko. Książka ta sama, co chyba ponad dwa tygodnie temu. Niewiele przeczytałam, bo podczas szkolnej przerwy świątecznej, która zakończyła się wraz z tym poniedziałkiem, nie miałam czasu, a niekiedy ochoty. Artur miał równo z dziećmi, dwa tygodnie urlopu, więc pojeździliśmy trochę po Irlandii. Zaowocowało to kilkoma wpisami o tematyce wyspiarskiej.
Do książki wróciłam i wciągnęła mnie bardzo, aczkolwiek nie jest to lektura, w której akcja pędzi i z napięciem czekasz na kolejne wydarzenia. Nie jest to książka typowa dla Mankella, więc niektórzy mogą się baaaardzo rozczarować.




W tle powstaje obrus, łączony koronką z elementów. Obrus zaczęłam wieki temu i czekał na swoje lepsze dni...



Mam nadzieję, że tym razem jak już go odłożę, to będzie skończony:) Pozostało do zrobienia jekiś milion kwiatuszków i finisz! :)

czwartek, 9 kwietnia 2015

Slieve Bloom Mountains kolejny raz



Przez te dwa tygodnie niewiele udało mi się zrobić w domu, nie tknęłam ani jednej robótki, a wszystko za sprawą wycieczek, których odbyliśmy kilka i jeszcze conajmniej jedna nas czeka.
W związku z zaistniałą sytuacją, kolejny wpis na temat tutejszych "okoliczności przyrody".


Wyjazd w pobliskie góry Slieve Bloom.



Spacer udany, choć widać jeszcze że przyroda nie nadąża za zmianami temperatur. Wszędzie goło i tylko mchy i porosty ratują widoki swoją zielenią.



Wkoło ścieżki grzązko, a momentami nawet stoi woda:



Na drodze znacznie lepiej i tam już moje maluchy pomykały całkiem, całkiem



Ja zamykałam pochód i pilnowałam, żeby nikt się nie zgubił. O ile na tej drodze to nie stanowi zagrożenia, o tyle podczas wspinaczki po nieco stromym zboczu, trzeba mieć na uwadze dopilnowanie dzieciaków.



Ulobiona pozycja do zdjęć - statua wolności w wykonaniu Najmłodszej.



Kwitną podbiały, jakby to była wczesna wiosna, a tymczasem temperatury nie schodzą poniżej 20 stopni;



Podczas całej wyprawy szedł spór między dziećmi, a Arturem, czy osiągnęły już zaawansowany stopień chodzenia po górach, czy średni.



Artur wręcz je podpuszczał i co chwila stwierdzał, że one są dopiero początkującymi wędrowcami.



Ostatecznie stanęło na tym, że plasują się na środku i to już je nieco uspokoiło!

Zejście w dół tą ścieżką byłoby znacznie atrakcyjniesze wizualnie, gdyby to był koniec kwietnia lub maj. Zieleń zalałaby krajobraz.



W skalnym korycie rzeki zrobiliśmy sobie postój, piknik i odpoczynek. Dzieci wykorzystały to na zabawę i oczywiście już na samym początku skończyło się to poślizgiem na skale i plaskaczem w wodę. W krótkich odstępach czasu takie upadki zaliczyły wszystkie trzy; legginsy i skarpetki suszyły się na krzakach, a one boso chlapały się w wodzie. I nawet, jeśli są dość odporne na zimno, to górska rzeka je pokonywała; za każdym razem, kiedy wchodziły do wody, wyskakiwały już po 30 sekundach(wiem, bo specjalnie było to liczone). Sama sprawdziłam i mogę potwierdzić, że woda była lodowata, więc po godzinie zabawy założyły swoje wilgotne ubrania(tu musze odnotować przy następnej okazji, żeby wziąć zapasowe) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dzieci nie zachorowały, jeśli ktoś miałby wątpliwości:)




Przy końcu ścieżki, dzięki temu, że nie było tyle liści na drzewach, dopatrzyłam się jeszcze jednego, małego wodospadu:



Miejsce czarowne, szczególnie po południu, kiedy słońce oświetla zielone głazy,a  woda rozpryskuje się na kamieniach, tworząc kaskady diamentów.



Wycieczkę uważam za naprawdę udaną. Dojazd około 30 minut, spacer 2-3 godziny(zależnie od czasu piknikowania i wyboru szlaku oczywiście), potem jeszcze jeden piknik na parkingu przy stolikach i powrót do domu.
Dobrze jest mieć takie góry "pod ręką".

środa, 8 kwietnia 2015

Fota Arboretum House and Gardens, Co Cork



Tym razem była to dłuuuuga wycieczka, bo przejechaliśmy łącznie 500km. Oczywiście nie było to planowane;  zboczyliśmy w pewnym momencie z  autostrady i pojechaliśmy inną drogą. Czas jazdy się wydłużył, ale widoki... niezapomniane.
Głównym celem wyprawy był Fota Wildlife Park, czyli taki ogród zoologiczny. Poleciła nam go znajoma Irlandka(i tutaj kolejny raz sprawdza się to, że większość tubylców ma zupełnie inne wyobrażenie o atrakcji miejsc, ale mniejsza o to) i szczerze powiem, że nie zachwycił nas wcale. Dublińskie ZOO jest naprawdę świetne, natomiast to koło Cork - może za 3-4 lata będzie godne polecenia. O tym jednak, następnym razem.

Trzeba przyznać, że miejsce ma świetne zaplecze i organizację. Ogrom ludzi, potężny parking na łąkach i pan, który przez kilka godzin ustawia samochody w równych rzędach, wyznaczając alejki do przejazdu i odstępy między autami, swoją własną osobą.

Tak to wyglądało, kiedy już miejsce zaczęło się wyludniać, czyli tuż przez 16-tą:




...ludzie wyjeżdżali, a my skierowaliśmy się jeszcze do ogrodów. Całe te zielone przestrzenie, to oprócz parkingów - odgrodzonych barierką - miejsca na pikniki i grę w piłkę, czy inne zabawy na powietrzu:



Na tyłach pałącyku sa kolejne ogromne trawniki - taki przedsmak ogrudu nieformalnego - które także są miejscem piknikowym. Wiele dzieci znajdowało ogromną radość w staczaniu się z małego zbocza:


Oczywiście jakieś przekąski i tego typu rzeczy są dostępne w pałacykowej kawiarni. Stoliki są w środku i na zewnątrz, ceny, jak w tego typu miejscach.

Ruszyliśmy na spacer po parku, wszak o 6 zamykają bramy do całego zespołu: zarówno ZOO, jak i ogrodów.



To ogromne drzewo(jedno), to Cyprysik Lawsona. Dziewczyny koniecznie musiały je zaliczyć.



Potem poszliśmy w kierunku jeziora i zatrzymaliśmy się na krótką chwilę - wygłupy - na ławce:




Jeziorko jest maleńkie w porównaniu z tym w naszym Emo; sam park, podobny do naszego, ale zrobiony na zdecydowanie mniejszą skalę. Za to posiada ogromną kolekcję magnolii, które kwitły właśnie teraz. Jezioro też jest w innym stylu, widać, że zapełniono je roślinami ozdobnymi, obsadzono brzegi, gdy tymczsem nasze w Emo jest siedliskiem dzikiego ptactwa i roślinności i pozostawione jest do dyspozycji naturze.
 

Wiele razy Artur odczytywał nazwy roślin i sprawdzał moją wiedzę, tak z przymróżeniem oka, oczywiście. Zapytał mnie na przykład, co to za kaktus? i po usłyszeniu - araukaria, poszedł sprawdzić:) Dla niego to drzewo pozostało kaktusem i koniec!



Potem weszliśmy między magnolie....










...i kamelie




Otaczał nas niebiański zapach.




Oranżerię już niestety zamknęli i nie mogliśmy jej zobaczyć.










Pobyt w parku był naprawdę ucztą dla zmysłów. W zasadzie uratował on dzień, bo dzieciaki wyszły z ZOO rozczarowane, żeby nie powiedzieć, zdegustowane.



Kolejny plus dla całokształtu, to kierowanie ruchem, kiedy ludzie zaczęli masowo opuszczać obiekt. Samochody były wypuszczane wahadłowo, a barierka z opłatą za parking(to bardzo niemile nas zaskoczyło, wszak wejściówka do ZOO była dość droga) została podniesiona. Dzięki temu korki rozładowano momentalnie, a Fota Park tego dnia i tak zarobił swoje, mógł więc wspaniałomyślnie zrezygnować z kolejnych setek euro z opłaty parkingowej.


O wrażeniach z ogrodu zoologicznego, będzie w następnym wpisie.

sobota, 4 kwietnia 2015

Wielkanocnie



Najlepsze życzenia wielkanocne dla naszch Rodzin, Przyjaciół znanych w realu i tych, których spotkałam tylko w sieci. Niech ten czas będzie dla Was wszystkich czasem szczególnym! 

                                                                                                          Anka



I już zdjęciowo:)


Tuż po powrocie z kościoła ze święconką:



Po raz pierwszy świętujemy ten czas z Arturem! Stąd Izabelka tak się cieszy:)



Nie mogło zabraknąć zdjęcia z tatą!




Pozdrawiamy wszystkich serdecznie i dziękujemy za życzenia, które doszły do nas drogą pocztową, mailową i telefoniczną!


czwartek, 2 kwietnia 2015

Wielkanocne koszyki




Wczoraj była serwetka, w zasadzie półserweta, bo osiągnęła ponad 90cm średnicy, a dzisiaj koszyki dla dziewczyn.

Sama nie wiem dlaczego porwałam się na plecenie z papieru, bo jestem do tego dość źle nastawiona, jako że średnio mi to wychodzi. Na Wielką Sobotę miał być przygotowany rodzinny koszyk i tyle. Jednak doświadczenie poprzednich lat nauczyło mnie, że będzie kłótnia między dziećmi o to, która ma go nieść, postawić, odebrać, itp. Zastanawiałam się, co by tu zrobić i pierwotny plan był taki, żeby pójść do sklepu i kupić gotowe koszyki. Kiedy jednak je zobaczyłam, a potem to, że wszyscy będą mieć takie same, wyszłam bez zakupów.
Któregoś ranka siadłam i zaczęłam po prostu przeplatać wiklinę i wiecie co? W końcu do mnie dotarło, jak ją trzymać, żeby w miarę prosto wszystko wychodziło! Koszyki nie są idealne, stąd moje maskowanie nierówności,większych i mniejszych, za pomocą koronek, kwiatów i czego tam jeszcze...




Każdy koszyk powstawał osobno; po każdym zapleceniu musiałam nieco odpocząć i napełnić się cierpliwością od nowa, aby zacząć kolejny.



Potem pszyszedł czas na dulux i malowanie, aby na końcu zająć się ozdabianiem/maskowaniem.

I tak, ten powstał na zupełnego spontana: zakręciłam tę różową mgiełkę wkoło i jakoś nie chciała odpaść. Bez kleju, bez niczego, po prostu przylgnęła. Stwierdziłam, ok, niech zatem będzie. Dorobiłam dwie róże z materiału i wydaje mi się, że tyle wystarczy. Tutaj kolor gra główną rolę.



Drugi koszyk, to krzyk rozpaczy i wołanie o pomoc. Był tak niemiłosiernie krzywy w jednym miejscu, że wyglądał jak Quasimodo, musiałam coś z tym zrobić. Chwyciłam za koronkę i moje zapasowe kwiatki, podłączyłam klejownicę i dalej do przodu! I koronka i kwiatki są przyklejone na gorąco. Pozwoliło mi to formować fałdki na bieżąco. Kwiaty miały być ułożone zupełnie inaczej, ale klej był widoczny na koronce, więc zamaskowałam go właśnie nimi, tworząc wianuszek.


Dzięki temu uratowałam plecionę i jednak będzie mieć ona swoje pięć minut.



Trzeci koszyk to już była kombinacja.... co by tu....?  Nie chciałam, żeby był identyczny z którymś z poprzednich, a na siłę mi te róże i kwiatki tłoczyły się w głowie. Na szczęście wpadł mi w ręce seledynowy jedwab i złocisty woal:



Seledyn pocięłam na 3 pasy, opaliłam nad świecą i zmarszczyłam. Z woalu zrobiłam jednak kwiaty, ale nie przesadzałam z ich ilością, bo w świetle naprawdę połyskują. Wydaje mi się, że takie dwa w pełni wystarczają.



Ten koszyk wydaje się być najskromniejszy, ale czy taki jest?


Jutro wyścielę je w środku i zapełnię produktami, a w sobotę będę trzymać kciuki, żeby dzieciaki nie wywaliły zawartości któregoś koszyka w kociele, bądź na ulicy. Skąd te myśli?
Otóż od dawna w naszej rodzinie powtarzana jest anegdotka z czasów, kiedy ja miałam lat może 15, a moje rodzeństwo 7-8. W sąsiedztwie mieli rówieśników i jeden z tych chłopców tak niósł koszyk, że wywalił go na chodnik, a jajka potoczyły się aż na jezdnię. Żeby było śmieszniej, w naszych stronach jajka są obierane ze skorupek, a co za tym idzie - przykleiło sie do nich wszystko! Już nie pamiętam, czy to było przed, czy po święceniu, wiem na pewno, że sąsiad biegał po szosie i zbierał tę nieszczęsną święconkę. Do tej pory to wspominamy i się śmiejemy, a w tym roku sama mam prawo mieć obawy co do zawartości naszych koszyków:)

środa, 1 kwietnia 2015

Serwetka, która zjadła mi nerwy




....a przynajmniej wiele mnie kosztowała!

Kiedy zaczęłam szydełkować, wszystko układało się ładnie, cały środek leżał równiutko, jednym słowem - idealnie.







Potem zauważyłam, że jakby przybywa mi tego wszystkiego na obwodach i zaczyna się z lekka falować.



...nic to, pomyślałam, naciągnie się! Wiele razy podczas pracy wydawało mi się, że serwetki jest za dużo, a potem, po zblokowaniu, wszystko ładnie się wyprostowywało.



Przebrnęłam już przez pierwsze okrążenie tych "aniołków w sukienkach", jak je nazwałam, przerobiłam setki pikotków  na ich rękawach, więc nie uśmiechało mi się teraz pruć tego dzieła!




Po drugim okrążeniu "aniołków" i kolejnej porcji pikotków, zaparłam się i dociągnęłam pracę do końca, po czym odłożyłam serwetkę do blokowania i tak czekała ponad pół roku. Wczoraj ostatecznie krochmaliłam to nieszczęście i zaczęłam upinać... I już wiedziałam, że to nie to. Wyszło, jak wyszło; nie da się jej rozpiąć na płask, powstają fale. Nie jest źle, ale według mnie traci wiele uroku.




Spakowana, czeka na oddanie w dobre ręce. Już w piątek powędruje do naszych przyjaciół, którym się podoba.

Nić - bawełna 100%
Szydełko 1,5