wtorek, 17 lipca 2012

Słowotwórstwo Izy






Izabelka od jakiegoś czasu bardzo dużo mówi, czy to po polsku, czy po angielsku. W języku polskim wychodzą jej czasem śmieszne rzeczy. Nie sposób niekiedy zrozumieć, co ma na myśli i pewnie nie domyślilibyśmy się, gdyby nie przypadkowe sytuacje rozwiązujące zagadki. 


Pewnego wieczoru powtarzała nieustannie, że chce TIKA. Stała w łóżeczku umyta i gotowa do spania, a jednocześnie zdesperowana, że matka nie potrafi jej zrozumieć! Zagadka rozwiązała się następnego ranka.


Innym razem chciała dostać owoc z tacy. Pytam który? Izabela: BLUBAN. Ta zagadka była łatwiejsza, bo po prostu podniosłam ją na wysokość tacy i dziecko wybrało właściwy owoc. 



I teraz zagadka dla Was: 


Co to jest TIKA - bez którego Iza nie chce iść spać?


Co to za owoc - BLUBAN?


Ciekawe czy ktoś wpadnie na właściwą odpowiedź?

sobota, 14 lipca 2012

Kiedy pada deszcze...





...jedziemy na spacer do Emo. Zabieramy ze sobą kalosze, parasole, płaszcze i oczywiście aparat. 


A w parku jest tak zielono:






I bardzo mokro. Dziewczyny mają radość ogromną ze spaceru z parasolami:




Każda ma swój własny, Izabelka trochę połamany, ale jej to zupełnie nie przeszkadza.



Wyjątkowo dobrze nastrojone do zdjęć - wszystkie trzy!




Rządkiem maszerowały z parasolami, pod parasolami drzew:




A drzewa tam rosną wielkie!



Deszcz rozpadał się na dobre:



Płatki kwiatów aż kleiły się do liści:




...ale i tak zdjęcia wyszły całkiem ładne:




Woda, woda i woda... czy to kiedyś się skończy?



Nad jeziorem para łabędzi wyprowadziła młode na brzeg. Są tak przyzwyczajone do ludzi, że nawet nie zwracały uwagi na moje trzy córy:




Potem Izabelka weszła w kałużę powyżej kolan i tu już nawet kalosze nie pomogły, bo woda wlała się górą. Trzeba było wracać, ale po drodze jeszcze zahaczyłyśmy o obsypane kwieciem krzewy:



Iza już z niecierpliwością pokrzykiwała, że "mokio" w butach, ale zdjęcia pozwoliła zrobić.



I jeszcze zadumana pani w otoczeniu zieleni i lawendy:




I... po wylaniu resztek wody z butów, usadzeniu dzieciaków w aucie, powrót do domu i przebieranie. 

Myślicie, że straciły trochę energii? Nie!

piątek, 13 lipca 2012

Najprostszy szydełkowy kapelusik






Tak, to moje pierwsze dziecko, które bez kapelusza nie rusza się z domu. Buty nałożone, a Iza woła "hat!"(kapelusz) i maszeruje do półki, gdzie leżą wszystkie okrycia głowy. Wybiera jeden, nakłada i szczęśliwa, może wychodzić z domu.


Z tego powodu zrobiłam któregoś popołudnia taki różowiutki kapelusik:




Praca szybka, bo z głowy to raz(nie korzystałam ze schematów), a dwa, że mała rozmiarowo. 





Siedziałam na parkingu i obserwowałam szalejącą gromadkę dzieci(około dziesięciorga, w tym trójka moich), a przy okazji plątałam nitki, jak mi się w głowie układało.


Iza zaakceptowała wytwór od razu, z tym, że nie chciała pozować. Wymusiłam sesję na Moniczce i to jej główka na tym zdjęciu:



Dziś, podczas jedzenia budyniu, Izabelka doszła do wniosku, że oprócz łyżeczki, rzeczą absolutnie niezbędną, jest kapelusz. Pozwoliła też na robienie zdjęć:)





Zdjęcia z łyżeczką, bo pochłanianie budyniu trwało przez cały czas robienia zdjęć:




Kwiatek też został zauważony:




Nie pytajcie, jak wyglądała sukienka!




Teraz dziergam malutkie białe i biało-niebieskie kwiatuszki różnej maści, bo będą mi potrzebne na opaskę lub coś innego, równie uroczego, a potrzebnego na chrzest. 

Jeszcze nie rezerwowaliśmy terminu, ale już rozmawialiśmy z księdzem i zapewne gdzieś w sierpniu odbędzie się chrzest Izabelki  - small, beautiful lady - jak określił ją ksiądz:) Wszystko przeciągało się w czasie, bo nie mieliśmy chrzestnych, a dokładnie chrzestnego. Była nawet opcja dwóch matek chrzestnych - tutaj to możliwe i nie ma żadnych problemów. W końcu poszliśmy po rozum do głowy i Artur poprosił swojego wieloletniego przyjaciela Plunketta. Ten zgodził się z radością i możemy już wszystko zaczynać organizować. 
Bardziej chodzi tu o samą oprawę, bo chrzest moglibyśmy już mieć w tę niedzielę. Musimy się jednak dowiedzieć, jak wszystko to wygląda po irlandzku. 

wtorek, 10 lipca 2012

Deszcz pada, trawa rośnie






...kwiaty kwitną... ale żeby to było lato? Zdecydowanie lato zapomniało o nas. A może nie trafiło na Wyspę? W każdym razie mój ogródek rekreacyjny, na tyłach, przypomina bajorko. Woda stoi po każdym deszczu. Nie cierpię aż takiej mokrości!


Za to roślinność ma się doskonale, bo i mokro, i ciepło. Wilgoć w ziemi, wilgoć w powietrzu... Oto efekty:





Przed wejściem stoi kilka pojemników z kwiatami. Co prawda tuż po sesji zdjęciowej niektóre zmieniły miejsca, inne powędrowały na tył, kilka nowych doszło, ale wciąż coś tam się zieleni.

Diascia barberae - to ta w skrzyneczkach - kwitnie przepięknie. Wprost "zalewa" kwieciem. Po przycięciu powtarza kwitnienie i tak bez końca, gdyby nie zima. Dodam jeszcze, że ostatnią zimę przetrwała na dworze, na wiosnę przycięłam ją na 5cm i przesadziłam do nowej ziemi. Polecam ten wspaniały kwiat. Ja mam różowy i fioletowy, ale są jeszcze inne kolory.





Goździki. Cóż jeszcze dodać? Rosną w donicy, żeby mogły być transportowane, zależnie od potrzeb. Zimowały na dworze, wiosną dostały nową ziemię. 




Myślałam o dokupieniu jeszcze innych kolorów, ale w zasadzie gdzie ja to postawię? Moja przestrzeń zamyka się w tej przed domem.




W skrzynkach oprócz diascii, rosną jeszcze lobelie(te mam co roku i co roku się nimi zachwycam) i pelargonie. Różowa:



...i czerwona - żarówiasta:




Stoi sobie też doniczusia z bratkami - jak ja kocham ten właśnie kolor!




W tym roku pięknie zakwitł powojnik:



Przycięłam go bardzo mocno, pozostawiając na trzech pędach po dwie pary oczek(w sumie ok. 30cm od ziemi). Rozrósł się i to, co w tej chwili pokazuje, to dopiero nieliczne, rozwinięte pąki:



Zdjęcia robione tuż po deszczu, a przed kolejnym:



Pod płotem, w donicy, mięta dwukolorowa. Polecana dla wyjątkowego smaku(z nutką ananasa, którego ja nie wyczuwam, ale w sumie nie jestem z tych co mają dobry słuch muzyczny, więc możliwe, że tej "nutki" nie wyczuwam); osobiście wolę herbatę z tej zwykłej, zielonej mięty. Ta służy jako ozdoba, zwłaszcza, że dostała pięknej bieli na liściach.



Dzwonki, rozrastają się i płożą, a przy okazji kwitną i "zaniebieszczają" mi ogródek:




I na dziś tyle z kwiatów.

środa, 4 lipca 2012

Minął czerwiec...






...i kilka dni lipca za nami. 


Rok szkolny zakończony, ranki spędzamy w spokoju, powoli, bez pośpiechu, który towarzyszył nam przez ostatnie 10 miesięcy. Nie znaczy to, że wysypiam się, o nie:) Moje dzieci nauczone są wstawać wcześnie i 6.30, najpóźniej 7, zaczynamy kolejny piękny dzień.


Nadszedł czas na powolne gromadzenie książek i innych potrzebnych rzeczy na nowy rok szkolny. Monika zaczyna klasę juniorków, więc tym razem podwójne zeszyty, mundurki, itd. Na szczęście po Gosi został pełen mundur, więc poza czarnymi pantofelkami i sportowymi, solidnymi butami, praktycznie nic jej nie muszę kupować. Co za ulga! 


W czerwcu odbyła się spóźniona impreza urodzinowa Moniki. Zaprosiliśmy kilkoro dzieci i opłaciliśmy miejscowe "miejsce szaleństw wszelakich", żeby nie mieć bałaganu w domu. Wszystko poszło gładko. Dzieci były zmęczone, spocone i zadowolone. 


Duża zjeżdżalnia cieszy się ogromnym powodzeniem wśród moich dziewczyn:




Izabela jest niezwykle samodzielna, wspinała się aż pod sufit i pokonywała wszelkie przeszkody:




Nie przeszkadzało jej to bawić się w kąciku dla niemowlaków:




Picie, picie i jeszcze raz picie!




...bieganie...



...szaleństwo...




Z góry wszystko zapewne wyglądało inaczej i Izabelka uwielbiała tam siedzieć:




Basen z piłeczkami też jest super!




A potem jedzenie... w zasadzie powinnam powiedzieć "w końcu jedzenie", bo przez ostatnie pół godziny dzieciaki zamęczały mnie pytaniem "kiedy?" Jak widać - tłumu nie było, ale czy to najważniejsze? 



Monika na jej specjalnym krześle:




Izabelka wymagała troszkę uwagi, szczególnie podczas jedzenia gorących kurczaków:




...stąd moja prawie nieustanna obecność obok niej...




A tak na marginesie: to jedna z moich letnich sukienek, które kiedyś pokazywałam. Asiu, jak Ci się podobam w tych kolorach? 



Akrobacje są konieczne, nawet podczas jedzenia:




Po posiłku wnieśli tort:




Brzoskwiniowy, bardzo lekki, bardzo owocowy i bardzo wilgotny. Posmakował wszystkim, zniknął w mgnieniu oka, mimo że moja najstarsza córka zareklamowała go strasznie: po pierwszym kęsie powiedziała "ble". 
Tort robiłam sama - widać kulawe jeszcze ozdabianie. Do końca nie byłam pewna, jak będzie z wilgotnością: czy się nie zacznie rozpadać, mazać, ale nie. Był idealny, czyli 1/3 szklanki ponczu na jeden krążek biszkoptu jest idealną miarką.