Coś dodajemy do domu, przemalowujemy, przestawiamy...
Od dwóch dni nasz pokój dzienny funkcjonuje jako skład płyt:
Wszelkie rozmiary, długości...
Wszędzie panuje bałagan, trociny unoszą się w powietrzu, płyty zasłaniają kominek..
Pierwszy efekt to wisząca półka na książki, wmontowana w stelaż domu. Wszystko obliczone na ilość książek, które posiadamy i przeliczone na energię dzieci; uwzględniony został też współczynnik ich katastroficznej pomysłowości:
Półki w trzech biblioteczkach zostaną wzmocnione dodatkowymi deseczkami, boki będą skręcone na dodatkowe śruby.
W pokojach dziewczyn - nie zdążyłam jeszcze zrobić zdjęć - stanęły po dwie szuflady wsuwane pod ich łóżka. W przyszłym tygodniu dojdą półki na ścianach - też wmontowane w stelaż domu - wiadomo dlaczego:))
Tymczasem na jadalnianym żyrandolu wisi sobie to:
Elementy z narożnej półeczki, którą systematycznie rozkręcam i maluję poszczególne jej elementy i elemenciki. Praca dość przyjemna, aczkolwiek rozciąga się w czasie, bo kolejne warstwy trzeba szlifować i malować, i szlifować, i znów malować. Warte jednak to wszystko efektu końcowego.
W międzyczasie - jak zwykle u mnie - powstaje równie powoli, w niemalże ślimaczym tempie, malowidło na ścianie:
Powtórzenie motywu z lustra, z tym, że malowane z pamięci, więc każdy krzak będzie inny; Praca trwa już miesiąc, a gdyby policzyć początek, kiedy postawiłam pierwszą fioletową kreskę na korytarzu... to pewnie dłużej niż pół roku.
Siostra prorokuje, że w momencie, kiedy będziemy się wyprowadzać z tego domu, na pewno zakończę malowanie wszystkich pomieszczeń:) Zobaczymy. Może uda mi się troszkę wcześniej?
