poniedziałek, 7 listopada 2011

Kredki z resztek



Niedawno weszłam na blog Renatki i dzięki niej przypomniałam sobie o zrobieniu kredek. Nie wiem jak ona przygotowała swoje, podejrzewam, że podobnie. Ja użyłam piekarnika i silikonowej formy na malutkie babeczki.


Zebrałam wszystkie kawałki kredek świecowych, które walały się w pudle. Troszkę tego było. Połamałam to na jeszcze mniejsze kawałki i wrzuciłam do foremki. Wstawiłam do piekarnika, który był mocno nagrzany po pieczeniu kurczaka. Po jakichś 30min. wyjęłam foremkę z rozpuszczoną masą kredkową. Pozostawiłam do ostygniecia i stężenia. Jak długo nie wiem, bo zwyczajnie nie patrzyłam na zegarek. 

Oto co wyszło z foremki:




Ponieważ są to małe "babeczki", dzieciakom jest dość łatwo uchwycić i malować różnymi krawędziami uzyskując jeden kolor, lub mieszankę barw. 
W ten sposób kredki dostały "drugie życie". 


Renatko, dziękuję bardzo za przypomnienie o tych kredkach!

niedziela, 6 listopada 2011

Szare niebo i bańki, których nie widać



Wybrałyśmy się we cztery do parku. Dziewczyny kochają puszczeć bańki mydlane. Zabrały swoje "sprzęty", ja wzięłam swoje specjalne ustrojstwo i... zaczęło się. 
Pogoda nie była za specjalna, bo na tle szarego nieba kolorowych beniek nie widać; za to wiatr nam sprzyjał - wystarczyło wyciągnąc plastikową "słomkę" i podmuchy same tworzyły i unosiły bańki. Z tym, że na zdjęciach wszystko jest zamazane. 


Dziewczyny biegały i aparat nie nadążał:



To białe, rozmazane wkoło Moniki, to właśnie bańki.


Każdy robił co mógł...




...żeby tylko otoczył nas obłoczek błyszczących kulek...



Dzięku temu plastikowemu, pomarańczowemu urządzonku, bańki rosną naprawdę spore, szkoda, że tego nie widać; może innym razem.




Monika też próbowała swoich sił:




Gosia pozostała przy swoim małym pojemniczku:




Mimo słabej pogody zabawa była udana.




Musimy powtórzyć ją w słoneczny dzień, wtedy pokażemy Wam lepsze zdjęcia:)

piątek, 4 listopada 2011

Cmentarz w Killenard





Niedaleko nas - trochę ponad 3 mile(4,5km) - leży mała miejscowość Killenard.




Idąc aleją...




...wchodzimy na stary cmentarz...





...dość klimatyczny, muszę przyznać.


Pędy dzikiej róży, jeżyn i bluszczu, splątane są niekiedy w gąszcz nie do przebycia; strzegą starych, niejednokrotnie zapomnianych, grobów. 




Wiatr szumi delikatnie w koronach drzew, czasem krzyknie jakiś ptak...





W większości jednak panuje cisza... Tylko groby, cisza i my...




Znaleźć tu można ładne krzyże, bardzo stare, niektóre urzekające swoją prostotą, inne wyszukanym wzorem, a jeszcze inne... 


...ciekawe przez swą odmienność...






Pokryte porostami, naruszone zębem czasu...




...wciąż jednak piękne...




Pośród starych, naprawdę starych grobów, znaleźć można także wytwory bardziej współczesne:


Ten akurat urzekający, ale są i typowe przykłady "landrynkowej sztuki nagrobnej", jeśli tak to można określić. Kolorowe gołąbki, tulące się aniołki czy kolorowy żwir. Z tym, że nie to ładne co ładne, tylko to, co się komu podoba:)




hrabina.ee, piątek, 04 listopada 2011

wtorek, 1 listopada 2011

Wczorajszy wieczór



Zaproszeni zostaliśmy na imprezę halloweenową do Ann i Davida. Wszyscy narzuciliśmy jakieś kostiumy. 

Monika oczarowana swoim przebraniem czarownicy nie mogła się z nim rozstać:




Do tego pożyczyła sobie topór taty, żeby wydawać się groźniejszą:





Natomiast Gosia nie chciała dłużej być czarownicą, zatem wyciągnęliśmy księżniczkową sukienkę:





Iza to taka mała czarowniczka:




A poniżej moja siostra-kotka?




I ja, czarownica, niestety:




...za to jaką mam piękną córeczkę wiedźmę:)





Pająki wypełzły i zadomowiły się wszędzie!




Lampiony rozświetlały okno:





Zabawa była udana; dziewczyny przytaszczyły chyba z 5 kilogramów słodyczy! My rozdawaliśmy także, żeby nie było, że nie.
Dodatkowo na imprezę upiekłam szarlotkę(Ann niemalże zmusiła mnie do tego) i paluchy czarownicy(przepis od Rest). Wszystko rozeszło się, więc zdjęć nie mam.



Żeby nie było, że tylko tak halloween i czarownice... 
Dziś zabrałam dziewczyny na cmentarz w Portarlington i zapaliłyśmy znicz pod starym krzyżem. Tłumaczyłam córkom, że w Polsce, dziadkowie odwiedzają groby najbliższych i palą takie właśnie "światełka". Gosia już przyjmuje takie rzeczy poważnie, Monia tak sobie, a Iza skakała między grobami z szerokim uśmiechem na ustach. 

niedziela, 30 października 2011

Udziergi



Zdjęcia na szybko zrobione, więc nawet bez stylizacji i "wkładów" ludzkich.

Jak już wspominałam, powstały szaliki i opaski, ale w niezbyt porażającej liczbie. Jakoś potem nie ma komu w tym chodzić, więc ja też nie palę się do pracy. Poza tym wciąż szydełkuję i szydełkuję, i projekt bardzo pochłania czas. Nawet nie spodziwałam się, że wzór wyglądający na lekki, będzie tak upierdliwy. Głównie ze względu na niewielkie przyrosty. 


Co stworzyłam w międzyczasie? 

Opaskę, do której miał powstać szalik, ale okazuje się, że Gosia już go nie chce:



Delikatny róż, mięciutka włóczka, nie wiem jaka, bo bez nazwy.




Wzór bardzo przyjemny i ładny.


Ten sam wzór, inna włóczka:



Tu jest i szalik i opaska(zaginiona w akcji, tzn. w samochodzie). Z tym, że Monice odwidziało się noszenie zarówno szalika, jak i opaski. Nic to, może kiedy się bardziej ochłodzi, dziecko zdecyduje się nałożyć szalik? 



Włóczka to Kid mohair z tureckiej firmy, zapomniałam jakiej.

 
Kolejny szalik(może nawet szalisko) to coś dla mnie. Kocham tę włóczkę za jej miękkość i ciepło, za kolory i za to, że przyrasta na drutach niesamowicie!



Puchata, prawda?



Mam ją jeszcze w odcieniach brzoskwini, pudrowego różu, czerwieni i szarości. 





Coś na prezent:


Szydełko i projekt z Drops Design, który chyba wszyscy znają. Robiłam już 3 takie szaliki i chyba jeszcze jeden się szykuje - też na prezent. 



Włóczka to wełna, mięciutka ale wciąż wełna. Jeśli ktoś nie lubi, to wiadomo... Z tym, że ten szalik chyba bardziej noszony jest dla ozdoby, na wierzchu, niż jako ogrzewacz. W każdym razie włóczka szlachetna, co czuje się podczas pracy z nią. 

I to na tyle zdjęć. 

Szydełkowa serweta nie jest do pokazania. Dopiero, kiedy dotrze na miejsce.

sobota, 29 października 2011

Mało wpisów



...a wszystko wynika z różnych sytuacji, zdarzeń, które mają miejsce w naszym życiu. Nie to, żeby nagle coś strasznego się działo, nie. Ot, życie po prostu. Jestem zmęczona ganianiem między szkołą, przedszkolem, sklepami. W domu staram się gotować jakieś obiady, więc też ten czas muszę wyskrobać. Do tego dochodzi Monika... 

W przedszkolu nie ma przyjaciół, bo odeszli do szkoły. Znała ich prawie dwa lata, teraz jest wśród nowych dzieci. Jak opowiada, bawi się głównie sama, bo tak woli. Monika jest zupełnie inna niż Gosia. Ona nie nawiązuje znajomości w jednej sekundzie, ona potrzebuje czasu. Na szczęście nie płacze idąc do przedszkola - to już ogromny plus, ale mimo wszystko sytuacja chyba trochę ją stresuje, bo reakcje w domu sa gwałtowne, nagłe. Do tego dochodzi moje zainteresowanie Izabelą, która podczas ząbkowania(na szczęście jednego z ostatnich) jest straszna. Monika chce mojej uwagi, Iza chce mnie dla siebie... Gosia potrzebuje mnie przy odrabianiu lekcji. Wszystko na raz. I myślę, że właśnie Monika przeżywa to najbardziej. Poświęcam czas jej i tylko jej; staram się przynajmniej raz dziennie bawić się tylko z nią, zabierać tylko ją ze sobą. Może niedługo zobaczymy efekty?

Póki co robótki odłożone. Przedpokój nie skończony. Ale to wszystko, to tylko jakieś drobne sprawy. 


Oczywiście dochodzą samochody. 
Mój u mechanika - po trzech miesiącach zaczęła działać szyba elektryczna od strony kierowcy. Padła maleńka część, której cena była odwrotnie proporcjonalna do rozmiarów. Brat znalazł w PL na szrocie, bo podobno nowych nie mają w hurtowniach, gdyż nikt tego za ogromną cenę nie kupi. Mniejsza o to. Najważniejsze, że szyba działa. 
Kiedy mój renault był u mechanika, jeździłam seatem. Zaczęło padać, a w seacie jakieś kabelki były już stare i zamokły(super! w Irlandii - krainie deszczu i wilgoci - posiadanie samochodu reagującego na wodę jest jak przekleństwo). Tak więc pojechałam na zakupy, zapakowałam pełne torby do bagażnika, ruszyłam i po paru metrach samochód padł. Tak po prostu. Po środku parkingu, blokując wszystkich: wjeżdżających, wyjeżdżających, dosłownie wszystkich. Nie odpalił. Jakiś dziadek zepchnął mnie na miejsce parkingowe; przybiegli inni faceci gotowi pomóc odpalić, bo mieli kable(myśleli, że to akumulator). Auto potrzebowało tylko (i aż) 30min. Po tym czasie obeschło i ruszyło. Ba, nawet dojechałam do domu! 
Wieczorem Artur ruszył do pracy i po pięciu minutach dzwonił po mnie. Oddałam mu renówkę, a sama zostałam na środku drogi z jego seatem. Drugi raz tego dnia! Facet, obok którego domu stałam na awaryjnych, przyszedł i zepchnął seata na swoje podwórko, żeby było bezpieczniej. Ja z kolei miałam nadzieję, że po 20-30min. pojadę. Niestety. Silnik startował, ale po dodaniu gazu padał w jednej chwili. Przyjechał po mnie znajomy, zabrał auto do zakładu. Naprawili prowizorycznie, bo trzeba wstawić tam nową część - wszystkie kabelki są stare, łapią wilgoć, ucieka prąd, trzeba zatem zadziałać. Lepiej zmienić to, niż auto. 
Sytuacja z Artura samochodem zestresowała mnie strasznie. Już nawet polubiłam nim jeździć, a tu tak mnie zaskoczył! Nic to. 

Przy tym wszystkim chciałoby się jeszcze poczytać, ale w tym tygodniu musiałam przygotować obie dziewczyny do halloween w szkole i przedszkolu. Torby widzieliście, stroje za chwilę. Jak wspominałam, kupione, bo chyba bym się pochlastała szyjąc teraz jakieś kiecki. W związku z napiętą sytuacją, książka poszła na bok. W międzyczasie zaliczyliśmy jeszcze 3 urodzinowe przyjęcia u przyjaciół. Dziś było ostatnie. Po poniedziałku mam nadzieję odpocząć.  

Z tego stresu, wczoraj w nocy, zaczęłam jednak książkę H. Menkella "The man from Beijing", znaną pod polskim tytułem "Chińczyk". Nie jest to seria z K. Wallanderem. Coś nowego i już mnie wciągnęło. 

Miałam napisać o czymś jeszcze ale już nie pamiętam co to było.


Teraz kilka zdjęć.

Nasz mały czytelnik:




Zaduma:



Zapatrzenie:




Podziwianie muru:




Właśnie o tym miałam napisać - urodziny mojej siostry. Dawno temu, ale jakoś nigdy o nich nie wspomniałam:





I w końcu stroje; piątek rano tuż przed wyjściem z domu:







Gosia jak zwykle chętna do pozowania:



piątek, 28 października 2011

Tuż przed halloween

Dziś ostatni dzień w szkołach i przedszkolach. Od poniedziałku przerwa tygodniowa - takie tutejsze ferie. W poniedziałek oczywiście halloween, więc przebieżka po domach, a potem spotkanie u Ann i Davida.

Stroje zostały zakupione - ze środków siostry, która koniecznie chciała mieć w tym udział. Mój wkład to torby, które uszyłam. Te w sklepach są tak słabe, że szkoda patrzeć w ich kierunku. Moje prezentują się tak:





Czarny materiał to satyna, która kiedyś była częścią mojego wampirzego przebrania. Szyło się z niej nawet całkiem nieźle, ale o czym tu mówić, skoro to tylko prostokąty?




Motyw nietoperka już był nieco upierdliwy na ostrych zakrętach - też satyna obrzucona zygzakiem, bardzo gęstym zygzakiem. Na szczęście podkleiłam pomarańczową podszewkę flizeliną, więc zygzakowanie nie szło źle.


Druga torba ma pajęczynę na sobie - to już było szycie-bajka, tylko zygzakiem po narysowanym szkicu:




Torby mają dość poręczny pasek; niezbyt długi, niezbyt krótki.




I na razie tyle moich działań.


Za to usztywniłam małą serwetę szydełkową. Po oczekiwaniu pół roku w torbie, ujrzała światło dzienne. Do tego dłubię jeszcze inne rzeczy, ale jakoś opornie mi to idzie.

Zrobiłam opaski i szaliki na drutach, do tego szalik szydełkowy, tylko jakoś nie mam kiedy tego pokazać. Nie mam weny na zdjęcia, na pisanie, nawet na czytanie. Muszę przeczekać ten czas.