środa, 13 kwietnia 2011

Jutro!....



...wraca mój małżonek z PL. Minęło tylko dwa i aż dwa tygodnie!



Dziękuję za wszystkie komentarze pozostawione przez Was w ostatnim czasie. Sorry, ze nie odpowiadam osobno, pod każdym postem, ale jestem piesko zmęczona i chora. Jeszcze raz dziękuję.

Sztućce



Lubię "sztućce z wyrazem". Co mam na myśli? Dla mnie są to rzeczy stare, ciężkie, z wzorami. 

Jeden komplet mam w Polsce - jeszcze tu nie dojechał. Dostaliśmy je w prezencie ślubnym od moich pracodawców(którzy określali się moimi przybranymi rodzicami z Warszawy). Są to platery z Hefry. Piękne, wybrane przez nas, bo obdarowujący chcieli, żebyśmy na pewno byli zadowoleni:)


Dziś trafiłam na kolejne platery, tyle, że zniszczone. Kupiłam, bo stwierdziłam, że za tę cenę, nawet jeśli odzyskam połowę, to będzie więcej niż satysfakcjonujące. W skład kompletu wchodzi po 12 sztuk łyżek, noży, widelców i łyżeczek, plus chochla do zupy i zestaw surówkowy. Chyba nie muszę dodawać, że czuję się bardzo zadowolona?









Wymagają czyszczenia, to widać od razu:









Łyżeczki są już po pierwszym traktowaniu wodą z solą na aluminium:



niedziela, 10 kwietnia 2011

Tyle się nazbierało...



...że aż nie wiem od czego zacząć. 

Może od tego, że miałam przygotowany cały wpis i tuż przed publikacją, Izabela wyłączyła mi komputer. Wpis poleciał sobie w nicość. Zapewne to lepiej, bo zawarłam w nim sporo rzeczy, które dziś wydają mi się nie warte wspominania. 

Ogólnie rzecz biorąc i podsumowując kolejnych kilka dni bez Artura:


- jest ciężko, aczkolwiek da się przeżyć;

- wszystkie trzy dziewczyny dość poważnie chorują, Izabela ma antybiotyk;

- od wyjazdu Artura śpię po 4 godziny, czasem pięć, ale wszystko z ciągłymi przerwami na siusiu, picie, pocieszenie, podanie smoka, przytulenie, itp.

- czekam na czwartek i nie mogę sobie wyobrazić, jak miną te kolejne, prawie 4 dni - dla mnie to wieczność.


Żeby jednak tylko nie narzekać, coś optymistycznego: byliśmy dziś w Emo. Pogoda piękna! Zafundowałyśmy sesję zdjęciowa kwiatom - głównie różanecznikom i sobie samym. 

Nasze zdjęcia z dedykacja dla Artura!!! Bardzo tęsknimy za Tobą, ale jakoś próbujemy zorganizować sobie czas. Uściski od dziewczynek i ode mnie!





Biedna Iza cały czas ze świecami pod nosem. Nie nadążamy z wycieraniem nosa.


Pozowałam Danie do zdjęcia, a przy okazji zbierałam stokrotki dla Izabelki, która potem, z ogromnym przejęciem, oglądała pierwsze kwiaty z tak bliska.




Zapewne nikt tego nie zauważy, ale mam pomalowane włosy. Po raz pierwszy w życiu zrobiłam coś tak inwazyjnego z moimi włosami!!! Wybrałam jednak kolor niemalże identyczny z moim. Siostra uważa, że to bez sensu: po co malować, skoro nikt tego nie zauważył? Naprawdę nikt. Żadna kobieta, która mnie spotkała, nie zauważyła. Ja jednak taki właśnie miałam zamiar: ukryć siwe włosy, a koloru nie zmieniać zbytnio.


Zmieniając temat...

Niektóre krzewy w pełnym rozkwicie:





...a my koło nich:)








Gosia, jak zwykle, wspina się po pniach:





Jak tylko odwróciłam wzrok od Izy, ta wywalała wszystko z wózka: lalkę, miśka, jedzenie. I to działała, jak na wyścigach:)



Kocham tę sukienkę. Zakrywa to, co trzeba, odkrywa, to co trzeba i jeszcze dodatkowo niesamowicie wygodna przy dzieciach. Lekka, zwiewna, w sam raz na lato, czyli na taki dzień, jak dziś.


Na koniec był mały piknik:



Na niesamowicie zielonej trawie - choć aparat oczywiście nieco przekłamał:) - to i tak zieleń aż raziła w oczy. 


I oczywiście jeszcze kilka kwiatów:






















poniedziałek, 4 kwietnia 2011

***




Jakoś tak dni mijają, nic szczególnego się nie wydarzyło i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Nie mam natchnienia na robótki, nie mam natchnienia na nic. 

Dzieci dostały kataru - wszystkie trzy, więc nocki są moje. 

Pogoda się popsuła, zrobiło się chłodniej. Niemniej jednak wszystkie zimowe kurtki uprałam i poskładałam w worki próżniowe. Wkrótce idą na strych.

Strych już zrobiony. Podłoga rozciąga się wszędzie, gdzie to możliwe.

 
Dziś, w ramach dobroci dla samochodu, pojeździłam seatem Artura. Tydzień już stał, więc niech się trochę rozrusza.


W głowie układam pomysły na pokój dziewczyn. W tym roku chcę im coś tam stworzyć. Zarysy planu już mam...

wtorek, 29 marca 2011

Już jutro



Artur wyjeżdża. Odwożę go z samego rana, coś po 4-tej . W związku z tym, dziś już był czas najwyższy zdjąć walizkę ze strychu i zacząć pakowanie. 

Nie lubię tego, kiedy jeździmy osobno. Zawsze wolę żebyśmy w czasie takich podróży byli razem. Nic na to nie poradzę i już. Tak mam. Będę teraz czekać na jego powrót.


Skończyłam "The fifth woman". Wciągnęła mnie do  tego stopnia, że wczoraj MUSIAŁAM doczytać do ostatniej kartki! Zaczęłam też "The girl with the dragon tatoo" ale jakoś mi nie idzie. Corina tak mi zachwalała tę książkę, ale brnę już przez drugi rozdział i nic. Ann wspominała co prawda, że trzeba przemęczyć początek, a potem... ma być cudo. Zobaczymy. 


Pomęczę Was jeszcze moimi hiacyntami i innymi kwiatkami. Obiecuję jednak, że już niedługo.




Ten kolor mnie zaskoczył. Spodziewałam się czegoś bardziej w fiolet, a tu wyszło bordo.




Ten z kolei jest bardziej żółty(waniliowy), niż biały.




Takie maleństwa, przycupnięte w kąciku.





I wreszcie szafirki.





  Ustawiłam swój aparat na zdjęcia makro(od ponad 5 lat ani razu nie używałam tej funkcji), ale wciąż robię ze zbyt daleka. Zdjęcia szafirków, to już w ogóle robiłam "na ślepo": kucnęłam, aparat oparłam prawie na ziemi, obiektyw w górę i co się uda złapać. 



Kurczę, nie mogę przestać myśleć o tym wyjeździe Artura. Nawet teraz piszę, ale myślami jestem gdzieś daleko. Muszę sobie znaleźć tak dużo zajęć, żeby nie zastanawiać się nad jego nieobecnością. Zapewne zajmę się domem. Zdarzyć się może, że Artur wróci i nie pozna swojego miejsca:)

sobota, 26 marca 2011

Znowu kilka rzeczy



Wypruta dziś jestem doszczętnie. 



O drugiej odbyła się zaległa impreza urodzinowa Małgosi. Ponieważ w okolicach urodzin Gosia była chora, a potem rozwinął się cały łańcuszek chorobowy - zarówno u nas, jak i u innych - termin zarezerwowaliśmy dopiero na końcówkę marca. Nie było zbyt dużo osób. Dzieciaki bawiły się w centrum rozrywki, my "skakaliśmy" koło rodziców, a potem musiałam jeszcze pojeździć troszkę: odwieźć do domu, zrobić zakupy, wpaść do Ann... 
Do tego wszystkiego mój renault zaprotestował troszkę. Podejrzewam, że to paliwo, które zatankowaliśmy kilka dni temu. W nowym miejscu - niby tańsze i Artur się połakomił. Nigdy, przenigdy nie zatankuję na innej stacji! David podejrzewa, że może mi przyblokowało filtr paliwa. Zobaczymy.


Jakoś tak ostatnimi czasy nazbierało się problemów samochodowych. Zmusiłam Artura, żeby w końcu podstawił swojego seata do mechanika. Wycieraczki przednie i tylne włączały się kiedy chciały i potrafiły "wachlować" na sucho pół drogi, po czym wyłączały się same. Mechanik wymienił wszystko - kosztowało to sporo, nie powiem, ale według mnie było warte. Pozostał jeszcze płyn hamulcowy. Może zainteresuję się tym, kiedy Artur pojedzie do Polski?

Oprócz tego zeszło powietrze z jednego koła w Artura samochodzie. Okazało się, że był tam gwóźdź. Załatali oponę, obyło się bez kupowania nowej. Ale już dwa dni później w moim samochodzie była przebita opona. I teraz pytanie: czy samo się stało, czy to robota kogoś? Przebicie było na boku, dosłownie pół centymetra nad kołpakiem i była to czysta, prosta dziura po czymś ostrym. 
Musiałam zmienić obie przednie opony. Na szczęście nasz sąsiad Irlandczyk podał nam namiary do kolegi. Zadzwonił do niego i dostałam dwie nówki w cenie jednej, razem z wymianą. Cieszę się ogromnie, bo inaczej nie byłoby wesoło. Oczywiście nie ma tego złego... Opony przednie miałam już łyse, więc i tak musiałabym je kiedyś wymienić. Za jakiś rok, może wcześniej, będę musiała to samo zrobić z tylnymi. Już i tak są starte i NCT przeszły na granicy.
Mark zastanawia się czy ktoś mi nie przebił opony. Wolałabym wierzyć, że to się stało tak po prostu, w czasie jazdy. 


Z przyjemniejszych rzeczy: dziś dotarł do nas kurier z PL i dowiózł dwie paczki. Dostałam mnóstwo książek, które kiedyś kupiłam w merlinie. Cieszę się ogromnie! Tylko na półkach nie ma już miejsca. 


Teraz ogród.

Hiacynty szaleją:




Ludziom najbardziej podobają się te purpurowe. 








Niezapominajki mają coraz więcej niebieskości:



A stokrotki wychylają się nieśmiało zza hiacyntów.


 
Jeśli idzie o robótki... cisza. Czytam " The fifth woman" - "Piąta kobieta" H. Mankell, w kolejce stoją jeszcze inne pozycje. Nie wiem kiedy wrócę do szydełka:)


W środę wstaję o nieludzkiej porze i odwożę Artura na lotnisko. Nie lubię, kiedy odlatuje bez nas. 


środa, 23 marca 2011

***



Iza powoli przymierza się do podkradania opasek starszych sióstr. Długo na głowie nie potrzyma, ale...




...zawsze to coś nowego.




I nawet jeśli po 5 sekundach już w głowę ciśnie i próbuje się to zdjąć...




...to radość niesamowita wynika także i z samego trzymania.



Emo, standardowo, piękne. Zdjęć już w zasadzie nie robię, chyba że coś szczególnie przykuje moją uwagę. Wczoraj była to ta dama:





Teraz po prostu spaceruję po parku i chłonę jego piękno - na ile mi dzieci(w liczbie 3,4 lub 5) pozwolą.





Nie wiem dlaczego Małgosia nie lubi tu przyjeżdżać. Monika uwielbia, a ta już na samo słowo "Emo" wpada w histerię.





I jeszcze ten widoczek, który być może Wam już pokazywałam, ale co tam.







Na kominku wciąż królują żonkile - te, które dostałam od sąsiadki kilka dni temu. 



Tak teraz patrzę na to zdjęcie i dochodzę do wniosku, że czas najwyższy pochować wszystkie latarenki zimowe do pudła i zanieść na strych. Niech czekają na krótkie dni.