sobota, 15 października 2011

Ostatnie podrygi



...i wysiłki kwiatów? Być może, choć pogoda nie jest najgorsza, gdyby nie brać pod uwagę deszczu. Pada, mży, ale jest dość ciepło. Stąd kwiaty wciąż wysilają się, a poniżej efekty:




Dalie wciąż rozwijają nowe pąki.




Wiciokrzewom zebrało się na kwitnienie.




Nawet pachną całkiem przyjemnie, tylko już nie ma kiedy siedzieć w ogródku.



Acidantera popisała się tylko jednym kwiatem w tym roku.



Ta dalia "ucieknie" z mojego ogrodu już niedługo. 



Krokosmia też nie miała zbyt wielu kwiatostanów, ale za to świeciły na czerwono z daleka.



A na tyłach ogrodu tak się żółciło i niebieściło.


Teraz pozostało tylko czekać do następnego sezonu...

środa, 12 października 2011

Coś robótkowego



W końcu wygrzebałam maszynę do szycia z czeluści moich półek. Sytuacja mnie troszkę zmusiła, więc już sie poświęciłam:)

Musiałam uszyć czapeczkę dla Izabeli; przy ikazji wypróbowałam jeden ze ściegów do materiałów elastycznych. Wygląda on tak:





Może na zbliżeniu będzie lepiej:



Materiał tak obszyty rozciąga się bardzo ładnie; nie używałam tu nici elastycznej, a zwykłą bawełnianą.


Teraz kilka prezentacji na głowie:





Bardzo słabe te zdjęcia, ale Iza czuła ogromną potrzebę ruchu i nijak nie potrafiła ustać w miejscu.





Czapeczka uszyta troszkę "na wyrost", stąd to marszczenie na czubku głowy.






Te ciemne punkty na boku czapki to błyszczące niebieskie kamyki. Materiał w oryginale był bawełnianym topem dość sporych rozmiarów. Część już wykorzystałam na wydłużenie sukienki Małgosi, a resztę - górną partię - użyłam teraz.






Wykrojenie i zszycie zajęło mi pewnie z godzinkę, bo zbyt wprawna w szyciu nie jestem. Efekt - szczególnie te marszczenia, bardzo mi się podoba. 


Zaraz po wykonanej misji "szycie", maszyna powędrowała głęboko na półkę. Zapewne znów poczeka na odpowiedni moment lub nagłą potrzebę.
W końcu wygrzebałam maszynę do szycia z czeluści moich półek. Sytuacja mnie troszkę zmusiła, więc już sie poświęciłam:)

Musiałam uszyć czapeczkę dla Izabeli; przy ikazji wypróbowałam jeden ze ściegów do materiałów elastycznych. Wygląda on tak:





Może na zbliżeniu będzie lepiej:



Materiał tak obszyty rozciąga się bardzo ładnie; nie używałam tu nici elastycznej, a zwykłą bawełnianą.


Teraz kilka prezentacji na głowie:





Bardzo słabe te zdjęcia, ale Iza czuła ogromną potrzebę ruchu i nijak nie potrafiła ustać w miejscu.





Czapeczka uszyta troszkę "na wyrost", stąd to marszczenie na czubku głowy.






Te ciemne punkty na boku czapki to błyszczące niebieskie kamyki. Materiał w oryginale był bawełnianym topem dość sporych rozmiarów. Część już wykorzystałam na wydłużenie sukienki Małgosi, a resztę - górną partię - użyłam teraz.






Wykrojenie i zszycie zajęło mi pewnie z godzinkę, bo zbyt wprawna w szyciu nie jestem. Efekt - szczególnie te marszczenia, bardzo mi się podoba.


Zaraz po wykonanej misji "szycie", maszyna powędrowała głęboko na półkę. Zapewne znów poczeka na odpowiedni moment lub nagłą potrzebę.

niedziela, 9 października 2011

Hore Abbey, Co. Tipperary






Hore Abbey, zwane czasem Hoare Abbey, leży niedaleko twierdzy Rock of Cashel, o której pisałam wcześniej.
Było ono opactwem benedyktyńskim do czasu, kiedy zostało odebrane pierwotnym właścicielom i oddane w posiadanie cystersom. Zrobił to jeden z arcybiskupów, który - podobno - we śnie zobaczył, że benedyktyni planują go zlikwidować. Nie było to prawdą, ale duchowny miał na sumieniu różne grzeszki, takie jak wpływanie na handel w mieście, narzucanie podatków na browary, układy z Anglikami i inne. Zrobił, co zrobił. Odebrał też sporą cześć ziemi i innych dóbr miastu Cashel i oddał cystersom, aby umocnić swą pozycję.

Takie postępowanie oburzało lokalnych mieszkańców; miało też swoje następstwa w śmierci dwóch przypadkowych mnichów, którzy akurat wizytowali w Cashel.



Ruiny są doskonale widoczne z twierdzy Cashel; już stamtąd można robić zdjęcia:



Do opactwa można podjechać samochodem(niedaleko jest mini parking) lub podejść pieszo. My akurat wybraliśmy drugą opcję, za co Artur mnie "przeklinał", ponieważ część drogi wypadła przy dość ruchliwej trasie. W dodatku, znając irlandzką, dość swobodną interpretację przepisów i dozwolonej prędkości, można było z góry założyć, że z przejściem szosy będziemy mieć nieco trudności. Obyło się bez problemów, ale Artur i tak wypominał mi ten spacer przez najbliższe pół godziny:)




Jak zwykle trochę ujęć ze środka:



Choć w zasadzie może trudno to nazwać "ze środka", skoro sklepień praktycznie nie było. Wszystko na wolnym powietrzu.


Bycie tam, w środku dawnej nawy, między tymi łukami, ścianami... dla mnie jak zwykle wrażenie niesamowite...



...piękno łuków, okien...



...przestrzeń, odgłos wiatru wiejącego między resztkami ścian...



...okieneczka...



...i okna...



I na koniec stary, zapomniany, zaniedbany cmentarz:


Trawy i pokrzywy, przewracające się płyty - świadkowie minionych wieków, pustka...



Niedawno, nasi luźni znajomi(bardzo luźni) stwierdzili, że oni jednak preferują zapewnianie swoim dzieciom rozrywek bardziej... dziecięcych; nie łażenie po jakichś zamkach czy ruinach, bo co tam jest ciekawego dla maluchów? W tym wieku to tylko woda, morze, plaża. Więc oni się poświęcają i spędzają całych kilka dni na plaży. Zamki i ruiny zaczną pokazywać, jak chłopcy będą się już interesować takimi rzeczami, historią, czyli kiedyś tam...
Z ich wypowiedzi wynika, że my jednak jesteśmy egoistycznymi rodzicami, którzy dbają tylko i wyłącznie o swoje rozrywki. I nie jest istotne to, że nasze córki uwielbiają takie przygody i właśnie twierdza, gdzie moga łazić, wspinać się, patrzeć na ziemię niemalże z lotu ptaka to jest coś, co lubią.
Oczywiście, że nasze dzieci też lubią plażę i morze, i tam też czasem jeździmy; co jest jednak większym wygodnictwem: siedzenie na plaży, czy chodzenie z dziećmi, bieganie po schodach, wieżach, zamkach, wzgórzach?
Zapewne jak wszędzie, każdy ma inny punkt widzenia. Uważamy jednak, że zaszczepienie ciekawości i chęci poznawania kultury, historii i świata nas otaczającego w młodym wieku nie jest takie złe. A zabawę dzieci znajdą wszędzie. 
hrabina.ee, niedziela, 09 października 2011

piątek, 7 października 2011

Postępy...

...w malowaniu. Powolne, ale są!  Ba, nawet udało mi się odtworzyć i pomalować pierwszą warstwę  motywu roślinnego, który mam na lustrze:





Zdjęcie pochodzi ze strony ikea 


U mnie wygląda on tak:






Małe zbliżenie:




Teraz muszę położyć jeszcze jedną warstwę farby, żeby wyrównać cienie.

Pomalowałam już prawie wszystko fioletem i nadeszła kolej na żółty tam, gdzie go jeszcze nie ma. I oczywiście motyw roślinny, który będzie powtórzony - tym razem w wersji fioletowej na żółtej ścianie - wzdłóż schodów, czyli tam, gdzie mi dzieciaki najwięcej palcują.
Myślę, że takie rozwiązanie będzie w miarę sensowne, bo purpurowe maziaje będą doskonałym maskowaniem dla brudnych palców, które na pewno odbiłyby się na żółtej ścianie.

niedziela, 2 października 2011

Cahir Castle, Co. Tipperary






Średniowieczna twierdza - cel kolejnej naszej wycieczki, zupełnie nie planowanej. Poszliśmy na żywioł. Zapowiedzieli sensowną pogodę, więc szybko: gdzie jedziemy? Artur chciał do Galway, bo tam miało być słonecznie i choć daleko, to autostradą dotarlibyśmy w ciągu 2,5 godziny(jak ja nie doceniałam autostrad, a to takie użyteczne!). Ostatecznie wybraliśmy bliższy cel - tylko godzina jazdy - i tak wylądowaliśmy w miasteczku Cahir.


Zamek zbudowany został w XIIIw na wyspie, na rzece Suir. Pierwotnie stał tam fort, zwany kamiennym(Cathair) i od niego wzięły nazwę i twierdza i miasteczko wkoło niej. W XIVw zamek przeszedł w ręce rodziny Butlerów(jakże często ich nazwisko przewija się w tych opowieściach). W kolejnych stuleciach był powiększany i przebudowywany.

Twierdza była nie do zdobycia - taka krążyła o niej opinia. Faktycznie, solidnie zbudowana, zaopatrzona w 6 wież obronnych, dodatkowo dostęp utrudniało usytuowanie na skalistej wyspie. Mimo wszystko padła w 1599r. Anglicy zdobyli ją, choć nie obyło to łatwe.


Trudno jest objąć zwykłym aparatem całość:









Jak zwykle wrażenie robiła na mnie wielkość zamku:




To pierwsza twierdza, gdzie prawie wszędzie można było wejść: na wieże, na mury obronne, wspinać się krętymi, wąskimi schodami... Dla moich dziewczyn była to "mała przygoda", kiedy tak wspinały się w górę, schodziły w dół i wszędzie, dosłownie wszędzie, musiały uważać i patrzeć pod nogi. Dzieci były zachwycone! My troszkę mniej, bo naprawdę momentami serce miałam w gardle, kiedy widziałam stromizny schodów i wąziutkie, wyszczerbione stopnie.







Byliśmy tam wysoko i wyglądaliśmy przez te wąskie okienka:









Jedna z bram:




A z tej wieży....




...do której było dość łatwo wejść(schody w dobrym stanie, poręcz)...






...rozciągał się taki widok:




A tu moje dzieci w otoczeniu kamiennych ścian:




Wycieczka była nad wyraz udana.

W następnym roku wykupimy sobie bilet rodzinny z możliwością wejścia do wszystkich tego typu zabytków. Płaci się raz - za jeden rok - i na podstawie takiej karty ma się już wolny wstęp. Tak to przynajmniej opisują. 
hrabina.ee, niedziela, 02 października 2011

Kolejne malowanie

Tym razem przedpokój. Długo zbierałam się do tego, farby stały i czekały...

W tym tygodniu stwierdziłam, że jeśli sama się nie zabiorę za pracę, to nigdy projekt nie doczeka się realizacji. Rozrobiłam gips i wypełniłam wszelkie dziury, które powstały podczas "użytkowania" korytarza, jak też te, które zostały pominięte przez fachowców. Następnego dnia wyszlifowałam nierówności(te po fachowcach też), taśmą wyznaczyłam pole malowania i ruszyłam do boju.






Pierwszy raz w życiu malowałam ściany. Użyłam nie wałków, tylko padów i powiem Wam, że jestem z nich niesamowicie zadowolona. Nie chlapią, farba idzie równo - jak dla mnie świetna sprawa.





Oczywiście nie pomalowałam całości od razu, bo mam tylko około godziny-dwóch w ciągu jednego dnia. Poza tym muszę kłaść dwie warstwy koloru jasnego i aż trzy ciemnego. To wszystko wymaga czasu. Po trzech dniach mam 1/4 za sobą; no może 1/5. Co najważniejsze, jestem zadowolona, choć był moment załamania.





Żółta farba nie sprawia mi żadnych problemów, taśmy odcinające odchodzą od ścian rewelacyjnie. Za to farba purpurowa... to już zupełnie inna historia. Dopiero po pokryciu ściany trzecią warstwą zniknęły prześwity. Tu i ówdzie została złamana równa linia odcięcia, bo farba odeszła z taśmą. Będę musiała zrobić minimalne poprawki. Póki co jestem zadowolona. Tym bardziej, że nie mam pojęcia o malowaniu! Wszystkiego uczę się na błędach; czasem dostanę jakąś ekstra radę. I tak powoli zdobywam doświadczenie.


Dlaczego Artur nie udziela się w malowaniu? Ponieważ wie, że tak naprawdę kocham to robić. Zostawia mi wolne pole do działania. Duże powierzchnie "załatwia" on, ale małe pozostają dla mnie. Szczególnie, gdy jest to malowanie "udziwnione", jak je nazwał.


Dodam jeszcze, że te jednolite kolorystycznie powierzchnie tylko teraz są jednolite. Już niedługo dopasuję je do wzoru na lustrze, które zakupiłam niedawno w ikei. Malowanie wzoru to dopiero będzie zabawa. Póki co, muszę znaleźc kogoś, kto mi to lustro powiesi, bo z każdym dniem wzrastają we mnie obawy o całość szkła.



Przy okazji mojej przypadkowej wizyty w charity, znalazłam półeczkę:




Tylko chwilowo stoi w rogu korytarza. Docelowo pójdzie do pokoju dziennego lub jadalni, ale po przemalowaniu na biało.