wtorek, 18 sierpnia 2020

Dla siostry



 Zaczęłam już tę pracę jakiś czas temu. 

Najpierw były próby wzoru:

Przy okazji wyszydełkowałam róże. Jednakże te szydełkowe wydawały mi się za ciężkie i za toporne do delikatnej koronki. zaczęłam szukac innego rozwiązania.

Potem pojawiła się poduszka.

Wygrał wzór z tzw. " kwadratów babuni". 


W końcu znalazłam delikatny czerwony mareriał i to z niego "ukręciłam" róże:


Następnie było montowanie wszystkiego i tak powstała całość:



Moja najmłodsza córka ma planowo nieść poduszkę z obrączkami. Jeszcze nie wiadomo, jak to wszystko wyjdzie, więc projekt jest przygotowany na dwie opcje. Jedna, to z udziałem Izabeli, druga, to brak Izy. 

W takiej sytuacji można albo wyjąć serduszkowe pudełko i w nim zanieść obrączki(pudełko utrzymują róże i jest ono bardzo stabilne; tego się nie spodziewałam), albo wyjąć gąbkę z obrączkami i włożyć w oryginalne pudełko od jubilera.

Cieszę się, że projekt wyszedł ładnie - tak, skromna nie jestem - i najważniejsze, że spodobał się siostrze.



środa, 12 sierpnia 2020

Muzeum Wsi Lubelskiej

 



Wspominałam w poprzednim wpisie o wizycie w muzeum. Chrapkę na odwiedzenie tego miejsca miałam już wieki temu, ale z wiadomych względów nie mogłam sobie, ot tak, tam pojechać. 

Kiedy byliśmy w Polsce, mój małżonek również zapałał chęcią odwiedzenia skansenu. 

I pojechaliśmy! ponieważ nie ma takiej siły, która zatrzyma mojego męża przed wycieczkami. Zwłaszcza w tym roku, kiedy w Irlandii nie byliśmy nigdzie. Dosłownie nigdzie. 


Już na wstępie mówie: warto tam pojechać i warto zarezerwować sobie dużo czasu oraz nastawić się na mnóstwo chodzenia. Jest mały problem, jeśli idzie o parking - stanowczo za mało, ale może tak bywa w weekendy. 

O samym muzeum możecie poczytać na ich stronie. Ja napiszę tak, jak czuję.


Tego dnia pogoda nam dopisała niesamowicie!, może nawet za bardzo, bo w pewnej chwili upał stał się  ogromny. 

Budynek na poniższym zdjęciu to recepcja czy też biuro, gdzie można zakupić bilety. Razem z nimi, dostaje się przewodnik-mapę po skansenie. 



Pierwszy na naszej drodze pojawia się wiatrak. Ogromny, górujący pośród poletka ze zbożem. Brak mu śmigieł, dzięki którym na pewno wyglądałby prawdziwie majestatycznie, ale i tak czuć jego potęgę.


Otacza nas gorące powietrze, delikatny wiatr unosi zapachy dojrzewającego zboża. Wszystko to ucicha, kiedy wchodzimy między chaty. Tutaj powietrze prawie stoi. Mimo to, wszechobecne, wielkie drzewa, dostarczają cienia i nadają klimatu. 

Można poczuć się tak, jakbyśmy weszli do dawnej wioski, gdzie za chwilę zza węgła wyjdzie jakiś jej mieszkaniec. Tym bardziej wydaje się to prawdopodobne ze względu na zwierzęta gospodarskie; kozy, kaczki, gęsi, kury, itd., które tam żyją. Zagrody dla zwierząt są naprawdę zamieszkane. 
Artur cały czas podziwiał wszystkie sprzęty rolnicze: i duże i małe. Część z nich znałam z dzieciństwa, ale część już była totalnie nieznajoma. Tutaj przychodzili z pomocą rodzice. 

Zapach w zagrodach, obejściach był zdecydowanie muzelany, z domieszką zapachów siana, zboża i nawozów zwierzęcych. Na te ostatnie reagowały szczególnie niektóre panie, zatykając nosy, wachlując się i prawie omdlewając na progach obórek:) Och, cóż to był za widok!:)

Wykończenia strzech mogłabym podziwiać bez przerwy! Absolutne  piękności.


Powoli żegnaliśmy się ze wsią i kierowaliśmy się ku miasteczku. 

Tutaj już płoty zrobione były ze sztachet z gustownym wykończeniem:

W miasteczku była poczta, straż pożarna, sklepy, pijalnia piwa, krawiec, szefc... Wszystko, jakby zatrzymane w czasie... Dosłownie czekało sie, kiedy pojawi się sprzedawca lub rzemieślnik.

W niedziele organizowane są pokazy różnych sztuk rzemieślniczych, albo sceny z życia miasteczka bądź wsi: np. wyjazd straży pożarnej, sianokosy, żniwa.... wszystko zgodnie z duchem epoki.

Na terenie skansenu jest kościół i cerkiew. Zastanawiałam się, czy cmentarzyk przy kościele jest, że tak to ujmę, oryginalny? Chyba tak, bo jakżeby inaczej.
 
Na cmentarz prowadzi taka piękna brama:
...a krzyże toną w zieleni, otoczone kwiatami, które rozsiewają delikatny zapach w ciężkim od gorąca powietrzu.

 I warto mieć ten czas, żeby zatrzymać się tam na chwilę, postać pod szumiącą brzozą, może wyszeptać "Wieczny odpoczynek..."






Idąc alejami drzew, mijamy kolejną, piekną bramę:




Brama ma ciekawe rzeźbienia, a prowadzi... 

...do pasieki:
Tam, na wzgórku, w pełnym słońcu stoją ule w równych rzadkach...

Mijamy kolejne domy obsadzone kwiatami: malwy, rudbekie, dziewanna - tego nie mogło tam zabraknąć
I tutaj mamy już barć, a raczej kilk barci. Takie w poziomie widziałam pierwszy raz.
Stary żuraw stoi w cieniu lip. Nie pracował(bo niby jak, skoro studni tam nie było), więc nie wiem czy skrzypi, ale właśnie skrzypienie od razu nasuwa się na myśl, kiedy go widzę.

Przepiękna cerkiew, kilka kolejnych chat i zagród wiejskich i powoli zbliżamy się do końca.

Jeszcze mała przystań i widok miasteczka od tyłu:
  
Wycieczka była długa, a i tak nie weszłam do każdej chaty. Nie zrobiłam zdjęć wszystkich, które chciałam, bo spędziłabym tam jeszcze kilka godzin. 
Tak myślę, że w środku tygodnia byłoby zdecydowanie spokojniej.


Do tego skansenu mogłabym pojechac jeszcze nie jeden raz. Na pewno inaczej wszystko wygląda w innym czasie, innej porze roku. Wiosna jest tam piękna, jesień czarująca, a zima... urzekająca. Skąd to wiem? Ze zdjęć i filmików, jakie muzeum publikuje na swojej stronie, choćby na FB.
Na razie pozostają mi te wspomnienia, ale wszystkich, którzy mogą, zachęcam żeby odwiedzili to lub podobne miejsce. Mój wpis na temat muzeum nie oddaje nawet dziesiątej części tego, co tam sie widzi, czuje i doświadcza, więc warto zobaczyć to samemu.

środa, 5 sierpnia 2020

Byliśmy w Polsce i wróciliśmy...



...zostało mi to jedno zdjęcie, robione podczas lotu do PL. Skrzydło samolotu...




Potem już bylismy tak zajęci, że jedyne zdjęcia, które posiadam to te z Muzeum Wsi Lubelskiej. 

Dodam, że kto nie był w tym miejscu, niech niezwłocznie się wybierze. Warte każdej złotówki, tym bardziej, że bilet tani.


 

środa, 1 lipca 2020

Lato, wakacje...


Po tym, jak blogger "ulepszył" wszystko, to generalnie jest do d..py. Zdjęcia wgrywaja się w tempie, jakby blogger miał zaparcie. Opcje zdjęcia zmienia się już nie jednym kliknięciem, a wybieraniem opcji. Głupota totalna. To ma być to ulepszenie...  ale google po prostu olewa wszystko, bo i tak z niego korzystamy.  Chociaż nie, chyba niedługo się z tego wypiszę:) Póki co przywróciłam starszą opcję bloggera i taka zostanie. 


Szkoła zakończona - już tydzień temu, prezenty rozdane, można cieszyć się wakacjami. Co prawda dzieci w tym roku miały i tak mało szkoły i ciekawe co zrobią z tymi prawie półrocznymi wakacjami.

Ogród...


Krwawnik różowy:

 




Miałam jeszcze żółty, ale wszechobecne mszyce prawie go wykończyły. Teraz się odradza.



Nieśmiertelniki w czasie deszczu zwijaja swoje kwiaty:








Pelargonie bluszczolistne rozwijają pąki.



Niektóre pelargonie rabatowe już kwitną:



Fuksja magellańska zaczyna przepięknie kwitnąć. Też była osaczona przez mszyce, ale przycięłam wszystko o 50% i teraz odżywa.



Liliowce też już w pelni kwitnienia:



I w końcu maki...


Urocze w pąkach:





A potem w kwiatach:





Mam akurat tylko biało-czerwone:



Potem w trawie, na tarasie, pełno płatków strąconych przez wiatr...






Ale to nie koniec spektaklu, zostały jeszcze makówki:



I w końcu liście, kiedy pada deszcz:




wtorek, 9 czerwca 2020

Nagroda i moje kwiaty...





Spieszę poinformować zainteresowanych, że Najmłodsza otrzymała nagrodę za wykonane projekty. Maska i domek były na najwyższym miejscu. Iza, pełna tej dumy, prawie szybuje pod sufitem, tak jest nią napełniona. Cieszę się ogromnie, że cała ta praca, którą poświęciła na tydzień poświęcony zajęciom plastycznym, została doceniona. 



Teraz z kolei ja pochwalę się kolejnym etapem rozkwitu kwiatów...


Pierwsze, największe kwiaty piwonii już przekwitły...
 


W trawie pozostało trochę opadłych płatków - wspomnienie piękna i rozmachu....


Teraz wykwitają pąki trochę mniejsze, ale tak samo oszałamiająco pachnące.

Lobelie dopiero zaczynają się rozrastać i pokazywać pierwsze kwiaty. Może dlatego, że zawsze skąpię i kupuję te malutkie sadzonki. Muszą się dopiero dobrze rozkrzewić, zawiązać pąki i wtedy zaczną szaleć.



Póki co, cieszy moje oczy kilka plamek niebieskości...



Pelargonia bluszczolistna przygotowuje się do kwitnienia:



A dzwonki już cieszą oczy:



Aksamitki zaczynają powoli się rozwijać:



W tym roku dobrze dopilnowałam ślimaki i udało się odhodować aksamitki do takiej wysokości, że mam nadzieję na ich przetrwanie. Tym bardziej mi na tym zależy, że wyrosły z własnoręcznie zebranych nasion; latałam po domu z pojemnikami siewek, potem pikowałam... No szlag by mnie trafił, gdyby ślimaki dorwały się do tego w pierwszym tygodniu po przesadzeniu do gruntu!



W aksamitkach najbardziej kocham ich nieprzewidywalność w kolorze. Mogłabym obfocić każdy krzak, bo każdy jest inny. 
Niektórzy nie lubią ich zapachu, nawet nazywają je śmierdziuchami. Ja z kolei uwielbiam ten aromat. 



Dostałam od sąsiadki sadzonkę Wrotyczu maruna(Tanacetum parthenium) tutaj znany jako Feverfew. Stosowany jest jako cudowny środek na migreny i bóle głowy. 
Jest bardzo ekspansywną rośliną, więc oczywiście wylądował w jednym z moich pojemników. 
Wrotycz(lub jak niektórzy zwą go Złocień) maruna jest kuzynem Wrotyczu pospolitego; wygląda nieco inaczej, ale to jednak bliscy kuzyni.



Do kolekcji dołączyła bakopa. Tylko jedna, bo mocno sie rozrasta. Póki co ma 4 gałązki i takie "mocno sie rozrasta" jest określeniem bardzo na wyrost, ale już za jakiś czas...


Mój "dopiero-co-oklejony" pojemnik po farbie. Pojemników dostarcza mi znajomy budowlaniec w ilościch "ile chcesz". Są niezwykle obszerne, co oznacza, że pochłaniaja ogromne ilości podłoża i drenażu. Żeby nie były tak ciężkie, że aż kręgosłup pęka przy przesuwaniu, jako drenaż używam połamanego styropianu lub pogniecionych nieregularnie pojemników po mleku lub wodzie. 
Przyznaję się od razu, że ja na to sama nie wpadłam. Zazwyczaj wypełniałam donice tonami kamieni lub czegoś podobnego, równie ciężkiego, żeby zapewnić drenaż. Pewnego dnia oglądałam program Monty Don'a - angielskiego ogrodnika i to on zasugerował, żeby sobie nie utrudniać życia, a wykorzystać coś takiego, jak styropian na przykład. 



Oklejam więc te wielkie wiadra materiałami - docelowo mają być pomalowane farbą, ale wiadomo, że prowizorka wygrywa - i sadzę rośliny. Ilość podłoża powoduje, że spokojnie rosną tam po kilka lat. Tak jest np. z moją lawendą wąskolistną(angielską) czyli langustifolia, która rośnie w tym samym pojemniku już 5 lat.



W tym roku dorobiłam się takiej oto szałwi:
 


Do tego krwawniki:



....i widziana już wyżej różowa, a teraz żółta, nemezja:



Nieśmiertelniki mają coraz więcej kwiatów:





W cieniu powojnika rosną i dojrzewają poziomki:



Funkia - jedna z największych - osiągnęła już ponad 70cm średnicy:


W rogu, przy szopie, tam gdzie cień największy, rośnie zielona piękność:


...paproć...


W ten sposób dobrnęliśmy do końca :)