poniedziałek, 14 lipca 2014
The Irish National Heritage Park, Co. Wexford
Druga nasza wyprawa do parku historycznego w Wexford. Zasugerowaliśmy się pogodą, bo wszędzie miało być zachmurzenie większe lub mniejsze, ale w Wexford miało być bez deszczu:) I tak też było. Nawet przyświecało nam słoneczko przez większość dnia, co było o tyle ważne, że całokształt tamtejszej atrakcji mieści się na wolnym powietrzu.
Zaproszenie sformułowane w kuszący sposób:
Pozostaw "dzisiaj"(teraźniejszość) za sobą i rozpocznij niezapomnianą podróż przez 9 tysięcy lat historii irlandzkiej. Wejdź do tego nadzwyczajnego miejsca, gdzie irlandzkie dziedzictwo ożywa dzięki widokom i dźwiękom, które kształtowały kraj i pomogły ukształtować świat.
W tym roku zrekonstruowano kolejne chaty.
Mało tego, trafił się nam przewodnik, który zaczynał z grupką 5 osób, a pod koniec prowadził około 15 dorosłych i całe stado dzieci. Facet świetnie opowiadał, tyle, że dzieciaki nie bardzo były zainteresowane słuchaniem, a bardziej "namacalnym" zwiedzaniem, co on w pełni rozumiał, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie.
Monika ze swojej perspektywy dziecka skomentowała to tak: biedny pan, gada i gada i nie wie, że nikt go nie słucha. Na szczęście szła troszkę dalej i mam nadzieję, że nie dotarło to do uszu przewodnika.
Chwila odpoczynku w cieniu klasztornego domku:
Wikingowie....
To oni, jako pierwsi przywieźli do Irlandii monety i zaczęli w ten sposób handlować. Do tego czasu tutejsi ludzie wciąż używali bydła jako "monety".
Jedna z mniejszych łodzi, która mieściła około 30 ludzi:
Wszystkie eksponaty wyglądały naprawdę autentycznie, nawet te śledzie w beczce:
To w wiosce wikingów powstawały kolorowe, tkane pasy materii:
...skóry pocięte na buty:
Dzieciom oczywiście podobał się swoisty plac zabaw, bardziej służący do ćwiczeń wszelkiego rodzaju, niż tylko do prostej zabawy. Izabela pokochała chodzenie po wszelkiego rodzaju równoważniach, Monika lubiła podciąganie się na rękach powiązane ze wspinaczką, a Małgosia szalała na wszystkim.
W pewnej chwili najmłodsza utknęła, bo przestrzeń między słupami była zbyt duża, aby mogła przeskoczyć z jednego na drugi. Objęła więc słup rękoma i stojąc tak, wołała o pomoc!
Nie obyło się bez łucznictwa! Spróbowała cała trójka: dwie najstarsze i Artur. Ja zostałam z Izabelą, która oczywiście też wyrywała się do strzelania, ale bidulka nie naciągnęłaby nawet najmniejszego łuku. Nawet Monika miała mały problem z ustabilizowaniem ręki, bo cięciwa była zbyt mocna. Zdecydowanie jednak lepiej radziła sobie tym razem, niż rok temu. Mnie oczywiście też kusiło, ale zrobiła się i tak długa kolejka za nami... dałam sobie spokój. Może następnym razem?
Artur w akcji:
Monika naciąga...., mierzy.... i tak dzisięć razy:
I Małgosia... jej poszło najlepiej!
Trafiła samą dziesiątkę! Co prawda jeden raz, ale facet pochwalił ją za koncentrację i dobre mierzenie i wypuszczanie strzał.
Po łucznictwie dzieciaki pobawiły się jeszcze na placu zabaw, a potem, spacerkiem, skierowaliśmy się do kawiarni i sklepiku z pamiątkami., gdzie zakupiłam kilka drobiazgów i to:
W trakcie picia herbaty zorientowaliśmy się, że to już prawie 18! Pół dnia przeleciało nam jak chwila.
piątek, 11 lipca 2014
Kilka piękności...
...spotkanych na polskich drogach:
Takich makowych pól tutaj nie widziałam...kilka kwiatków, to wszystko.
wtorek, 8 lipca 2014
Atlantaquarium w Galway, Co. Galway
Wycieczka na zachodnie wybrzeże. Pogoda miała być mieszana: słońce z deszczem, ale mimo to zdecydowaliśmy się pojechać.
Przez całą drogę towarzyszyły nam coraz większe chmury...
...które z małych, białych obłoczków, przeistaczały się w coraz cięższe i ciemniejsze...
...wiszące nisko nad nami...
Celem wycieczki było centrum rozrywki z ogromnymi akwariami. Do Galway dotarliśmy bez problemów i budynek znaleźliśmy praktycznie od razu.
Po opłaceniu wejściówki można już było zacząć cieszyć się widokiem pływających ryb:
Szyby wielu akwariów pozwalają widzieć wnętrze jakby pod kątem. Rewelacja!
Dziewczyny spędziły dużo czasu przy zbiorniku z płaszczkami, które pływały tuż pod powierzchnią.
Część z nich leżała na dnie, prezentując swe piękne "ubrania"
Wnętrza akwariów oddawały klimat dna morskiego, czy jeśli przyszło do ryb słodkowodnych - klimat dna rzeki czy jeziora.
Wszystkie zdjęcia robiłam bez flesza, choć nie wszędzie wisiały kartki z zakazem używania lampy. Dzięki ustawieniu trybu sportowego, co nieco udało mi się uchwycić, a moje dzieciaki teraz mają radochę przy szybkim przesuwaniu zdjęć, które tworzą mini filmiki.
Poniżej akwarium z naszymi dobrymi znajomymi - karpiami.
Kolorowe, małe rybki wprost mieniły się tęczowo w świetle lamp.
Było ich całe mnóstwo, ale czasu na czytanie o ich zwyczajach i życiu już nie mieliśmy. Dzieci były na to zbyt niecierpliwe.
Zbiornik z piraniami...
I jedna z większych atrakcji według moich dziewczyn: co 30 sekund wpuszczano wodę pod ogromnym ciśnieniem - imitowała ona uderzenia fal. Jeśli ktoś się nie spodziewał(a takich osób było mnóstwo, mimo wyraźnego ostrzeżenia przy wejściu), uderzenie wody sprawiało, że z okrzykiem odskakiwano od szyby.
Na zdjęciu widać spienioną wodę tuż po jej wlaniu do akwarium:
Kolejny zbiornik, niezwykle atrakcyjny. Tutaj nie tylko dzieci, ale także ja, spędziliśmy wiele czasu. Stałam jak urzeczona i wpatrywałam się w ryby, które były centymetry od mnie. Zielonkawożółte światło nadawało wszystkiemu klimatu, a szum wody tylko to dopełniał:
Rozgwiazdy na szybach, niektóre w śmiesznych, powyginanych pozach... Ryba ze zdjęcia poniżej bardzo często podpływała do szyby, pojawiała się jakby nagle, a była spora, ponad pół metra długa i odpowiednio masywna:
W tym samym akwarium krążył, raz przy dnie, raz wyżej, mały rekin. Udało mi się uchwycić jedno z jego okrążeń:
...i moment kiedy, takie odniosłam wrażenie, spojrzał prosto w aparat...
A tu prezentacja.... jaj rekina z żywymi młodymi w środku. Najpierw myślałam, że to tylko obumarłe jaja, potem, że to atrapy, a w końcu Artur pokazał mi, że w środku jednego porusza się "coś". Tym czymś okazał się młody rekin:)
Kolejne, świetnie skonstruowane akwarium. Zrobione na okragło, czyli w kształcie walca. Pływająca ławica podążała w naszym kierunku lub uciekała przed nami.
Zachwycam się tak tutaj tymi akwariami, ale pierwszy raz w życiu widziałam takie cudeńka.
Po zaliczeniu tych wszystkich atrakcji wewnątrz, przyszedł czas na wizytę nad wodą!!!! Dokładnie jest to północny Atlantyk, który tego dnia był spokojny, w miarę spokojny:)
Mieliśmy nawet szczęście, bo jakiś czas temu zaczął się odpływ i powolutku wody odsłaniały plażę.
Mimo tego, że było około 19 stopni i wiał dość chłodny wiatr, moje dzieci nie zrezygnowały z kontaktu z wodą. Chciały nawet zakładać stroje kąpielowe. Na to jednak nie wyraziłam zgody, bo momentami wiatr zacinał piaskiem tak mocno, że odnosiło się takie wrażenie, jakby ktoś wbijał setki szpileczek.
Po takim potraktowaniu przez wiatr, po wejściu do wody, wydawała się ona nawet ciepła! Z przyjemnością więc brodziło się wśród fal. Całe szczęście wzięłam komplet ubrań na zmianę, więc dzieciaki korzystały z wolności.
Gdy słońce wyszło zza chmur, Atlantyk mienił się pięknymi niebieskościami:
...z tym, że co około pół godziny trzeba było nakładać płaszczyki przeciwdeszczowe, ale i tak był to wspaniały dzień!
Pomimo tego, że byliśmy już niedaleko klifów, nie pojechaliśmy tam. Artur nie zdecydował się zabrać dzieci na klify przy tak silnym wietrze. Następnym razem na pewno odwiedzimy to miejsce, wszak to tylko 2 godziny jazdy z Portarlington:), a ja chciałabym sprawdzić, jakie to uczucie, stać w miejscu, które trwa od tysięcy lat i trwać tak będzie. Chciałabym zobaczyć te uderzające urodą widoki na własne oczy.
czwartek, 3 lipca 2014
Pożegnanie z Afryką
...czytam kolejny raz.
Pierwszy raz czytałam w wieku nastu lat i nie polubiłam tej książki. Nie przypadła mi wcale do gustu. W tej chwili odkrywam ją na nowo.
Podobają mi się niesamowicie barwne opisy autorki, zarówno te, dotyczące przyrody, jak i pracy oraz życia tubylców i białych. Opisywane jest życie w Kenii, na plantacji kawy. Życie trudne, zależne od cyklu przyrody, sprzężone z nią całkowicie. Pokazana jest małość człowieka, który nie ma najmniejszego wpływu na suszę, na brak pory deszczowej, która potrafi się nie pojawić!!! na szarańczę, która po prostu spada z nieba i pochłania wszystko.
Muszę kiedyś porozmawiać z naszym sąsiadem Benjaminem. Pochodzi z Ugandy, która zresztą sąsiaduje z Kenią. Muszę go dopytać, przynajmniej spróbować, czy tęskni za tym wszystkim, co tam zostało? za jakąś częścią? Czy brakuje mu zimnych nocy, rześkich poranków i upalnych dni? Irlandia wszak jest prawie zupełnym przeciwieństwem krajów afrykańskich...
Póki co delektuję się lekturą, przenoszę się na niezmierzone sawanny, wyobrażam sobie czarne, rozgwieżdżone niebo i noc pełną dźwięku cykad....
Subskrybuj:
Posty (Atom)