wtorek, 8 lipca 2014

Atlantaquarium w Galway, Co. Galway



Wycieczka na zachodnie wybrzeże. Pogoda miała być mieszana: słońce z deszczem, ale mimo to zdecydowaliśmy się pojechać. 
Przez całą drogę towarzyszyły nam coraz większe chmury...



...które z małych, białych obłoczków, przeistaczały się w coraz cięższe i ciemniejsze...


...wiszące nisko nad nami...




Celem wycieczki było centrum rozrywki z ogromnymi akwariami. Do Galway dotarliśmy bez problemów i budynek znaleźliśmy praktycznie od razu.
Po opłaceniu wejściówki można już było zacząć cieszyć się widokiem pływających ryb:



Szyby wielu akwariów pozwalają widzieć wnętrze jakby pod kątem. Rewelacja!


Dziewczyny spędziły dużo czasu przy zbiorniku z płaszczkami, które pływały tuż pod powierzchnią.



Część z nich leżała na dnie, prezentując swe piękne "ubrania"




Wnętrza akwariów oddawały klimat dna morskiego, czy jeśli przyszło do ryb słodkowodnych - klimat dna rzeki czy jeziora.





Wszystkie zdjęcia robiłam bez flesza, choć nie wszędzie wisiały kartki z zakazem używania lampy. Dzięki ustawieniu trybu sportowego, co nieco udało mi się uchwycić, a moje dzieciaki teraz mają radochę przy szybkim przesuwaniu zdjęć, które tworzą mini filmiki.

Poniżej akwarium z naszymi dobrymi znajomymi - karpiami.



Kolorowe, małe rybki wprost mieniły się tęczowo w świetle lamp.


Było ich całe mnóstwo, ale czasu na czytanie o ich zwyczajach i życiu już nie mieliśmy. Dzieci były na to zbyt niecierpliwe.



Zbiornik z piraniami...



I jedna z większych atrakcji według moich dziewczyn: co 30 sekund wpuszczano wodę pod ogromnym ciśnieniem - imitowała ona uderzenia fal. Jeśli ktoś się nie spodziewał(a takich osób było mnóstwo, mimo wyraźnego ostrzeżenia przy wejściu), uderzenie wody sprawiało, że z okrzykiem odskakiwano od szyby.
Na zdjęciu widać spienioną wodę tuż po jej wlaniu do akwarium:



Kolejny zbiornik, niezwykle atrakcyjny. Tutaj nie tylko dzieci, ale także ja, spędziliśmy wiele czasu. Stałam jak urzeczona i wpatrywałam się w ryby, które były centymetry od mnie. Zielonkawożółte światło nadawało wszystkiemu klimatu, a szum wody tylko to dopełniał:



Rozgwiazdy na szybach, niektóre w śmiesznych, powyginanych pozach... Ryba ze zdjęcia poniżej bardzo często podpływała do szyby, pojawiała się jakby nagle, a była spora, ponad pół metra długa i odpowiednio masywna:


W tym samym akwarium krążył, raz przy dnie, raz wyżej, mały rekin. Udało mi się uchwycić jedno z jego okrążeń:



...i moment kiedy, takie odniosłam wrażenie, spojrzał prosto w aparat...




A tu prezentacja.... jaj rekina z żywymi młodymi w środku. Najpierw myślałam, że to tylko obumarłe jaja, potem, że to atrapy, a w końcu Artur pokazał mi, że w środku jednego porusza się "coś". Tym czymś okazał się młody rekin:)



Kolejne, świetnie skonstruowane akwarium. Zrobione na okragło, czyli w kształcie walca. Pływająca ławica podążała w naszym kierunku lub uciekała przed nami.
Zachwycam się tak tutaj tymi akwariami, ale pierwszy raz w życiu widziałam takie cudeńka.




Po zaliczeniu tych wszystkich atrakcji wewnątrz, przyszedł czas na wizytę nad wodą!!!! Dokładnie jest to północny Atlantyk, który tego dnia był spokojny, w miarę spokojny:)


Mieliśmy nawet szczęście, bo jakiś czas temu zaczął się odpływ i powolutku wody odsłaniały plażę.


Mimo tego, że było około 19 stopni i wiał dość chłodny wiatr, moje dzieci nie zrezygnowały z kontaktu z wodą. Chciały nawet zakładać stroje kąpielowe. Na to jednak nie wyraziłam zgody, bo momentami wiatr zacinał piaskiem tak mocno, że odnosiło się takie wrażenie, jakby ktoś wbijał setki szpileczek.



Po takim potraktowaniu przez wiatr, po wejściu do wody, wydawała się ona nawet ciepła! Z przyjemnością więc brodziło się wśród fal. Całe szczęście wzięłam komplet ubrań na zmianę, więc dzieciaki korzystały z wolności.



Gdy słońce wyszło zza chmur, Atlantyk mienił się pięknymi niebieskościami:



...z tym, że co około pół godziny trzeba było nakładać płaszczyki przeciwdeszczowe, ale i tak był to wspaniały dzień!



Pomimo tego, że byliśmy już niedaleko klifów, nie pojechaliśmy tam. Artur nie zdecydował się zabrać dzieci na klify przy tak silnym wietrze. Następnym razem na pewno odwiedzimy to miejsce, wszak to tylko 2 godziny jazdy z Portarlington:), a ja chciałabym sprawdzić, jakie to uczucie, stać w miejscu, które trwa od tysięcy lat i trwać tak będzie. Chciałabym zobaczyć te uderzające urodą widoki na własne oczy. 

5 komentarzy:

  1. W czerwcu gościłam u siebie swoich bratanków z Irlandii, którzy nawet w pochmurne dni, wiatr i deszczową pogodę wzbraniali się przed założeniem czegoś cieplejszego. Podkoszulek i szorty, i im ciepło. Pytam - jak to możliwe??? A oni na to - jesteśmy z Irlandii! Widzę, że Twoje dziewczyny tak samo zaprawione w takiej pogodzie:) Szok!
    Zdjęcia super:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Galway uwielbiam,często jezdzimy,ponoć najbardziej kapryśna pogoda jest na zachodzie.Ja tak nie uważam,mieszkam tu i cała wyspa ma taką pogodę.Choc na wschodzie ponoc mniej pada.Jeszcze tam nie dotarłam.
    A co do klifów tam wieje zawsze.Myslałam,że mnie przewróci szczególnie przy wieży.My akurat wypuściliśmy się tam gdzie zabronione chodzenie.Wiało,wąsko było ale przygoda niesamowita.Drugi raz bym sie chyba nieodważyła.

    OdpowiedzUsuń
  3. wspaniała wycieczka,sama z ciekawością oglądałam fotki, jest na czym oko zawiesić, a białego karpia to pierwszy raz widzę,a może to jakaś krzyżówka?

    OdpowiedzUsuń

  4. Uwielbiam te wycieczki z Wami :))) Kolory oceanu boskie, żeby taka włóczkę mieć. Ściskam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oceanarium zrobiło na mnie ogromne wrażenie, szkoda, że u nas nie ma podobnego obiektu, a kolor oceanu od razu skojarzył mi się z włóczką i fajnie byłoby mieć coś takiego w takim kolorze, pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń