czwartek, 26 lipca 2012

Powerscourt House and Garden



Powerscourt w XIII wieku był zamkiem, rozbudowywanym w kolejnych wiekach. Obecnie, wraz z ogrodami, zajmuje powierzchnię 19 hektarów. Jest jednym z piękniejszych miejsc, bardzo chętnie odwiedzanym przez turystów. 

Sam dojazd do parkingów to aleja utworzona ze starych, przepięknych drzew. W takim otoczeniu jedzie się około kilometra, potem znaki prowadzą na parkingi. Płaci się wstęp, a jakże, ale uważam że cena biletu i tak jest mała w porównaniu do tego, co można zobaczyć. 

Przy wejściu należy zabrać mapkę ogrodów, bez której można się obejść, ale która z kolei udziela kilku cennych informacji. 

Pierwszy rzut obiektywu, zaraz z wejścia - to tylko "tycia" namiastka tego, co na nas czeka:




Dziewczyny, jakby wiedziały, że będzie to dłuuugi spacer, usiadły zaraz na początku i zbierały siły:





Potem już Artur ganiał je po ogrodzie różanym, usytuowanym niedaleko głównego wejścia:
 




Następnie naradzali się, którędy będziemy wędrować:




Izabela najwyraźniej się znudziła, a Monika wcale nie była zainteresowana trasą, bo obie skupiły się na oglądaniu kamyków niedaleko fontanny: 



I już mamy wspomnianą fontannę:




Zaraz niedaleko - kolejna:




Potem weszliśmy między stare drzewa - ogromne, na co Izabela zwraca Wam wszystkim uwagę:








Tu Artur jeszcze się uśmiechał, nie przeczuwał, że za chwilę będzie walczył z córkami, które koniecznie chciały wspinać się po drzewach: 




Zaraz niedaleko rozciągał się taki widok:



Jezioro Trytona i on sam, w swojej żelaznej, omszonej postaci:




Potem ogrody japońskie:



Dużo, dużo zieleni...




...wody....




...uroczych zakątków...



...jeszcze więcej wody...



...mostków...



Jest też takie miejsce, gdzie można coś zjeść - jeśli się ze sobą cokolwiek przyniosło:











Na zakończenie japońskich ogrodów - zdjęcie z siostrą:



A potem kolejny spacer - do wieży:



Izabela próbowała wyzbierać wszystkie szyszki...




...a potem przynieść je do mnie. Niestety, po drodze wypadały jej z rąk, schylała się po nie, wypadały kolejne i tak wkoło... Izabela była sfrustrowana!



Wreszcie osiągnęliśmy wieżę:



Ze szczytu można było podziwiać Powercourt House(dzięki ogromnemu zbliżeniu, które zaoferował mi aparat):



Otaczające góry:




Można było pobawić się z tatą przy armatach:




A potem... ogród włoski i piękna, dwukolorowa mozaika ułożona z kamyków:




Droga wiedzie do jeziora Trytona(już tam byliśmy, tylko od drugiej strony):




Tuż przed jeziorem - dwa pegazy:




I jeszcze raz sam Tryton - tym razem od przodu:





To wycieczka widziana moim okiem, wycieczka w moim obiektywie. Kolejny raz będą zdjęcia mojej siostry.
hrabina.ee, czwartek, 26 lipca 2012 , Irlandia - nasze wycieczki/ Ireland - our trips Komentarze (4)

środa, 25 lipca 2012

Wicklow Gap



Ostatnio pojechaliśmy na wycieczkę do Powerscourt Hause and Gardens i aby tam dotrzeć, Artur wybrał drogę przez góry Wicklow. Jak zawsze, powinnam dodać, bo każda nasza wycieczka, która zmierza w tamtym kierunku, odbywa się nie autostradą(ok. 60 minut), tylko krętą drogą przez góry. Plus jest taki, że przed oczami mamy nie widok tylnej klapy jadącego przed nami samochodu, a piękne krajobrazy. 


Tym razem pogoda była mocno-taka-sobie. Zachmurzenie utrzymywało się prawie cały dzień ,ale nie padało, co jest niezmiernie ważne. Jadąc przez góry, zrobiliśmy sobie krótki postój i wycieczkę, żeby rozprostować nogi. 

Wiclow Gap - obszar rozciągający się od Hollywood(tak, mamy swoje własne) do Laragh. Biegnie tamtędy droga - jedna z dwóch - przecinająca Góry Wicklow ze wschodu na zachód. Druga, to droga przez Sally Gap w północnym Wicklow. 
Obie drogi są niezwykle ważne - jako szlaki komunikacyjne, ale też jako szlaki turystyczne dające możliwość podziwiania spektakularnych widoków. Ja jestem oczarowana krajobrazami za każdym razem, nawet teraz, kiedy chmury przyciemniły wszystko i przytłumiły kolory. 


Zapraszam:




Moje dziewczyny pytały o możliwość dotknięcia chmur, które były tak nisko, że zakrywały część gór. Dzieciom zdawało się, że podbiegną trochę, wyciągną ręce i złapią ten biały puch.




Z parkingu powędrowaliśmy taka "ścieżką" ułożona z grubych, połączonych ze sobą, bali. Wkoło rozciągały się wrzosowiska, jeszcze zielone, ale już dające nadzieję na piękne kolory w sierpniu.





Ustawianie do zdjęcia... taa... i tak żadne nie jest takie, jak być powinno.


















Nasza najmłodsza pociecha dzielnie wędrowała w górę:




...a potem podziwiała jezioro w dole, ale już z wysokości rąk taty.



Do jeziora już nie poszliśmy - można nawet podjechać - bo głównym naszym celem było zupełnie co innego.




Obiecuję sobie, że kiedyś wybiorę się w góry sama, z aparatem w dłoni i powoli przejadę się tym szlakiem. 




Moje pociechy brodzące w morzu traw:




I na zakończenie ja:)



Kolejny wpis będzie już o pięknych ogrodach.

wtorek, 24 lipca 2012

Jeszcze raz piłka szydełkowa






Nie napisałam tego poprzednio, więc małe uzupełnienie odnośnie piłki.


Wypchana jest wkładem poduszkowym - nie wiem, jak to się prawidłowo nazywa. Wygląda jak biała wełna. Do tej piłki weszły wkłady z 3 sporych poduszek - nie jaśków, ale takich poduszek, na których się śpi. Ze względu na tę ilość, piłka jest dość sztywna i czasem nawet trzyma kształt kuli, pod warunkiem, że nikt na niej wcześniej nie siedział. 

I tu mamy odpowiedź na pytanie, czy można na niej siedzieć. Tak, można, tylko piłka nie wraca samoistnie do swego kulistego kształtu. Trzeba to zrobić ręcznie. 


W moim domu służy - i doskonale się sprawdza - jako pufa(puf?). 


Dlaczego nie zrobię kolejnych? Mimo dość szybkiego powstawania wielokątów, jest to praca troszkę nudna. Wytrzymałam tylko dlatego, że chciałam się pozbyć sporej ilości akryli. Jestem jednak pewna, że kolejny raz utknęłabym w jakimś punkcie i... to byłby koniec kolejnej piłki:) Nudzi mnie powtarzanie takich samych dziergadeł. Wyjątkiem były tu kolorowe szydełkowe pokrycia jaśków. To się robiło fantastycznie(Ula, czy podesłane zdjęcia i opis są zrozumiałe? Moja siostra twierdzi, że nie potrafię tłumaczyć, bo stosuję zbyt dużo skrótów myślowych, więc jeśli zrozumiesz moje opisy, to według niej jesteś geniusz). 

Szydełkowa piłka-pufa





  • Nie napisałam tego poprzednio, więc małe uzupełnienie odnośnie piłki.


    Wypchana jest wkładem poduszkowym - nie wiem, jak to się prawidłowo nazywa. Wygląda jak biała wełna. Do tej piłki weszły wkłady z 3 sporych poduszek - nie jaśków, ale takich poduszek, na których się śpi. Ze względu na tę ilość, piłka jest dość sztywna i czasem nawet trzyma kształt kuli, pod warunkiem, że nikt na niej wcześniej nie siedział. 

    I tu mamy odpowiedź na pytanie, czy można na niej siedzieć. Tak, można, tylko piłka nie wraca samoistnie do swego kulistego kształtu. Trzeba to zrobić ręcznie. 


    W moim domu służy - i doskonale się sprawdza - jako pufa(puf?). 


    Dlaczego nie zrobię kolejnych? Mimo dość szybkiego powstawania wielokątów, jest to praca troszkę nudna. Wytrzymałam tylko dlatego, że chciałam się pozbyć sporej ilości akryli. Jestem jednak pewna, że kolejny raz utknęłabym w jakimś punkcie i... to byłby koniec kolejnej piłki:) Nudzi mnie powtarzanie takich samych dziergadeł. Wyjątkiem były tu kolorowe szydełkowe pokrycia jaśków. To się robiło fantastycznie(Ula, czy podesłane zdjęcia i opis są zrozumiałe? Moja siostra twierdzi, że nie potrafię tłumaczyć, bo stosuję zbyt dużo skrótów myślowych, więc jeśli zrozumiesz moje opisy, to według niej jesteś geniusz). 


    hrabina.ee, środa, 25 lipca 2012 , Robótki/ My handmaded work Komentarze (5)
  • I znowu będzie o szydełku




    Tak mnie jakoś ostatnio naszło. Szydełko i szydełko. Choć przyznaję, że jest to moje ulubione narzędzie. Z drutami też się już zaprzyjaźniłam za sprawą Splocika, ale jednak to szydełko zdobyło przewagę. 


    Co się kryło za tymi wszystkimi pięcio- i sześciokątami?


    Persjanka pierwsza wpadła na właściwy trop. Piłka.


    Oto i ona:




    Dlaczego ją zrobiłam? Sama się dziś zastanawiam. Wpadła mi w oko, kiedy przeglądałam wzory. Była piękna, niebiesko-biała i od pierwszej chwili po prostu mnie zachwyciła. 




    Miałam zachomikowanych kilka resztek włóczkowych, do tego większe ilości akryli... wszystko w takich pastelach... 





    ...i żeby to wszystko wykorzystać, zaczęłam szydełkować.

    Piłka składa się z dwóch identycznych połówek, a każda połówka to 5 pięciokątów i 10 sześciokątów. W sumie 30 elementów, które powstawały dość szybko, potem chwilka łączenia i mamy gotowy produkt.





    A tutaj już Izabelka, która od razu zaanektowała piłkę. Widać też dobrze rozmiar zabawki...




    ...która nie jest wcale taka mała. 


    Projekt zakończony, więcej go powtarzać nie zamierzam.

czwartek, 19 lipca 2012

Kolejny kapelusik





Tak mnie jakoś naszło ostatnio i jako przerywniki w większych, dłuższych projektach, wpadają małe - takie jak kapelutki dla najmłodszej.
Kapelutki, bo nie są to kapelusze. Dwie-trzy godzinki pracy w moim przypadku(inni na pewno radzą sobie z tym szybciej) i produkt gotowy.

Sesja na szybko, w porannym stroju, czyli wciąż w pidżamie.





Kolor niebieski, czego na pewno nie da się przeoczyć.






Do tego mocny niebieski, aczkolwiek przekłamany przez błysk lampy.




Na zdjęciach wyszedł dość laserowy, ale nie jest aż tak świecący.





Wzór mój własny. Powstawał "z głowy", kiedy dodawałam kolejne okrążenia, siedząc na parkingu i pilnując dzieciaków. Czasem musiałam coś tam podpruć, żeby zgodził się wynik oczek, czasem coś tam naciągnęłam, żeby wszystko się ładnie zeszło...




I oczywiście, na sam koniec, kwiatuszek. Biało-niebieski. Teraz tak patrzę na zdjęcie - dosłownie teraz, siedząc i pisząc - i sobie myślę, że mógł być delikatniejszy. Zrobiłam go takim w pierwszej chwili, a potem coś mnie podkusiło i ostatnie, białe okrążenie, wykonane z łańcuszka, obrobiłam półsłupkami. Trochę to popsuło pierwotny efekt. Tak mi się wydaje. 

środa, 18 lipca 2012

Odpowiedź







Oto bohaterka słów z poprzedniego wpisu:






Wielu chętnych do zgadywania nie było. Ciekawe dlaczego? 


Ci, co się zgłosili, niestety, ale nie zgadli; nie było to jednak łatwe zadanie, bo tak, jak mówi Artsajke - za dzieckiem nie sposób czasem trafić. 


Tika to szlafrok. Izabelka potrzebuje go do spania, w sumie nie wiem dlaczego, ale jest jej po prostu NIEZBĘDNY! Zabiera go ze sobą do łóżeczka, czasem nakłada, a czasem po prostu trzyma koło siebie.


Bluban to grejpfrut. Dlaczego tak go określiła? Nie mam bladego pojęcia, ale przyznaję, że sama nigdy bym nie wpadła na prawidłowe odpowiedzi.



Muszę jeszcze zapisać, żeby nie uleciało, że kareta nazwana została DUDUN.