niedziela, 24 lipca 2011

Niedzielna wycieczka



Ponieważ nasza dzisiejsza wycieczka była jedną z kolejnych do zoo w Dublinie, nie będę opisywać tego, co widzieliśmy. Owszem, miejsce znów zmieniło wygląd i wciąż jest rozbudowywane, ale nie ma sensu pisać co rok czy dwa lata o tym samym. 


Dziś wstawiam sporo fotek rodzinnych dla Rodziny właśnie i dla tych znajomych, którzy wciąż pytają o dzieci i o nas.


Pogoda nam dopisała, choć opuszczaliśmy zalane deszczem Portarlington. Potem troszkę się rozpogodziło, by tuż przed Dublinem znów nas postraszyć. 
Kiedy już zaparkowaliśmy wóz gdzieś pośród łąk(kto by pomyślał, że tak może wyglądać centrum Dublina?), prawie naprzeciw zoo, trzeba było podjąć decyzję, które ubrania zabrać. Do auta mogliśmy włożyć i pól szafy, ale później już trzeba to niestety nosić... padło zatem na płaszczyki od deszczu. Do tego oczywiście jedzenie dla dzieci, dla mnie, picie, zapas pieluszek. Wózek wyglądał jak obładowany wielbłąd:) Wszystko wydawało się jednak konieczne, wręcz niezbędne. 
Tuż za wejściem do zoo, no może po przejściu paru metrów, pogoda zmieniła się gwałtownie. Zaświeciło słońce i towarzyszyło nam do końca dnia. Kurtki i swetry trzeba było jednak dźwigać; cóż, uroki życia w Irlandii:)

Po tym przydługim wstępie zapraszam dalej:




Przez część dnia Izabela dzielnie maszerowała, a wózek spełniał inne zadania.





Może godzinę po wejściu trzeba było zacząć pierwsze jedzenie.




O dziwo, starsze zjadły cakiem nieźle.





Izabela w końcu się zmęczyła i wylądowała na rękach.





Zdjęcia przy stosownym wyposażeniu, nawiązującym do miejsca.





Były też lody i tutaj chusteczki poszły w ruch. Jak widać, nie tylko Iza padła, moje ramiona też i najmłodsza wylądowała w wózku.




I tak sobie spacerowaliśmy. Bez pośpiechu, jaki towarzyszył niektórym rodzinom, jakby spacer po zoo był wyścigiem z nagrodami.





Izie doskwierają kolejne zęby(wyjątkowo dostała nawet temperatury) i jej niektóre miny świadczyły o średnim zadowoleniu.





Pingwina z drewna też nie mogły pominąć:)





I jedno z lepszych ujęć: trójka razem wędrująca.





Izabeli było najtrudniej zaakceptować taki stan rzeczy, próbowała wyrwać się na wolność i iść tam, gdzie serce pragnie:)






Uwięziona między siostrami i mną, musiała iść do przodu.





W części afrykańskiej Artur wziął ją na barana, a ponieważ roślinność była bujna, momentami przyginał Izę, żeby nie dostała jakąś gałęzią w twarz. Z mojej perspektywy wyglądało to komicznie!





I jeszcze akrobacje na słoneczniku.





Jak jedna, to i druga, wyjątków nie ma pod tym względem.


Około 16-tej opuściliśmy zoo i muszę powiedzieć, że dziś byłam lekko zmęczona. Dzieciaki też, ale w trakcie drogi powrotnej okazało się, że siły na kłótnie mają.



Dzisiejsze zdjęcia robiła siostra swoim nowym aparatem, stąd może jeszcze nie wszystkie są takie ładne, bo dopiero uczyła się nowego sprzętu. 

piątek, 22 lipca 2011

Clonmacnoise, Co. Offaly





...czyli całkiem blisko nas, bo po sąsiedzku, aczkolwiek jazdy troszkę było.


Clonmacnoise, największa atrakcja turystyczna tego hrabstwa i jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Irlandii.



Clonmacnoise to bardzo duży kompleks monastyczny zlokalizowany nad rzeką Shannon. Powstał około 548-549r założony przez św. Kierana. Fundatorem był Dermond - późniejszy Wysoki Król Irlandii. Klasztor był ważnym ośrodkiem nauki. Tu powstawały liczne księgi, manuskrypty. Oczywiście był wielokrotnie łupiony, palony i odbudowywany. W 1179r wikingowie strasznie splądrowali klasztor; po ich napaści powstawał z ruin około 400lat(w tym czasie też był wielokrotnie napadany). 
To, co widzimy dziś, to ruiny, jakie pozostawili po sobie Anglicy, których garnizon z Athlone zabrał wszystko, co się dało. Miało to miejsce w 1552r. Można rzec, że Anglicy położyli kres istnieniu monastyru.


Na teren opactwa wchodzi się przez biuro informacji turystycznej(pracują tam niezwykle mili i pomocni ludzie). Dostać tam można przewodniki w kilku podstawowych językach, do tego dostępne są ofoliowane kserokopie z szerszym opisem poszczególnych miejsc na terenie klasztoru; to również przetłumaczone jest na kilka języków, jednakże biuro posiada tylko po jednym egzemplarzu. Mieliśmy szczęście, bo nikt z Polaków, którzy weszli przed nami, nie był zainteresowany tymi kserówkami, zatem to my je dorwaliśmy. Moja mama, którą z kolei interesuje historia, zachwycona była tym, że może sobie sama poczytać, a nie tylko liczyć na jakieś tłumaczenia. Bardzo chciała mieć taką kserokopię i co się okazało? Jedna z kobiet pracujących w biurze, mimo braku niektórych urządzeń pomocniczych, postarała się i zrobiła mi odbitki tychże kserówek. Nie było to łatwe, ale widząc autentyczne zainteresowanie miejscem, zrobiła, co mogła. Przy okazji porozmawiałyśmy chwilę o jej i moim kraju. Pochwaliła się oczywiście, że odwiedzała Polskę. 

Tuż obok biura znajduje się ekspozycja, dzięki której dowiedzieć się można czegoś o życiu mnichów, a także ludzi, którzy żyli w okolicy; pokazane są - za pomocą makiet - prace nad wykuwaniem krzyży celtyckich, ich wznoszeniem, pochówek zmarłych, prace ludzi zajmujących się kowalstwem, połowem ryb, itp. Oprócz tego, pod dach przeniesiono 3 najważniejsze krzyże celtyckie. Na zewnątrz zastąpiono je replikami. 

W muzeum nie ma zakazu fotografowania, więc kilka fotek mamy, ale ze względu na użycie nowego aparatu, nie wyszły one takie, jakie byśmy chcieli mieć.



Tuż przed wejściem na teren klasztoru czeka na nas rzeźba mnicha:






Tuż po opuszczeniu muzeum czeka nas taki widok:



Najwyższa budowla w tym miejscu - okrągła wieża, jedna z dwóch. Ta zachowała się tylko częściowo, druga miała więcej szczęścia.


Patrząc trochę bardziej w prawo, mamy już widok na katedrę i oczywiście krzyże:





A w oddali rzeka Shannon, czarująca swymi łagodnymi zakolami:










...i kolejne krzyże:



Lubię ich zarys na tle nieba.

Druga okrągła wieża, stanowiąca integralną część kościoła - jednego z kilku, znajdujących się na terenie klasztoru. Z tym, że są to zupełnie inne budowle, niż te, do których przywykliśmy: maleńkie i proste.






Wszędzie piękne rzeźbienia, kolumny i inne ozdoby:




Dziewczyny powędrowały nad rzekę, pochlapały się trochę w wodzie:




Kolejny kościół:




Wiele płyt nagrobnych jest praktycznie całkiem porośniętych trawą. Ciekawe po ilu się depcze?  




Widoki urzekały mnie, a obecność krzyży i nagrobków nie wpływała jakoś przygnębiająco. Tutaj są one wrośnięte niemalże w krajobraz, takie naturalne, takie "od zawsze"...





Jeden z piękniejszych krzyży:





Bardziej współczesny nagrobek, ale ładnie wkomponował się w tło rzeki:




Krzyż we wnętrzu jednego z kościółków:




Pierwszy z trzech najstarszych krzyży(replika): Krzyż Północny




Jeszcze raz wieża, widziana przez okno:




Replika Krzyża Pisma Świętego(pochodzi z IXw.), a w zasadzie jego części:





I ostatni z trójki - Krzyż Południowy, naturalnie przekrzywiony:



Znam takiech, którzy w programie komputerowym naprostowaliby ten krzyż:)) tak, jak poziomują drogi na pagórkowatych terenach, żeby tylko kompozycja zdjęcia była ładna.


Pogoda zaczynała się trochę zmieniać, nadciągały chmury i krajobraz zmieniał się również; ciemne niebo nadawało specyficzny klimat otoczeniu:





Niedaleko parkingu znajdowały się jeszcze jedne ruiny; był to zamek normański z XIIIw.



Te jednak można było zobaczyć tylko z pewnej odległości. Dostęp do nich był zamknięty.





To chyba tyle, jeśli idzie o wyprawy, o których jeszcze nie pisałam; źle to ujęłam, wypraw było więcej, ale to ostatnie z nowych miejsc, które odwiedziliśmy.

wtorek, 19 lipca 2011

Smutna wiadomość






Przed chwilą pisałam o Irlandii, opublikowałam wpis i... dostałam wiadomośc w komentarzu. Strasznie przykrą wiadomość. 



Bag_lady, znana jako Vivictoria, Vivi, nietuzinkowa artystka, odeszła...

Glendalough, Co.Wiclow








Góry Wiclow - największy teren górski w Irlandii, miejsce działań partyzantki, atakującej wojska brytyjskie. Partyzanci nękali Anglików tutaj tak skutecznie, że ci zbudowali ufortyfikowany szlak, ciągnący przez góry aż do przełęczy Sally Gap(Przełęcz Siodła). Obecnie droga używana jest przez turystów do wędrówek po górach.

Nie dotarliśmy do Sally Gap. Tym razem pojechaliśmy do Glendalough, co w języku irlandzkim oznacza Dolinę Dwóch Jezior. Atrakcją są malownicze krajobrazy górskie, jeziora i opactwo założone przez św. Kevina, który zmarł ok. 618r. Wokół jego grobu zbudowany został klasztor, który przetrwał setki lat. Był łupiony przez wikingów, odbudowywany, następnie niszczony przez Anglików i także podniesiony z ruin. 

Podczas jazdy samochodem udało się zrobić kilka ujęć mijanych wzniesień:














To, co na miejscu rzuca się w oczy od razu: okrągła wieża na tle zielonej ściany lasu porastającego zbocza gór:




Wieża służyła mnichom do obrony. Wejście umieszczono wysoko nad ziemią; do środka wchodzili po drabinie. W wieży przechowywali zapasy jedzenia, picia oraz to, co było w klasztorze najcenniejsze, głównie księgi. Była też druga funkcja tej budowli - dzwonnica wzywająca na modły.






Tuż obok wieży - tak to wygląda na zdjęciu, w rzeczywistość wieża jest daleko z tyłu - kościół św. Kevina:






I w końcu sama wieża:









Ruiny klasztoru otacza cmentarz z grobami starymi i tymi całkiem współczesnymi: 





Jak widać, niektóre płyty układają się malowniczo, tworząc przejścia:




W oddali cmentarz całkiem współczesny:










Idąc dalej kierujemy się w stronę pierwszego jeziora - Upper Lake(Jezioro Górne); tuż za nim, można rzec, leży drugie jezioro - Lower Lake(Jezioro Dolne). Do tego, niestety, nie dotarliśmy ze względu na meszki(jeszcze podobno nie takie straszne!) i na wolno poruszającą się Izę. Cóż... czeka nas kolejna wycieczka w tamte strony:) Zapewne nie jedna, dodam, bo okolica jest piękna. Część terenu, na którym się  znajdują góry, obejmuje Park Narodowy Gór Wiclow.

Takie krajobrazy towarzyszyły nam podczas całego spaceru nad jezioro:




Dziewczyny pomykały trasą dla dzieci - specjalnie chyba skierowaną po korzeniach, kamieniach i dołkach:




I w końcu pierwszy cel osiągnięty(jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że dalej nie dotrzemy):




Jeszcze kilka zdjęć... Z "poświęceniem" weszłam do wody, żeby tylko zmieścić się w kadrze:




Po pikniku ruszyliśmy dalej, aby po 10 minutach zrezygnować. Izabela postanowiła skorzystać ze swobody i maszerowała sama. Co się z tym wiązało? Postój po każdych dwóch metrach, rozglądanie się i tuptanie na boki, i tak cały na okrągło; meszki w tym czasie nie próżnowały. Po tym, jak poczułam sto pięćdziesiąte ósme ukąszenie, zrezygnowałam. Mimo protestów, chwyciłam małą na ręce i zawróciliśmy z trasy.
W przyszłym roku pojedziemy tam wcześniej(maj, czerwiec?). Chyba, że wybierzemy się jeszcze w tym roku, w sierpniu, na oglądanie kwitnących wrzosowisk, którymi pokryte są zbocza gór.




Wszystko to, co opisałam, można zwiedzać samemu lub z wycieczkami prowadzonymi przez przewodników; pieszo, rowerami, bądź autokarami, jednym słowem tak, jak komu wygodniej. Ze swej strony moge zapewnić, że warto.