Ponieważ jutro ruszamy w swoja pierwszą większą wyprawę, dziś przygotowuje wpis z jednej z poprzednich wycieczek. Wakacje zaczęliśmy bardzo intensywnie, więc będzie o czym pisać.
Wells House wraz z ogrodami został zaprojektowany przez Daniela Robertsona; tym, co czytają, może się skojarzyć z Powerscourt House w hrabstwie Wiclow, o którym pisałam wcześniej.
Wejście jest obsadzone pięknymi dębami, które tworzą wspaniałą aleję, tzw. Great Avenue.
Na terenie obiektu każdy znajdzie coś dla siebie - tak reklamują swoje miejsce. Wjazd kosztuje 6 euro i jest to koszt całkowity, w ramach którego można skorzystać z wycieczki z przewodnikiem, który oprowadza po wiktoriańskim domu Lady Frances(tylko dwie tury w ciągu dnia: o 2 i 3). Oprócz tego proponują spacer pośród lasów, gdzie dla dzieci ukryto drewniane rzeźby zwierząt.
Stare stajnie zostały przekształcone w miejsce, gdzie znajdują się małe sklepiki z ręcznie robionymi przedmiotami najróżniejszej maści. Organizowane są też warsztaty, na których można nauczyć się czegoś nowego w rękodzielnictwie(ja nawet tam nie zaglądałam, bo nie ma czasu na takie eksperymenty z trójką dzieci).
Na tyłach domu odreastaurowano ogród, który został oryginalnie zaprojektowany przez Robertsona w 1830 roku.
To tyle tytułem wstępu.
Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru:
Już na początku wita nas domek elfów, w zasadzie chyba bardziej pałacyk, a conajmniej willa, bo domki spotykaliśmy w lesie:
Auto zrobione z drewna. Każda miała swoje podejście do jazdy:
Potem rabata naparstnic w pełni rozkwitu:
I pierwsza rzeźba:
Drzewa rosną dość swobodnie, ze względu na małą ingerencję człowieka. Stąd ciekawe scenerie:
Skrzypy osiągały wysokość metra i więcej! Były piękne!!!
Iza z borsukiem:
...a tutaj na ścieżkę wypełza wąż:
I kolejna rzeźba, sama nie wiem co to miało być, ale jak widać jest spore; nawet mój dwumetrowy mąż jest niższy.
Te trawy niezmiennie mi się podobają; ich zwisające kłosy, spokojnie kołyszące się w powiewach wiatru... jakoś kojąco na mnie wpływają.
A tu wspomniany na wstępie domek wróżek. Mijaliśmy ich sporo, z różnokolorowymi drzwiami. Może to wygląda tandetnie, ale dla małych dzieci stanowi niesamowitą atrakcję. Iza, za wszelką cenę, chciała zobaczyć wróżkę!
Oczywiście fontanna i grzybienie białe...
...oraz ryby w trochę mętnej wodzie:
Oaza spokoju zapraszające: przyjdź i usiądź
Widok na tyły domu:
Dzieci cieszyły się z możliwości spędzenia czasu na placu zabaw - dość sporym - gdzie każde znalazło coś dla siebie:
Wyzwaniem było przejście po drabince; jak widać nawet Monika się tego nie bała:
Artur znalazł coś dla siebie - łucznictwo; dzieciaki oczywiście poszły z nim i też brały udział w strzelaniu:
I mój mąż:
A tutaj coś ciekawego. Znacie fuksje z doniczek? To drzewko, to właśnie taka większa fuksja, znacznie większa, ośmieliłabym się powiedzieć.
Kwitnąca biała wisteria:
I drzewo magnolii, całkiem spore. Pięknie musi wyglądać obsypane kwiatami:
Kilka róż ze zrekonstruowanego ogrodu:
I na koniec biała naparstnica:
A tutaj już widać dawne stajnie, w których w tej chwili mieszczą się sklepiki rękodzielnicze:
Można było też pograć sobie w szachy i warcaby - rozmiarowo dość spore:
Uwiódł mnie jeszcze jeden kwiat - Rosa rugosa w odmianie białej. Zapach tak wspaniały, że nie można obok niego przejść obojętnie:
Widok na dębową aleję wjazdową, która się ciągnie i ciągnie:
I wiktoriański dom od frontu:
A jutro wyjeżdżamy do hrabstwa Kerry, można kliknąc i obejrzeć namiastkę. Będziemy tam aż trzy dni!!!! W końcu jakiś zasłużony urlop!