piątek, 6 listopada 2020

Stara komoda

 



Wiele lat temu kupiliśmy komodę do pokoju dziecięcego. W zasadzie kupiliśmy dwie identyczne, co później, kiedy popsuły się szuflady i prowadnice, zaowocowało powstaniem jednego, dobrego mebla. Komoda służyła już nam, stojąc na dole, w pokoju dziennym. Z biegiem czasu, jak można się domyśleć, nie stawała się piękniejsza. 

W tym tygodniu nadszedł moment, kiedy zdecydowałam, że ją odnowię. Wprawy już złapałam na meblach pośledniejszego gatunku, które przedstawiłam w innych wpisach. 

Żeby było mi łatwiejmalować, postanowiłam wymontować szuflady - odkręcamy dwie śrubki, zdejmujemy z prowadnic i gotowe. Dwie pierwsze szuflady poszły gładko. Niespodzianka czekała na mnie nieco później.

Odkręciłam śrubki w trzeciej, pociągnęłam lekko i usłyszałam radosne dzwonienie metalowych kulek, które posypały mi się pod nogi. Nie miałam pojęcia skąd się wzięły, jeszcze wtedy nie wiedziałam, że prowadnice w naszej komodzie są kulkowe i jak sama nazwa wskazuje - maja w sobie, w swoim wnętrzu, kulki. To właśnie one, każda wielkości 2-3mm, posypały się naokoło. 

Pozbierałam wszystkie, które zobaczyłam. zaczęłam oglądać metalowe części prowadnicy, udało mi się nawet zlokalizować miejsce, gdzie te kulki powinny siedzieć. Jak już wszystko wykombinowałam, tak na zdrowy chłopski rozum, przystąpiłam do składania. I tu niespodzianka. Włożenie kulek na miejsce nie jest jeszcze trudne, ale wsunięcie metalowych części między kulki... Minęło ponad pół godziny - wiem, bo w międzyczasie gotowałam obiad - zaczęłam szukać wsparcia w interncie. Po kolejnych 30 minutach miałam ochotę rzucić tym wszystkim w ścianę, albo wypieprzyć do kosza. Chciałam już nawet zostawić rozwaloną komodę mężowi, żeby pokombinował, ale spróbowałam jeszcze raz i w końcu się udało. Jak już miałam prawie wszystko na miejscu, delikatnie przyśrubowałam prowadnicę do ścianki komody, wsunełam szufladę i przymocowałam. 

Po tym doświadczeniu nie odręcałam już pozostałych dwóch szuflad. Postanowiłam, że pomaluję mebel bez rozkładania. 


Komoda przed malowaniem:



I po odnowieniu:









Ciężko było znaleźć potrzebną ilość uchwytów w sklepie stacjonarnym, więc w końcu zamówiłam. Trochę bałam się, jak będą wyglądać w realu, jakie będą w dotyku, ale wszystko wyszło tak, jak należy.


Żeby nie przedobrzyć, bogatsze okucia dałam tylko do dwóch górnych szuflad. Reszta dostała pojedyncze, kryształowe kulki.

Bardzo podoba mi się efekt widocznych pociągnięć pędzlem. Tego właśnie szukałam.




Po wyschnięciu, komoda została zawoskowana i teraz trzeba poczekać co najmniej miesiąc na stwardnienie wosku. Góra została przykryta serwetą, aby w ciągu tego miesiąca nie została porysowana. 

Powiem nieskromnie, że jestem bardzo zadowolona z wyniku renowacji!


niedziela, 1 listopada 2020

Trochę szydełka

 



Szydełka bylo bardzo mało ostatnimi czasy. Chyba najwięcej prac powstało w okolicach wiosny. W zasadzie to chyba jeszcze mam ze dwa szale, które nigdy nie doczekały się zdjęć, podobnie, jak szydelkowy bieżnik z elementów.                                                                                                                  Miałam się za to zabrać i czas przeleciał. Teraz z kolei jest tak brzydka pogoda, że zrobienie zdjęć na zewnątrz jakoś mnie nie kusi.


jakiś czas temu zaczęłam koc....



Zygzaki, odcienie zieleni, przełamane bielą i fioletem. Jeszcze daleka droga przede mną, bo to zaledwie 70-80 cm długości. 


Ukończyłam kolejny projektpod tytułem: malowanie mebli.


Miałam dwie stare szafki ikeowskie na buty. Oryginalnie całe były w kolorze okleiny na drzwiczkach - tak jak to widać na obrazku poniżej. Zdjęcie zrobiłam w momencie, kiedy już pomalowałam obudowę na szaro.




Szarym kolorem malowałam górę 3 razy. Dzięki temu uzyskałam powierzchnie, o którą mi chodziło:


Farba kredowa pozwala na uzyskanie takiej struktury, jeśli komuś na tym zależy.

Drzwiczki malowałam już zwykłym duluxem do drewna. 



Potem całość pokryłam lakierem w jednej szafce, a drugą zabezpieczyłam woskiem. Chcę zobaczyć, króra będzie lepiej się trzymać. Już na pewno wiem, że wosk zdecydowanie bardziej mi odpowiada, ale pytanie, jak odporny będzie na wszelkie zarysowania. Zanim stwardnieje, należy czekać od miesiąca do półtora. W tym czasie trzeba obchodzić się z meblem raczej delikatnie.

I zdjęcie obu szafek: 

Takie trochę byle jakie ujęcie, ale w korytarzu nie dość, że jest wąsko, to i ciemno. 

Kolejny projekt do malowania to komoda w pokoju dziennym. Zamówiłam uchwyty i czekam.


Mam za sobą kolejną przeczytaną książkę.


Kupiłam ją dawno, dawno temu, w czasach, kiedy mój angielski czytany był na tym właśnie poziomie. Teraz przeczytałam ją tylko dlatego, żezaczęłam i niektóre wątki mnie wciągnęły. Była to jednak ostatnia książka tej autorki. Do ćwiczenia angielskiego dobra, ale to już nie mój typ historii. Zbyt udelikacony, momentami infantylny. 

Teraz zaczęłam ksiażkę " Historia pszczół" 


 Kupiłam ją, bo chciałam zapoznać się ze stylem tej autorki. Widziałam inną pozycję: "Śnieżna siostra", ale w mojej opinii cena jest na razie za wysoka, żeby kupić nie wiedząc czego się spodziewać. 

W "Historii pszczół" prowadzone sa trzy wątki: jeden toczy się w Chinach, w 2098, kiedy nie ma już praktycznie żadnych insektów, drugi w USA, w 2007, na farmie pszczelarskiej i trzeci w Anglii, w 1851. Ten ostatni przdstawia nam bohatera, który był zainteresowany życiem owadów żyjących w koloniach(pszczoły, mrówki, osy) i z jakichś powodów porzucił pracę naukową, zajmując się rodziną i codziennymi problemami.

Interesuje mnie, w jakim momencie te wątki będą połączone, bo jak widać wspólnym mianownikiem są pszczoły. 

W wakacje kupilam sobie książkę, na którą zdecydowałam się pod wpływem chwili:


Jeszcze nie wiem co z tego wyniknie, na razie podczytuję sobie. Zawsze słyszałam, że mój małżonek jest uczulony na jad pszczół, ale właśnie w wakacje został albo użądlony przez trzmiela, albo ugryziony przez osę i nic z tego nie wynikło. Może przeszła mu alergia?
Sama, osobiście, nie obawiam się pszczół. W dzieciństwie nie raz byłam użądlona i był to jakby naturalny porządek rzeczy, jeśli biegało się boso po łące, w ogrodzie, wśród kwiatów. Czasami siedziałam na gałęzi, wśród kwiatów wiśni czy jabłoni i obserwowałam pracujące pszczoły. 

Ostatniego lata pracowałam trohę na plantacji malin u moich rodziców. Krzaki były w pełni rozkwitu, a jednocześnie owocowania. Oznacza to, że pracuje się z pszczołami, trzmielami i innymi owadami, które zbierają nektar, fruwają tuż obok ciebie. Moje dłonie, ramiona, nie raz były muśnięte, czy nawet "zderzyły" się z owadem. Oczywiście to też duża porcja szczęścia, że nie przygniotłam, nie chwyciłam żadnej pszczoły czy trzmiela, kiedy tysiące ich fruwa wkoło. 
Nie wiem, jak trzmiele, ale pszczoły wyczuwają nasze feromony strachu i zaczynaja być niespokojne, poddenerwowane. Dlatego zabierałam najmłodszą Izabelę i tłumaczyłam jej, że pszczół nie należy się bać. One same z siebie nie zaatakują. 
Izabela teraz, kiedy podrosła, zaczęła się trochę obawiać użądlenia(nie wiem skąd ten nagły strach się wziął?), ale chyba powoli do niej dotarło, to co mówiłam, bo po pierwszym niepokoju, biegala na maliny bez zastanowienia. 
Co ciekawe, Monice nigdy myśl o strachu przed pszczolami nie przyszła do głowy. Ona ma jakieś naturalne podejście do zwierząt i ten świat zwierząt właśnie, akceptuje ją od razu. Tak było zawsze i tak nadal jest. W rodzinie nie jedna osoba stwierdziła, że może weterynaria jest jej przyszłością? 


Minęła przerwa na Halloween. w wolnym czasie obejrzałyśmy z Izabelą - kolejny już raz - trylogię "Władcy pierścieni".  Uwielbiam ten film. 
Teraz przymierzam się do zakupu książki Tolkiena "Silmarillion". To dopiero będzie uczta. 



                  

niedziela, 25 października 2020

Dwa pierwsze miesiące...

 




... roku szkolnego minęły bez zakłóceń. 


Iza miała dzień przebieranek z okazji Halloween. 



Postanowiła, że będzie czarownicą, a jej zwierzątkiem będzie nie kot, a mały dinozaur. 

Monika też miała dzień na przebranie, ale ona już nie pozuje do zdjęć. To nie ten wiek.


Przed przerwą hallowenową, Monika oddała wszystkie projekty, które miała zrealizować. Największy to oczywiście nasza kula ziemska:



 Oddane i mam nadzieję, że wszystko będzie zaliczone.


Z większych projektów, odnowiliśmy pokój Izy i częściowo zmieniliśmy meble w pokoju Moniki. 



Pokój Izy jeszcze potrzebuje półek nad biurkiem, ale na razie jest to awykonalne ze względu na ograniczenia.




Jeszcze tylko Iza zażyczyła sobie przemalowania łóżka na biało. Muszę do tego dorosnąć:)


Monia tylko wymieniła sobie biurko i dodała fotel-łóżko.




Monika nie chciała żadnego malowania. Myślę, że to ze względu na to, że nie chciało się jej sprzątać przed i po :)


U mnie na tapecie szafki na buty. Została jeszcze jedna do pomalowania i wtedy pokażę całość. 


W wolnej chwili natomiast czytam dalej...


            


Robię też koc na szydełku, ale to jeszcze daleka droga do końca!

 



piątek, 16 października 2020

Kwiaty... jak je czas odmienia

 

Ten rok przeszedł jakoś szybko, może nie tyle rok, bo ten jeszcze trwa, co sezon. Jesień przyszła szybko, pierwsze rośliny zareagowały na chłód... lato minęło, pozostało po nim wspomnienie, a mi jakoś to wszystko "przeciekło" przez palce. 

Może dlatego nie odczułam w tym roku lata, bo tak naprawdę nie pojechaliśmy w Irlandię. Nigdzie, nawet w najbliższe góry. Najpierw nie było można, a jak już było można, to nas akurat przez tę chwilę nie było. Z kolei kiedy już wróciliśmy, to znowu nie było można jeżdzić. 

Mało pisałam o kwiatach, a one, jak co roku, zachwycały swym występem.

Fuksje w formie drzewka obsypały się milionem różowych kwiatów. Czasem ciężko mi jest je przetrzymać przez zimę, bo męczę się z nimi w domu(a one męczą się z nami), ale potem przypominam sobie ich kwitnienie i jakoś dajemy radę.




Aksamitki szalały w tym roku. W pewnym momencie był to istny gąszcz kwiatów. Szczególnie jeden krzak przykuwał uwagę. Miał ciemne kwiaty, które wołały: patrz na nas! zobacz jakie piękne jesteśmy!





Powojnik w rogu ogrodu też nie zawiódł. Obsypywał się kwieciem w miarę upływu dni:



W ogromnej donicy przed domem królowały dwie rośliny: fuksja i pelargonia bluszczolistna. Lobelia stanowiła tylko wypełnienie, tło zaledwie:



W drugim końcu ogrodu, na granicy z sąsiadami, zakwitły aksamitki - tym razem przeważnie żółte i czerwonokarminowa fuksja, która zimuje w gruncie:


Fuksja wychodziła do sąsiadów, na ulicę, rozrastała się jak szalona.


Tymczasem na tarasie, przez całe lato, rosła sobie w jednej z donic szałwia, pelargonia i bakopa:



Dobrze się czuły razem, bo szałwia i pelargonia poszły w górę, a bakopa dołem.


W którymś momencie pelargonia zaczęła kwitnąć...


...i jej drobne, niepozorne kwiaty, wybiły się swoim różem w tej masie zieleni i bieli.



Przy czym nie są to tak wielkie i imponujące kwiaty, jak typowych pelargonii rabatowych. Te są zdecydowanie mniejsze, delikatniejsze, a mimo to zwracały uwagę.



Oczywiście dołączyła do kwiatów pelargonia rabatowa; jej czerwień mogę opisać tylko w jeden sposob: jak świeżo pompowana krew z aorty. Na tle ciemnych liści jest tym bardziej widoczna. Do tego jej kwiat to duża kula, jest co podziwiać:




We wrześniu przed domem nadal kwitły fuksje: zarówno te w formie drzewek, jak i te zwisające w donicach. Dołączyła do nich nasturcja, ale tą przetrzebiły w tym roku gąsienice bielinka. Gdzieś w kącie dogorywają floksy. Zostawiam je jednak, bo pszczoły i trzmiele przylatują nawet do pojedynczych kwiatów:


Reszta kwiatów dała radę. Przeżyły ataki mszyc, wiatry i deszcze.



Wrześniowa donica przed domem to już trochę inna odsłona tych samych kwiatów. Teraz to fuksja króluje obsypana masą kwiecia:



Nasz kącik z aksamitkami nieco zmienił oblicze. Aksamitki zostały w dużej mierze zjedzone przez ślimaki. Została fuksja:



Teraz, na przełomie września i października, zaczyna intensywnie kwitnąć pelargonia o barwie... no własnie, jakiej? Pąki są prawie białe, dopiero co rozwinięte kwiaty kremowe, a z czasem ciemnieją.



Lobelia ma swoje pięć minut. Duże rośliny przekwitły, niektóre zostały ścięte, inne zjedzone, a ona trwa dalej i zaczyna się właśnie rozrastać. 




Margerytki zakwitają mi kolejny raz. Wiosenny wysyp został skutecznie zahamowany przez mszyce. Teraz kwitną niczym nie nękane:



I wracamy do wrześniowego tarasu, gdzie pelargonia zdecydowanie zagłuszyła szałwię(ale szałwia została też przeze mnie mocno podcięta, ze względu na potrzeby zielarskie) i góruje nad wszystkim. Dotknął ją jednak pierwszy poważny chłód. Powoli zaczyna żółknąć:



W donicach po cebulowatych zaczynają kwitnąć stokrotki. Na razie delikatnie i nieśmiało rozchylaja kwiaty:



Pelargonie czerwone nie tknięte są niczym. Chłód, ślimaki, mszyce, susza i deszcz, nic im nie przeszkadza. Jedne z wdzięczniejszych roślin.



W kącie ogrodu, przy ziemi, rogownica powoli zaścieła ziemię. Rankami, pokryta rosą, wygląda jakby została oklejona diamentami, a w dzień -  jakby przypruszona śniegiem.



Trochę dalej, za rogownicą, rosną orliki. Zbierają siły na następny rok, a mnie cieszą swoją zielenią.



I powojnik jeszcze kwitnie. Ten sam z sierpnia, fioletowy. Ostatnie kwiaty, ostatnie ametystowe przebłyski wśród zieleni.



Tymczasem w domu, wyrosła mi begonia. Wczesną wiosną była malutka, prawie nie dawała nadziei na to, że przetrwa. Teraz już widać, że dobry czas dopiero przed nią:




Długi wpis, dużo zdjęć, ale też przeszliśmy dwa i pół miesiąca w moim ogródeczku.