piątek, 16 października 2020

Kwiaty... jak je czas odmienia

 

Ten rok przeszedł jakoś szybko, może nie tyle rok, bo ten jeszcze trwa, co sezon. Jesień przyszła szybko, pierwsze rośliny zareagowały na chłód... lato minęło, pozostało po nim wspomnienie, a mi jakoś to wszystko "przeciekło" przez palce. 

Może dlatego nie odczułam w tym roku lata, bo tak naprawdę nie pojechaliśmy w Irlandię. Nigdzie, nawet w najbliższe góry. Najpierw nie było można, a jak już było można, to nas akurat przez tę chwilę nie było. Z kolei kiedy już wróciliśmy, to znowu nie było można jeżdzić. 

Mało pisałam o kwiatach, a one, jak co roku, zachwycały swym występem.

Fuksje w formie drzewka obsypały się milionem różowych kwiatów. Czasem ciężko mi jest je przetrzymać przez zimę, bo męczę się z nimi w domu(a one męczą się z nami), ale potem przypominam sobie ich kwitnienie i jakoś dajemy radę.




Aksamitki szalały w tym roku. W pewnym momencie był to istny gąszcz kwiatów. Szczególnie jeden krzak przykuwał uwagę. Miał ciemne kwiaty, które wołały: patrz na nas! zobacz jakie piękne jesteśmy!





Powojnik w rogu ogrodu też nie zawiódł. Obsypywał się kwieciem w miarę upływu dni:



W ogromnej donicy przed domem królowały dwie rośliny: fuksja i pelargonia bluszczolistna. Lobelia stanowiła tylko wypełnienie, tło zaledwie:



W drugim końcu ogrodu, na granicy z sąsiadami, zakwitły aksamitki - tym razem przeważnie żółte i czerwonokarminowa fuksja, która zimuje w gruncie:


Fuksja wychodziła do sąsiadów, na ulicę, rozrastała się jak szalona.


Tymczasem na tarasie, przez całe lato, rosła sobie w jednej z donic szałwia, pelargonia i bakopa:



Dobrze się czuły razem, bo szałwia i pelargonia poszły w górę, a bakopa dołem.


W którymś momencie pelargonia zaczęła kwitnąć...


...i jej drobne, niepozorne kwiaty, wybiły się swoim różem w tej masie zieleni i bieli.



Przy czym nie są to tak wielkie i imponujące kwiaty, jak typowych pelargonii rabatowych. Te są zdecydowanie mniejsze, delikatniejsze, a mimo to zwracały uwagę.



Oczywiście dołączyła do kwiatów pelargonia rabatowa; jej czerwień mogę opisać tylko w jeden sposob: jak świeżo pompowana krew z aorty. Na tle ciemnych liści jest tym bardziej widoczna. Do tego jej kwiat to duża kula, jest co podziwiać:




We wrześniu przed domem nadal kwitły fuksje: zarówno te w formie drzewek, jak i te zwisające w donicach. Dołączyła do nich nasturcja, ale tą przetrzebiły w tym roku gąsienice bielinka. Gdzieś w kącie dogorywają floksy. Zostawiam je jednak, bo pszczoły i trzmiele przylatują nawet do pojedynczych kwiatów:


Reszta kwiatów dała radę. Przeżyły ataki mszyc, wiatry i deszcze.



Wrześniowa donica przed domem to już trochę inna odsłona tych samych kwiatów. Teraz to fuksja króluje obsypana masą kwiecia:



Nasz kącik z aksamitkami nieco zmienił oblicze. Aksamitki zostały w dużej mierze zjedzone przez ślimaki. Została fuksja:



Teraz, na przełomie września i października, zaczyna intensywnie kwitnąć pelargonia o barwie... no własnie, jakiej? Pąki są prawie białe, dopiero co rozwinięte kwiaty kremowe, a z czasem ciemnieją.



Lobelia ma swoje pięć minut. Duże rośliny przekwitły, niektóre zostały ścięte, inne zjedzone, a ona trwa dalej i zaczyna się właśnie rozrastać. 




Margerytki zakwitają mi kolejny raz. Wiosenny wysyp został skutecznie zahamowany przez mszyce. Teraz kwitną niczym nie nękane:



I wracamy do wrześniowego tarasu, gdzie pelargonia zdecydowanie zagłuszyła szałwię(ale szałwia została też przeze mnie mocno podcięta, ze względu na potrzeby zielarskie) i góruje nad wszystkim. Dotknął ją jednak pierwszy poważny chłód. Powoli zaczyna żółknąć:



W donicach po cebulowatych zaczynają kwitnąć stokrotki. Na razie delikatnie i nieśmiało rozchylaja kwiaty:



Pelargonie czerwone nie tknięte są niczym. Chłód, ślimaki, mszyce, susza i deszcz, nic im nie przeszkadza. Jedne z wdzięczniejszych roślin.



W kącie ogrodu, przy ziemi, rogownica powoli zaścieła ziemię. Rankami, pokryta rosą, wygląda jakby została oklejona diamentami, a w dzień -  jakby przypruszona śniegiem.



Trochę dalej, za rogownicą, rosną orliki. Zbierają siły na następny rok, a mnie cieszą swoją zielenią.



I powojnik jeszcze kwitnie. Ten sam z sierpnia, fioletowy. Ostatnie kwiaty, ostatnie ametystowe przebłyski wśród zieleni.



Tymczasem w domu, wyrosła mi begonia. Wczesną wiosną była malutka, prawie nie dawała nadziei na to, że przetrwa. Teraz już widać, że dobry czas dopiero przed nią:




Długi wpis, dużo zdjęć, ale też przeszliśmy dwa i pół miesiąca w moim ogródeczku.

sobota, 10 października 2020

Przeleciało, jak z bicza strzelił!



 Nawet nie wiem  kiedy te wszystkie dni, a nawet tygodnie upłynęły.  


Na początku byłam zajeta nowym rokiem szkolnym, bo w każdej z trzech szkół co chwila wymyślali coś nowego. Trzeba było ogarniać jakieś aplikacje do komunikacji ze szkołą, to z kolei inne do opłat, a to jakaś umowa do podpisania, a to oświadczenie, a to zobowiązanie...


W tym wszystkim dobre jest to, że każda z dziewczyn weszła w nowy rok zadowolona. 


Najstarsza ,w Polsce zalicza kolejne sprawdziany. Skupiła się na biologii i chemii i to studiuje intensywnie. Poza tym prowadzi jakieś życie towarzyskie - może trochę ograniczone, ale zawsze jakieś.


Średnia w szkole ponadpodstawowej dobrze wystartowała i idzie do przodu. Zadowolona nie tyle ze szkoły - bo to należy nienawidzieć, tak jest cool - co ze znajomych i życia towarzyskiego, jakie tam się rozgrywa. Coronawirus czy nie, młodzież w szkole bawi się dobrze. Niby mają maseczki, niby są ograniczenia, ale wszystko to, w mojej opinii, to pic na wodę. 

Dzieci pożyczają sobie przybory, na przerwach dzielą się jedzeniem, w autobusie siedzą jedno koło drugiego, ale oficjalnie wszystko jest rygorystycznie traktowane i tak, jak należy. Mniejsza o większość. Już dalej nawet nie będę pisać, bo ze względu na pracę mojego męża w szpitalu, za przeproszeniem, rzygać mi się chce tematem wirusa. 

Niedługo w średniej szkole będą pierwsze testy, tuż przed przerwą na halloween. Zobaczymy, jak Młodej to pójdzie. Wtedy się okaże czy więcej się bawi, czy uczy.

Póki co musimy zrobić - w zasadzie ona musi, ale wszyscy wiemy, jak to wygląda - projekt na geografię. Projekt z zakresu budowy kuli ziemskiej i zjawisk na niej zachodzących, powiązanych z ruchem płyt tektonicznych. Projekt 3D, żeby było jasne.


Nasz zaczątek wygląda tak:



Robi się kula ziemska z wycinkiem, gdzie będzie możliwość zajrzenia do jej wnętrza. 


Wrzesień upłynał nam na odnawianiu domu, jeszcze pokój Izabeli został do przemalowania i kilka mebli. 

W tej chwili zrobiony pokój dzienny, kuchnia z jadalnią, korytarz i łazienka. Do tego dwie szafki Izy zostały pomalowane od nowa.


                    

Tak wygladało malowanie szafek                                    ...i efekt końcowy

          

Iza wybierała sobie uchwyty i tapetę do wnętrza szuflad

       




Przy okazji zakupu farb kredowych do szafek Izy, wykorzystałam ten moment i pomalowałam pudełka.



Każde wychodzi inne, ale w tym jest ich urok



Farba jest zabezpieczona lakierem matowym.



Koleżanka obdarowała mnie donicami glinianymi, które już jej się znudziły. Były pomalowane na straszny czerwony kolor... Wyczyściłam je i zmieniłam na szary.

              

Teraz będą idealne na fuksje, które na zimę muszą znaleźć się w domu.


O kwiatach napiszę w kolejnym poście. Teraz tylko zaznaczę, że zrobiłam ostatnie cięcie bukszpanów i z tych odpadów będą nowe sadzonki.





Wrzesień i październik upłynął też pod znakiem książek...


                        

Jeden z moich ulubionych brytyjskich ogrodników i autorów. Czekam na jeszcze jedną jego książkę, która już do mnie leci.


                           

Książki, które wypożyczone z biblioteki i przeczytane, zapadły mi w pamięć i teraz w końcu znalazłam je na stronie Bookdepository, którą polecam, ale i ostrzegam! wydać można fortunę. Moja Izabela za jednym podejściem wydała ponad 100 euro ze swoich zaoszczędzonych pieniędzy.


                                  

Pierwsza - wiadomo, druga - opowiadania Irlandczyków z czasów ich dzieciństwa. 


                                       

"Kobieta..." dostałam ją chyba z 5 lat temu. Dopiero teraz przeczytałam, ale łyknęłam ją w jedna chwilę. 
"Pod słońcem" jest książką, którą przeczytam jeszcze raz, na pewno. 



                                  

"Wigilia pełna duchów" to typ opowiadań, które bardzo lubię. troche tajemnicy, trochę sił nadprzyrodzonych...

"The Poe shadow" (link do polskiego opisu)opowiada o tajemniczej śmierci Poe, autora książek grozy. Co się wydarzyło na kilka dni przed jego odejściem... tego do tej pory nie wiadomo na pewno. 

I tak dobrnęłam do końca tego wpisu:)

Następny pewnie bedzie o kwiatach.

wtorek, 1 września 2020

Ruszamy pełną parą

 


W tym tygodniu zaczęliśmy nowy rok szkolny. Najmłodsza rozpoczęła lekcje w czwartek, a Monika w piątek. 


Piątek był dniem szczególnym, ponieważ Monika posza do nowej szkoły, do Portlaoise College w sąsiednim mieście. 

Jest to na pewno wyzwanie dla niej, jako że idzie tam sama. Nikt z jej starej szkoły nie zdecydował sie tam uczęszczać. W większości ze względu na wygodę. Mamy przecież szkołę w naszym miasteczku, po co więc komplikować sobie życie, skoro od lat prawie wszyscy w niej lądują. 

My zdecydowaliśmy inaczej, po doświadczeniach z Najstarszą córką. 

Oczywiście, że będzie trochę trudniej i drożej dla nas, a dla Moniki bardziej stresująco na początku, ale późniejsze rezultaty myślę, że wynagrodzą obecne niedogodności.

Plusem tej szkoły jest fakt, że dzieci oprócz podręczników mają tablety, na których wgrane są te same książki. Nauczyciele kontaktują się online z uczniami i w dobie koronawirusa jest to na pewno lepszy system. Tablety są kontrolowane przez program zarządzany przez informatyka. Wie on zatem dokładnie, czy dzieciak nie włącza youtuba(lub podobnych programów) zbyt często  i może to w każdej chwili zablokować.

W szkole jest kantyna z lekkimi śniadaniami dla wszystkich, którzy mają nadmiar czasu przed lekcjami. Śniadania są sponsorowane przez szkołę z jej funduszy. Obiady, które tam serwują mają dwie największe zalety:

- są to naprawdę gotowane obiady, a nie posiłki z mikrofali; są też dość różnorodne, a nie tylko frytki z kurczakami lub kiełbaskami;

- są naprawdę na uczniowską kieszeń, czego nie można powiedzieć o wielu szkolnych kantynach.


Szkoła zarządzana jest bardzo sprawnie. Dyrektor jest oddany sprawie i widać to na każdym kroku. Mamy nadzieję, że Monika będzie zadowolona.


Pierwszego dnia każde dziecko miało robione zdjęcie na pamiątkę tej szczególnej chwili. 




Dostali też pięknie wydany dziennik prac domowych i wszelkich spraw, dziejących sie w szkole. Dziennik jest co piątek podpisywany przez rodzica i opiekuna klasy, na znak, że wiemy co sie tam dzieje.




Izabela natomiast zaczęła 4-tą klasę. I nie byłoby w tym nic aż tak wielkiego, bo zna szkołę, zna nauczycieli, zna koleżanki. Tyle, że cała sytuacja z wirusem jest taka niestabilna, wprowadzono procedury, które przeczą jedne drugim... No nic, zobaczymy. Na razie Iza cieszy się, że spotkała koleżanki.

Najstarsza zaczyna drugą klasę liceum w Polsce. W niedzielę poleciała do Polski. Pierwszy raz, po tylu latach, znowu PL LOT zagościł w porcie lotniczym w Dublinie. Gosia leciała tymi właśnie liniami:) Cieszyła się ogromnie, bo lot bez przesiadek i błąkania się po lotniskach czy to w Kopenhadze, czy Amsterdamie, Frankfurcie, czy Monachium...  Przez ostatnie lata zwiedziła ich trochę, a czasu ile straciła! Ryanair nie ma opieki dla niepelnoletnich, a to jedyna linia latająca bezpośrednio do Polski, więc trzeba było korzystać z innych opcji. Na szczęście teraz pojawił się wybór i po cichu liczymy, że może zostanie na dłużej.