wtorek, 2 października 2018

Wypad na szaleństwa


Zanim jednak do tego przejdę, wspomnę, że mało mnie na blogu, bo nadal pracuję nad haftem i to pochłania lwią część mojego wolnego czasu.

Poza tym wpadłam w ciąg czytania.

Zakończyłam sagę skandynawską autorstwa Anne B. Radge: Ziemia kłamstw, Raki pustelniki, Na pastwiska zielone, Zawsze jest przebaczenie.



Teraz muszę zakupić ostatni tom, ale póki co zabrałam się za "Kołysankę" Krystyny Januszewskiej. Kiedy byłam już w połowie, wpadła mi w ręce książka "Fork in the road" Denis Hamill, ale wyjątkowo nie podeszła mi wcale! Odłożyłam i na pewno nie wrócę do tego. Książka opisuje Irlandię z czasów boomu. Tygrys celtycki właśnie jest w największym rozkwicie. Może napisane nie po mojemu, może coś innego. W każdym razie odrzuciło mnie i koniec.

Za to w bibliotece wpadła mi na szybko "Kolor bursztynu" Hanny Cygler. Dwa posiedzenia i poszło.

I w końcu (and last but not least jak to mówią tutejsi) "The name of the wind"  Patricka Rothfuss'a. W Polsce pod tym samym tytułem "Imię wiatru", tyle, że chyba podzielonym na dwie książki. Prawie 700 stron, które już kończę. Na szczęście mam drugi tom z biblioteki(pierwsza część jest moja, zakupiona za całe 1 euro w SH) "The wise man's fear", polski tytuł "Strach mędrca" i też chyba wydany jest w dwóch tomach, a nie jednym, jak wersja anglojęzyczna.
 Książka fantasy, absolutnie wciągająca, niesamowita.... aż boję się, że za szybko się skończy.

 



I tak przeszliśmy do naszego wypadu...


W niedzielę, mimo niepewnej pogody, wybraliśmy się do parku rozrywki - Tayto.

Zabawa była przednia, bo pogoda mało sprzyjająca, więc i ludzie nie dopisali. Wszelkie przejażdżki na karuzelach, kolejkach i wszystkich innych atrakcjach mieliśmy praktycznie od ręki. Zazwyczaj czeka się w kolejkach po 15-20min na 2-minutowy kurs.

Artur i ja, jak dzieciaki, zaliczaliśmy prawie wszystko po kolei, a niektóre rzeczy po 6 razy lub więcej :) Mnie przypadł do gustu rotator - mogłabym na nim spędzić cały dzień. Czułam się, jak na gigantycznej huśtawce, która leciała wysoko w niebo, odwracając się prawie do góry nogami. FANTASTYCZNA ZABAWA!


Dzieciaki nie ominęły karuzeli w starym stylu:



Byliśmy w mini parku dinozaurów, który jest jakoś zaniedbany. Przykro, bo to było kiedyś przyjemne doświadczenie.



Mają też mini ZOO, ale takie naprawdę minimalistyczne.

W zbiorniku fontanny karpie...



chyba karpie?, bo nie jestem już pewna; w każdym razie ryby na pewno, które pływają sobie otoczone "złotem":



Jest zakątek z epoki lodowcowej:






Nie mogło zabraknąć przejażdżki wagonikami:








Pod koniec dnia było już naprawdę chłodno, więc zebraliśmy rozbrykane dzieciaki i ruszyliśmy do domu.
Na szczęście nie odchorowały tego wyjazdu :)




3 komentarze:

  1. Te ryby to chyba Koi koi, rzeczywiscie karpie, tyle, ze ozdobne.
    Oj moge sobie wyobrazic to szlenstwo w parku rozrywki!
    I musze sobie zanotowac tytuly ksiazek to moze i mnie "wciagnie". Na razie czytam powiesc historyczna o Eleonorze Akwitanskiej Elizabeth Chadwick - 3 tomiszcza, ale tez wziagajace.

    Pozdrawiam,
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  2. A gdzie jest powiedziane, że tylko dzieci mogą szaleć w parku rozrywki?
    Fajnie jest tak poszaleć, a widać, że atrakcji w tym parku Wam nie brakowało. :)
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie,wróciliście do czasów dzieciństwa,zabawa musiała być przednia.Czytasz,haftujesz,pokaż efekt serwetki,nie mogę się doczekać no i jak wygląda Twój imbir,mój ma jeden liśc wysoki całkiem jeszcze nierozwinięty.

    OdpowiedzUsuń