piątek, 5 stycznia 2018

Dwa tygodnie bez dzieci...




...minęły jak z bicza strzelił. W niedzielę lecę po nie do PL i w niedzielę też wracamy.


Oczywiście prawie każdy życzył nam udanego wypoczynku, relaksu bez dzieciaków, miesiąca miodowego niemalże. Nawet Monisia przed wyjazdem zadała pytanie: mamo, a mieliście miesiąc miodowy? - Nie, a dlaczego pytasz? - To teraz będziecie mieć!-powiedziała zadowolona.
Rzeczywistość była trochę inna, co nie znaczy, że gorsza. Inna, po prostu.


Zabraliśmy się za zmianę koloru na korytarzu. Miałam tam ciemny fiolet i żółty. Malowałam to kilka lat temu, może 4-5. Teraz stwierdziłam, że już mam dosyć tych kolorów. Postanowiliśmy zmienić na coś spokojnego, stonowanego....



I mamy teraz delikatną, jaśniutką - czego na tym zdjęciu nie widać - szarość.
Malowanie zajęło nam kilka dni, bo aby pokryć fiolet, trzeba było 3 warstwy białej farby i dwie szarej. Z żółtym też nie było lepiej, po 3 warstwach zniknął.


Wieczorami, kiedy odpoczywały mi ręce po malowaniu, dziergałam. Tak powstały prawie 3 pary skarpetek z resztkowych włóczek. Pozostało pochowanie nitek końcowych i początkowych.



Powstał też szalik-pętla, z tym, żeby to była pętla, to trzeba jeszcze połączyć końce :)



Od znajomej Irlandki dostałam zestaw dwóch "lampek" do kandelków. To nie mój styl, kompletnie. Nie wiedziałam co z tym zrobić, bo było szkaradne. Teraz wygląda lepiej, bo obdarłam to z plastikowych gałązek świerku i chamskich koralików, mających imitować jagody ostrokrzewu. W pierwotnej wersji raniło oczy, naprawdę.



W wolnej chwili postanowiłam rozmątować koraliki i zobaczyć, co potem będzie można wymyślić.



W tej chwili już zaczyna coś przypominać, ale nie wiem, czy ostatecznie zdecyduję się zatrzymać ten zestaw i się bawić w uzdatnianie, czy po prostu oddam.



Ogród też nie próżnował. Pierwiosnki już wypuszczają nowe rozety liści:



Malwy też budzą się do życia i to mnie niepokoi, bo tylko patrzeć, jak tabuny ślimaków pogalopują w ich kierunku i zeżrą do gołej ziemi. Na samą myśl, krew się we mnie burzy.


Tulipany, hiacynty, żonkile... wszystko wysadza główki. Jak nic trzeba się brać za suszenie i kruszenie skorupek jajecznych.



Przebiśniegi oczywiście już wypełzły całym stadem; w zasadzie od połowy grudnia zaczęły wychylać pąki i sprawdzać, co słychać na zewnątrz, więc teraz są całkiem spore, w porównaniu z innymi roślinami.



Na poniższym zdjęciu - stare z nowym:


...czyli metalowe naczynia na kwiaty i imbryczek.




Zniszczone są dość mocno, ale nie tak, żeby ich urok zaginął.







Widzę w nich bukiety kwiatowe...

 

3 komentarze:

  1. No tak, dzieci nie ma w domu to mozna troche robote popchnac do przodu... Skad ja to znam? Ale sie musialas niezle namachac - walkiem? Pedzlem? Na zdjeciach kolor wyszedl taki blizej kosci sloniowej ale tez ladny. A uroku z pewnoscia dodaje sam kontrast z tym co bylo poprzednio.

    U mnie w ogrodku tez zaczynam obserwowac pierwsze oznaki przedwiosnia, ale jeszcze nie tak zaawansowane jak u Ciebie. Na razie paczki na porzeczkach i czeresniach i ciemiernika zaczynaja wypuszczac glowki, al jeszcze sa przy samej ziemi. Noi sarcoccoca! Chyba musze udac sie do ogrodka z aparatem...

    Pozdrawiam serdecznie,
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  2. No to mialas pracowite dwa tygodnie. Szary kolor wyglada bardzo elegancko. Bezpiecznej podrozy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wolny czas wykorzystaliście na maxa,malowanie(pamietam jak fiolety malowałaś i kwiaty,jest wpis na blogu).Skarpetusie i czas
    poświęcony prezentowi,ja bym abażur dorobiła a jakiś elektryk połączenia i lampki nocne z tego.A w sumie to chyba oddać komuś,za dużo to na candelki.

    OdpowiedzUsuń