niedziela, 29 stycznia 2017

Sweterek poprawiony i już w użyciu...




Nie wnikałam zbyt długo w poprawki Moniki swetra, bo wiedziałam, że im dłużej będę rozmyślać, tym gorzej mi to wyjdzie, albo nie wyjdzie wcale. Wzięłam za druty i zrealizowałam pierwszy pomysł, który wpadł mi do głowy.

Wersja poprawiona:




Monika zakochała się w sweterku i ciąga go non stop. To nawet dobrze, bo zobaczę, jak nosi sie ta włóczka.





Teraz mam na drutach włóczkękupioną w "czarny piątek". Nie wiem, jak się nazywa, poza tym, że dali jej etykietę "zimowa wyprzedaż". Skład to 70% wełny i jakieś dodatki. Szerzej o projekcie już niebawem.

środa, 25 stycznia 2017

Pierwszy dywanik




...ze ścinków, a w zasadzie trudnych do wykorzystania materiałów. Zawsze takich zostaje przy szyciu, a i u mnie pełno tego było w pudełku. Myślałam, że wyplotę nie wiem jak wielki dywanik, a okazało się, że z całego pudła materiałów wyszedł kolorowy środek. Dołożyłam czarne paski bawełny, ale patrząc teraz na to zdjęcie, wcale nie jestem pewna, czy podoba mi się efekt. Ta czerń przytłacza...


Albo spruję ciemną obwódkę, żeby poczuć się lepiej, albo... nie wiem, może zostawię jak jest i zaczniemy używać. W końcu to moja pierwsza proba.




Cały środek, to resztki "materiałów wspomnień", tzn. ścinki z rzeczy, które kojarzą mi się z dzieciństwem i troche poźniejszym czasem, albo z określonymi osobami, od których dostałam materiał.



Dywanik jest super gruby: 1,5-2cm, więc kiedy stanie się stopą, to daje to odczucie zapadania się w coś miękkiego. Gdybym cięła paski węższe, to mięsistość dywanika byłaby mniejsza, za to zwiększyłby się jego rozmiar. Teraz już  mam jako taki obraz, jak to działa, czyli jakiej wielkości paski ciąć.


Zastanawiam się teraz nad podobnym, ale z dżinsu....

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Sweterek prawie gotowy




...tzn. zrobiony, przymierzony i... za duży dekolt. Idzie do poprawy, a w zasadzie dorobienia części przyszyjnej :)




To rozmiar dla Moniki. Wszystko pasuje, tylko zawsze mi te dekolty wychodza za obszerne.

Sweterek dziergałam na okrągło od dołu. Najpierw warkoczowa opaska, potem dobranie oczek na około i dzierganie w górę aż  do pach, gdzie podzieliłam już  robótkę na przód i tył. I tak śmiesznie wyszło, że miejsce na rękaw zrobiłam za małe. Wyszło to dopiero po tym, jak wydziergałam i zszyłam rękawy. Żeby nie bawić się zbyt długo, dorobiłam warkoczowe "pagony", którymi zasztukowałam brakujący kawałek. Bałam się, jak będą wygladały po wszyciu, ale wyszło dobrze.



Rękawy też zaczynałam dziergać od warkocza, na którym dobierałam oczka.

 Dół swetra to kombinacja dwóch warkoczy. Zastanawiałam się, jak będzie lepiej: drobniejszy na dole, czy na górze, a w końcu nabrałam oczka jak popadło i też jest ok.



Jaka okaże się włóczka w noszeniu, to zobaczymy. Jest to virgin wool fine z Yarn paradise. Gdyby była dobra, to przymierzam się do innych kolorów, np. miętowego, czy jasnej orchidei(co za nazwy!) Monia powiedziała, że sweterek troszkę drapie, ale od razu robi się ciepło, więc bardzo się jej to podoba :)

I zupełnie z inne beczki.


Zakwitł pierwszy irys; zazwyczaj kwitły w okolicy urodzin Gosi, tj. w połowie lutego. Ten się nieco pospieszył :)





I przebiśniegi, które już nieco podrosły:




sobota, 7 stycznia 2017

Już krew zaczyna szybciej krążyć...


...w roślinach. Może nie krew, a ich życiodajne soki, w każdym razie już  widać, że coś się zaczyna dziać.

Na razie jeszcze gołe pędy pozwalają spojrzeć na to, co za nimi, choćby na szary mur(to pędy wiciokrzewu pięknie oplatające kratkę):




To właśnie teraz widać wzory, jakie maluje bluszcz, wspinając się po ścianie. Potem jego pędy znikną za liśćmi powojników:



Przebiśniegi już wystawiły główki i zaczynają swój pęd ku górze:



..podobnie, jak żonkile:


Dzisiaj musiałam, pierwszy raz od późnej jesieni , ogarnąć ogród.


Poziomki rozrastają się całkiem ładnie i dzieci maja nadzieję na spory zbiór w tym roku:



Pierwiosnki zaczynają swoje kolorowe szaleństwo:







Tymczasem w domu kwitnie fuksja, którą "wyprowadzam" w formę drzewka. Na razie dbam o pojedynczy, prosty pień.



Notoryczne usuwanie pędów bocznych owocuje tym, że dama pnie się w górę i kwitnie, kwitnie....


Jej koleżanki, a w zasadzie siostry po pniu :) , zimują na dworze, w pojemnikach. Zostały z nich tylko suche patyki, które zdaja się być zupełnie obumarłe... to jednak tylko pozory.


Wiem, że zimno jeszcze przyjdzie, ale te pierwsze pąki, kolory, to nadzieja na wiosnę i słońce....

czwartek, 5 stycznia 2017

Letnich wspomnień czar...Co. Wexford





...czyli nasza wizyta na statku Dunbrody, a w zasadzie replice tego statku.

Już nie pamiętam dlaczego pojechaliśmy akurat w tamtym kierunku, w każdym razie wylądowaliśmy w miasteczku New Ross, w hrabstwie Wexford.
Miasteczko położone jest nad rzeką Barrow - czyli tą samą, która płynie przez Portarlington; mimo swych małych rozmiarów pełne jest rzeczy wartych obejrzenia. Już  choćby to, że jest miejscem przodków prezydenta Stanów Zjednoczonych J.F. Kennedy'ego, ściąga tłumy turystów. Sam prezydent odwiedził miasto w 1963 roku, co uwiecznia masywny pomnik-mównica:



My zaliczyliśmy tylko jedną z atrakcji, a mianowicie odwiedziliśmy statek muzeum.

Już  na początek dostaliśmy cały pakiet:

Informacje o statku:



Przewodnik po miasteczku:

..z dość szczegółowym opisem miejsc wartych zobaczenia, jak i tras, którymi najlepiej się poruszać:



..i oczywiście kopie oryginalnych biletów z czasów, kiedy Dunbrody żeglował po oceanie. Te bilety były i przepustką do muzeum, jak i miłą pamiątką z wycieczki. W cenie wstępu wliczone są wszystkie prezentacje multimedialne, jak i przewodnik - trafił się bardzo, bardzo sympatyczny i niesamowicie ciekawie opowiadający!


Dochodzę do wniosku, że za każdym razem, kiedy trafiamy na wycieczki z przewodnikami, są to osoby niebywale szybko nawiązujące kontakt z nami i wciągające w swoje opowieści. Czas płynie piorunem i nawet nasze dzieci zawsze słuchają tych opowieści.




Jak wspomniałam, statek jest wierną repliką Dunbrodego, który pływał Atlantykiem przez 30 lat. Został w końcu wyparty przez statki parowe.




W swoją ostatnia podróż ruszył w 1875 z Quebec do Liverpool z ładunkiem drewna. Niestety, koło Newfunland rozbił się na rafach i choć wszyscy ludzie uszli z życiem, statku już  nie uratowano.




Jak wielu ludzi przewiózł przez 30 lat swej nieustannej wędrówki przez ocean? Nie wiadomo. W każdym razie po 125 latach od swej finalnej podróży, to właśnie Dunbrody został wybrany do rekonstrukcji w pełnych wymiarach.


Dunbrody to jeden z wielu statków, które przewoziły Irlandczyków do Ameryki Północnej w czasach Wielkiego Głodu(w Irlandii piszą to wielkimi literami w celu odznaczenia ważności tego okresu w dziejach kraju).



Czego sie dowiedziałam, to to, że nie ludzie byli głównym "ładunkiem". Opłata za bilety do USA pokrywała wszelkie koszty rejsu; wracając, statek wiózł guano, które było faktycznie cenne i nijak się do tego miało życie ludzkie.



Wyobraźcie sobie teraz lata 1845-1850... klęskę głodu w Irlandii, która wygania ludzi za ocean w poszukiwaniu lepszego życia...



...już  i tak słabi, chorzy i wycieńczeni ludzie zakupują bilet za ostatnie pieniądze i podróżują w ładowni, gdzie niedawno leżał nawóz...



Nędzne jedzenie, kumulacja chorych, wspólne łóżka... cały majątek, który mogli zabrać na statek to był koc, metalowy kubek i łyżka i nóż, jeśli mieli. Koc przydawał się do okrycia dla żywych, a po śmierci - zawijano w niego ciało i wrzucano w wody oceanu... Tak umierało tysiące Irlandczyków...




Stąd, statki pływające wówczas do Stanów, nazwano statkami trumnami.



Jeszcze kilka ujęć z naszej wędrówce po statku-muzeum, który obecnie zacumowany jest na nadbrzeżu.


Dzień był nie dość, że pochmurny, to jeszcze dość wietrzny...



Rodzina za sterem...



...i znak naszych czasów... aż ręce opadają...






Zejście na dół... ale o tym opowiem w następnym wpisie: