wtorek, 29 marca 2016

Wpisów nie będzie




...aż do odwołania.

Laptop nie współpracuje z linuxem, system wali się zaraz po zainstalowaniu; miałam już minta, mam ubuntu, który w zasadzie nie działał od pierwszego zainstalowania. Przez te wszystkie lata z windowsem nie miałam tylu problemów co przez tydzień - a w zasadzie przez kilkanaście godzin pracy w ciągu tego tygodnia - z linuxem. Nie pisałam przed świętami, nie pisałam w święta, nie wysłałam nikomu życzeń, bo nic mi nie działa.
teraz korzystam tylko z komputera męża, ale przez chwilę. Zatem - nie ma z nami komunikacji przez skype, przez blog, przez fb az do odwołania.


czwartek, 24 marca 2016

Zupełnie z innej beczki...




...niż świąteczna.

Wybrałam się dziś z dziewczynami do parku w Emo. Wieki całe tam nie byłyśmy i chciałam zobaczyć, jak wygląda wiosna w wydaniu parkowym. Pogoda była średnio ładna; brak słońca, szare chmury i mżawka od czasu do czasu. Czego jednak można spodziewać się po Irlandii? Tutaj spaceruje się często gęsto podczas deszczu i albo to akceptujesz, albo masz problem, bo pogoda na pewno go nie ma :)


Kwitną i zabójczo - mam namyśli pięknie - pachną Prunus laurocerasus. Teraz jest ich czas.


Kwiaty może nie są aż tak atrakcyjne, ale uwierzcie mi, weszliśmy w las i otulił nas zapach, ciężki i niezwykle przyjemny.



Także pierwsze różaneczniki rozchylają kwiaty. Te nie pachną, ale wczesną wiosną już samo pojawienie się takiej ilości koloru, to przyjemność.


Krople deszczu osiadłe na płatkach dodają im jeszcze urody.


Ponieważ liściaste drzewa jeszcze nie mają masy zieleni, teraz królują mchy obrastające pnie. Wszystko wygląda miękko i puszyście:




Dzieciaki zabezpieczyły się parasolkami na wypadek, gdyby miało solidnie padać. W sumie najlepsze jest to, że po prostu mogły bawić się tymi parasolami, bo deszczu aż takiego wielkiego nie było.


W parku jednak jest bezpiecznie, bo nikomu nie wpakuje się parasolki w oko. Można śmiało nią wywijać, kręcić, składać i rozkładać, póki mechanizm da rady.


I na skróty nad jezioro, przez łąkę, zieloną po zimie, czyli tak szarozieloną, nie wiosennie i soczyście.



Niezmiennie moje ulubione drzewo - Cedr libański. Teraz w pełni można docenić i podziwiać jego pokrój. Piękny...



Gosia podwędziła mój parasol, ponieważ już nie jest dzieckiem i dziecinnej parasolki nosić nie będzie. To taki obciach!!!! No i jej ulubiona kurtka - wrosła w ramoneskę, można powiedzieć. Z tym, że się jej nie dziwię, bo sama mam dwie :) Według mnie pasują do wszystkiego i za tę uniwersalność je uwielbiam.
Widzicie usztywnienie na ręku Gosi - takie coś, zapięte na rzepy, ma nosić jeszcze przez 2-3 tygodnie.

 


Pałac w Emo z zupełnie innej perspektywy - spod gałęzi cedru.



I maleńka sesja pod cedrem.



"I bądźmy jak Mary Poppins..." rzuciła któraś, a ja zrobiłam im fotę.
 


Pozimowe jezioro. Wszystko budzi się do życia.



Żonkile wzdłuż jeziora już kwitną w ilościch wielkich. Szkoda tylko, że niektórzy rodzice pozwalają swoim małym pociechom na bezmyślne wyrywanie kwiatów garściami i rzucanie ich na drogę. Ja wiem, że małe dziecko nie rozumie, ale dorosły tumanem chyba nie jest? Irytuje mnie - delikatnie rzecz ujmując - takie olewanie.


Tutaj właśnie dziewczyny dały mi wykład dlaczego nie należy niszczyć zieleni w parkach. A Gosia rozwinęła to nawet ogólnie, na przyrodę. Miło, że nauka nie poszła w las :) choć tak blisko do niego było. 



Lonicera syringantha, to kolejny piękny, wiosenny krzew. Ma wspaniale wyglądające "woskowe" kwiaty i do tego rozsiewa delikatną woń w powietrzu.



Bukowa alejka jeszcze łysa. Buki dopiero zastanawiają się, czy się budzić, czy nie. Jeszcze długo nie zobaczymy nawet nabrzmiałych pąków liściowych. Na tle wielu drzew, które rozwiną się wiosną, buki będą sprawiały wrażenie obumarłych. Za to potem...
 


Na razie podziwiamy gładką korę i mchy:



 Piwonia krzaczasta(drzewiasta) dopiero rozchyla pąki, ale za to jakie!



Chionodoxa, znana też jako Scilla, kwitnie sobie wśród traw na ogromnych połaciach trawników. Śliczna jest, prawda.



A tutaj giganty kontra maluchy - czyli stere drzewa i nowe nasadzenia. Ile lat jeszcze trzeba, żeby wyrosły na takie olbrzymy!



Rzecz zupełnie nowa w naszym parku, a w zasadzie przy jego wejściu. Tablica informacyjna. Wow! Nawet widać, że nowa :)


Zapewne kompleks parkowo-pałacowy dostał jakiś zastrzyk gotówki, bo zauważyłam wiele drobnych i większych zmian. Super.

Poniżej mapa naszych tras spacerowych. Jest wiele możliwości i dla nas, którzy jeździmy tu od lat - w końcu mamy park kilka km od domu - to żadna magia, ale ci, co wizytują go pierwszy raz, nie mogą trafić nad jezioro, albo odnaleźc trasy. Teraz już widziałam powbijane słupki z oznaczeniami szlaków.


Trasa żółta, biegnąca wkoło jeziora, jest najnowszą i najdłuższą. Tą właśnie najczęściej chodzimy. Zajmuje około 30-40min marszu, a przy robieniu zdjeć i pomysłach dzieci, spokojnie można iść 2 godziny.

wtorek, 22 marca 2016

Ogrodowo w kolejnym sezonie



Co by tu napisać...? W sumie, jak co roku, kwitną żonkile. Tym razem dość obficie, muszę przyznać. Zapewne dzięki tamtorocznemu podnawożeniu w okresie formowania pąków na rok następny. W tej chwili pąki rozchyliła pierwsza partia z pomarańczowymi trąbkami. W kolejce czekają kolejne odmiany.




Skusiłam się też w sklepie ogrodniczym i kupiłam, z półki z przecenami, trzy pierwiosnki. Już przesadzone kwitną w moim ogródku:



Mam nadzieję, że rozrosną się łądnie i niedługo będę mogła je podzielić na kilka krzaczków:


Trzeci ma kolor pięknej czerwieni, ale jak to z czerwienią bywa, nie wyszło zdjecie. To znaczy wyszło, ale nie tak, jak bym chciała.

sobota, 19 marca 2016

Nowy system w kompie


...czyli przeszłam na linux mint...

Nie da się ukryć, że komputer na nim śmiga, do tego ledwo nadążam za myszką, tak przyspieszyła, ale wszystkiego prawie muszę szukać od nowa. Picasa nie chce mnie wpuścić na moje konto ze zdjęciami, mimo, że jestem zalogowana w google. Co ciekawe, ta sama picasa przyjmuje  zdjęcia z konta google i pozwala na wstawianie ich na blogu :)

Do tego doszedł GIMP do obróbki zdjęć. Program wydaje mi się, że bardzo ciekawy i dający szerokie pole do popisu, ale trzeba go dopiero poznać.

Polskie znaki, to kolejny problem, już chyba opanowany :) Do tej pory pisałam bez naszych kropeczek i kreseczek, więc powstrzymałam się od postów na blogu.

Pewnie jeszcze nie raz wkurzę się na linuxa, bo po latach z windowsem, trudno od razu bezboleśnie wejść w inny świat.


I tak już tylko na szybko, fotki nieba z połowy marca.


Na paradę w Dniu Św. Patryka nie poszliśmy - chyba pierwszy raz od 6 czy 7 lat! Może nawet więcej. Dzieciom się nie chciało ubierać, bo to był pierwszy, wolny od szkoły dzień. Ja też nie paliłam się, żeby tam lecieć. Dodatkowo Małgosia nosi takie coś na ręku, w miejscu pękniętej kości... wygląda to jak bardzo sztywny materiał z jakimiś maleńkimi szynami w środku, zapięty wkoło ręki na rzepy. Nie chciałam, żeby w tłumie jakoś sobie uraziła tę rękę. 

A pogoda - tu trzeba pochwalić ten rok - bardzo nam dopisała. Było słonecznie, dość ciepło, jednym słowem pięknie. Jak na ironię losu, właśnie w taki dzień nie poszliśmy na paradę, kiedy przez lata ciągaliśmy się godzinami w chłodzie i deszczu :)
 





wtorek, 15 marca 2016


Już tylko w ramach zapisania, że takie coś było, istniało...

Zaczęłam kocyk na szydełku, miał być taki ładny, a w trakcie robienia rozmyśliłam się i stwierdziłam, że jednak nie podoba mi się to, jak wygląda. Coś po prostu w nim nie grało.




Idea kocyka sama w sobie jest dobra, może nie te kolory, może z innymi wyglądałoby lepiej?



Kocyk spruty, już jest historią...

piątek, 11 marca 2016

Kolejne nadprogramowe wydarzenie





...w naszym życiu.

Wczoraj, po raz pierwszy zaświeciło takie naprawdę ciepłe, nawet bardzo ciepłe, wiosenne słońce. Wiatru prawie nie było, porwałam się zatem na koszenie trawników i porządkowanie ogrodu.
Dzieci wróciły ze szkoły i wybraliśmy się na plac zabaw. One szalały, ja czytałam książkę i grzałam się w słońcu. Pięknie...   Nagle krzyk i płacz, który doszedł mnie zza górki. Iza pędzi do mnie i woła, że Gosia mnie potrzebuje. Idę, przekonana, że najstarsza panikuje, jak zwykle. Ona natomiast leży na trawie i trzyma się za rękę. Zabrałam dzieci z placu, pomogłam jej wsiąść do auta, zapiąć pas przy nieustannych lamentach i zawodzeniach. Żeby było śmieszniej, nie byliśmy w naszym mieście, tylko sąsiednim.... Pojechałam do lekarza, bo młoda nie ustawała w narzekaniach, choć ręka wyglądała w porządku.
Dostaliśmy list do szpitala, bo lekarka stwierdziła, że to może być złamanie. I właśnie tak jest. Lewa ręka złamana - na szczęście niezbyt poważnie - w nadgarstku. 3 tygodnie gipsu.

I w ten oto sposób przywitaliśmy prawdziwie wiosenna pogodę w Irlandii. Pierwszy dzień słońca - pierwsza ręka złamana.


Monika od ponad dwóch tygodni ma kolczyki. Zastanawiam się, jak to jest teraz w PL? Czy przekłuwanie uszu robi się na maleńkich kolczykach na sztyfcie - wkrętach, mam na myśli? Ja miałam robione to na małych kółeczkach, które luźno przechodziły przez dziurki i pozwalały na szybsze gojenie. Tutaj, mimo, że to złoto wysokiej próby, kolczyki oblepione są ropą, motylki pomagają "zakleić" dziurkę z  tyłu i wszystko wygląda jak jedna, wielka masakra. Kilka dni temu zdecydowałam sama i zmieniłam wkręty na normalne złote kolczyki. Już po 3 dniach widzę poprawę, gdzie tam, po dwóch tygodniach było tylko gorzej i gorzej.
Nie wiem dlaczego tak się dzieje? Czy moje dziewczyny mają jakieś wrażliwsze uszy, czy gorsze gojenie? Chociaż chyba nie, bo widzę czasem te małe, irlandzkie dziewczynki z wkrętami oblepionymi strupkami i ropą na grubo.


Opiszę jeszcze zabawną sytuację, związaną z językiem. W samochodzi mam polskie piosenki dla dzieci - bo choć uwielbiają słuchać naszych, to czasem chcą coś swojego. I tam, w jednym z utworów, leci tekst:

..nalała mu mleka...

W pewnej chwili moje średnie dziecko pyta mnie:

- mamo, a co to jest  MUMLEK?

Do tej pory śmiejemy się z tego wszyscy i dzieciaki wołają: mamo, włącz nasze piosenki z mumlekiem.

Pamiętam jeszcze, jak najstarsza swego czasu używała stwierdzenia PRZYBOJAŁAM SIĘ, zamiast przestraszyłam :)

I tu, kojarząc temat językowy z nauką tegoż...

Ciekawi mnie czy ktoś z mieszkających poza krajem korzysta ze szkoły polonijnej LIBRATUS? Zastanawiam się poważnie czy nie zacząć korzystać z tej formy nauczania. Wiem od znajomej z Portarlington - pozdrowiam Cię Olu!!! - że ona jest bardzo zadowolona z Libratusa. Czy ktoś, kto czyta mojego bloga ma jakies doświadczenia z tą szkołą? 


I na koniec, żeby uwiecznić nasze wspólne prace z dziećmi - w ramach projektu szkolnego: nauka robienia na drutach.

Padło na Monikę i jej kompletny brak cierpliwości. Po wydzierganiu jednego rządka, prosiła o pomoc:



Zszywała za to sama i tylko wykończenie robiłam ja i tak powstał miś:



Natomiast w ramach próby, przed tym szkolnym, powstał kot, zaanektowany przez Gosię. I teraz Iza chce, żeby jej też jakiegoś zrobić, a ja przyznaję się bez bicia, nie przepadam za dzierganiem takich rzeczy.

środa, 9 marca 2016

Chusta próbna gotowa



Próbna, bo robiona z zamysłem sprawdzenia metody i przy okazji wykorzystania resztek. Chusta wyszła raczej mała, ale niezwykle miła  w dotyku.

Pewnego historycznego ranka, 4 marca, po tym kiedy spadł śnieg, zdążyłam jeszcze wyjść na zewnątrz i zrobić fotkę. Niestety, niebo było kompletnie zasłonięte chmurami stąd ponurackie dość fotki.:




Po południu za to zaświeciło słońce, więc zrobiłam fotki w domu:


Bardzo podoba mi się połączenie kolorów - szkoda, że ten pomarańczowy guccio to był tylko maleńki kłębuszek.


Ładnie wychodzą też te szydełkowe kwiaty, przy okazji "obciążają" brzeg i chusta sama z siebie ładnie się układa.





Co do drugiej chusty, to nastąpiła zmiana planów. Zaczęty począteczek odłożyłam, a zaczęłam z tej samej cieniutkiej włóczki kid mohair, ale tym razem z dodatkiem jedwabiu:



Sam efekt połączenia wełny z jedwabiem urzekł mnie bardzo; do tego jedwab powoduje zwiększenie ciężaru robótki, a co za tym idzie, ładniejszego spływania dzianiny. Sama wełna, przy swojej pajęczej wadze, "kleiła się" do siebie i zawsze trzeba było walczyć z robótką po wyjęciu z woreczka.


Wersja pierwotna wciąż będzie do zrobienia, ale raczej jako ogrzewanie pod szyję, i chyba bez bajerowych kwiatuszków. Natomiast wersja bogatsza powstaje w postaci szerszego szala.



I na koniec chleb domowy ze strony xhaft:



U mnie co prawda nie rośnie prawie wcale, ale za to smakuje wybornie. Maż i najstarsza córka pochłonęli go niemalże w jednej chwili. Ja, osobiście wolałabym czuć smak kwaskowy, dlatego pracuję nad zakwasem i innym chlebem. Niemniej jednak ta wersja pojawi się jeszcze w naszym domu.


niedziela, 6 marca 2016

Przez Góry Wicklow...



...dwa dni pod rząd, podczas sierpniowych wyjazdów.


góry pokryte kwitnącymi wrzosami:

 Zdjęcie Ani

Otaczająca cisza - niekiedy przerywana odgłosem pojazdu mechanicznego - jest wszechwypełniająca:

Zdjęcie Ani

I w końcu Glendalough i jej zielone lasy...

Zdjęcie Ani

 Miejsce wyjątkowe, choć widziane już nie pamiętam który raz:
 Zdjęcie Ani

I Szlak Górników, tym razem na przełomie lata i jesieni:



Nasze najstarsze dziecko samotnie wędrujące wśród gór



Małe "łatki" lasów na zboczach gór:


I drugi brzeg jeziora:



W końcu jesteśmy między górami:


W mojej opinii była to chyba jedna z najlepszych wycieczek dla dzieci. Te wszystkie strumyczki, kamienie i kamyczki, skały... Dzieci miały całe mnóstwo zajęć.



Ależ zabawa...:



Na koniec kilka zajawek przyrodniczych.



Wodospad, do którego wciąż nie dotarliśmy i oglądamy go tylko z daleka:






Cóż tu mogę napisać...obejrzyjcie sami.