czwartek, 28 stycznia 2016

Czyżby do nas szła wiosna? i inne sprawy...



W moim ogródku przebiśniegi już świecą na biało, a i pozostałe kwiaty wiosenne przebiły się na wierzch. Nie wiem dlaczego, ale wśród kwiatów, to właśnie przebiśniegi zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Może dlatego, że ciągle marzyłam, żeby je mieć i nigdy nie miałam? A może dlatego, że po szarych, zimowych miesiącach, są jak małe latarenki nadziei? Dzięki Christin mam piękną kępę tych cudnych kwiatów, które w ostatnich dniach grudnia zaczęły powolutku wychylać się z ziemi.



 Te wszystkie pąki, ten pęd ku słońcu, wszystko to uzmysłowiło mi, że powinnam przy najbliższej suchej pogodzie, wyciągnąć kosiarkę i skosić trawę, bo już tak paskudnie wygląda. Do tego przydałoby się usutecznić aerację trawnika, bo w tamtym roku przyłożyłam się do tego porządnie i zaskutkowało to mocnym ograniczeniem mchu i porostów, które właziły mi między kwiaty.




Powinnam też wyskoczyć z sekatorem i potraktować bez litości pnącza i róże. Tutaj, to w zasadzie ostatni moment. Powojniki już mają 6-7cm pędy, ale te z grupy włoskich i tak przytnę ostro, do 30-40cm, więc cały proces wzrostu zaczną od nowa.



Ponieważ systematycznie jeżdżę do szkoły polskiej z dzieciakami, czasem raz w tygodniu, czasem dwa, powroty uświadomiły mi, że dni się wydłużają! Już się znacznie wydłużyły, bo o 17-tej jest widno. Pociesza mnie ta myśl, bo NIENAWIDZĘ tego jeżdżenia przy oślepiających, długich światłach samochodów z naprzeciwka. Naprawdę nie wiem co powoduje ludźmi, że trzymają te długie światła już nawet nie do ostatniej chwili, ale dłużej. Co za egoizm, albo zwyczajna bezmyślność. Albo ta jazda "na ogonie", kiedy ciemno i ślisko w dodatku.

A skoro zaczęłam temat jeżdżenia do szkoły...

W szkole irlandzkiej zbliża się wywiadówka. Już za dwa tygodnie. Nie to, żebym się obawiała jakichś niespodzianek. Najstarsza radzi sobie bardzo dobrze - dziś właśnie machnęła wypracowanie na 4 strony! Aż mnie tym zadziwiła. Z matematyką dobrze..., zaliczyła testy z procentów, z ułamków... nic mnie raczej u niej nie zaskoczy.
Średnia to inna bajka, ale z kolei wiem, czego się spodziewać. Zdolna, ale skręcona, nieporządna, szybka w robieniu zadań i bałaganu przy okazji. Do tego GADUŁA! I roztrzepaniec taki, że na pewno nauczycielka zwróci na to uwagę. Jeśliw klasie jest ktoś, kto ma coś do powiedzenia, to jest to Monika.
Najmłodsza z kolei... co tutaj może być? Raczej bez niespodzianek. Ogarnęła się w szkole, więc chyba uwag specjalnych nie będzie.


W szkole polonijnej za to... tu się podziało! U najstarszej padła historia. Całe szczęście geografią i polskim uratowała sytuację. Z lektury "Szatan z siódmej klasy" dostała piątkę. Aż mnie tym zaskoczyła, bo szczerze powiedziawszy, ciężka to była książka dla 11-latki wychowywanej w innym kraju. Czytaliśmy razem z nią i tłumaczylismy na bieżąco wyrazy, akapity, itd. Potem obejrzała jeszcze film, dla utrwalenia i - co ciekawe - bardzo się jej spodobał. Chyba jeszcze ze dwa razy był włączany, a przy okazji, młodsze też obejrzały, oczywiście ja z nimi, bo wymagały wyjaśnień.
Monika zaliczyła ogromną wtopę na dyktandzie. Tyle błędów, że nawet nie będę się tutaj chwalić. Siedziała potem i łzami polewała obficie kartkę, na której przepisywała po dziesięć razy każdy wyraz. Żebyście widzieli jak skrupulatnie liczyła! Nie ma, że napisze o jeden raz więcej, o nie! Toż to byłoby straszne! Za to dzisiaj wielka niespodzianka - test ogólny wiadomości o Polsce poszedł jej bardzo dobrze. Piąteczka.

Nie wspominałam jeszcze o drugiej żonie mojego męża. Tak, od sierpnia ma taką. Z tym, że ostatnio coś ją zaniedbuje, czego nie omieszkałam mu wypomnieć. Tak więc wspomniałam mojemu A., że skoro tak uwielbia tę swoją żonę, to powinien bardziej o nią zadbać, poświęcić jej więcej uwagi, itp. Jak to może być, że nie umyta, nie odkurzona? Jak to jest, że to ja kupuje jej pachnidełka? Mówię tu o naszej hondzie, bo to ona zajęła miejsce w sercu mojego męża. Mam nadzieję, że drugie, że na pierwszym wciąż jesteśmy my: dzieci i ja :) Osobiście stwierdzam, że jakoś nie kochamy się z hondą, akceptujemy siebie, ale się nie kochamy. Może potrzebujemy więcej czasu? Przedstawiam Wam moją rywalkę:




I na koniec wspomnę jeszcze, że wracam do biegania. Po małej przerwie, spowodowanej chorobą, znowu jestem na nogach. Kolano daje trochę znać o sobie, ale spokojnymi treningami, mam nadzieję, utrzymam je w ryzach.
Małżonek od dwóch czy trzech tygodni, bierze udział w programie, który szpital przygotował dla pracowników. Poświęca na to część swojej przerwy, ale bierze udział, bo uległ namowom wszystkich dookoła. Mówię tu o bieganiu. Wyznaczyli sobie jakąś trasę i część osób uskutecznia marsze, a A. i jego koleżanka biegają.
Celem programu jest powolna zmiana siedzącego trybu życia w bardziej ruchliwy, a co za tym idzie - zrzucenie wagi. Już na początku wszyscy mieli się zważyć, zsumowali to i po miesiącu będą sprawdzać, jak spadła waga całemu zespołowi. Jeśli dobrze zrozumiałam, to program wprowadzony został w służbie zdrowia i to jest jakiegoś rodzaju konkurencja między zespołami. Wiadomo, że nic tak nie podkręca pracy, jak konkurencja właśnie. Widzę to już nawet po moim małżonku, który ograniczył jedzenie. Cóż, mam nadzieję na dobre efekty.


Dotrwaliście do końca? Brawa dla tych co dotarli!

wtorek, 19 stycznia 2016

Bunratty Castle, skansen; Co. Clare


Po zwiedzeniu pojedynczych domów, weszliśmy do miasteczka, również prowadzonego w formie skansenu. Wszystko tam działa, tyle tylko, że w formie sprzed lat. Najlepiej widać to na filmiku ze strony Zamku Bunratty. Naprawdę warto go obejrzeć, bo choć w angielskim, to bardzo wyraźnym. Zachęcam.

Natomiast my przechodzimy dalej... pub, w którym zamawiamy sobie piwo, czy też inne dobrości ;) z tym, że nie tym razem, przynajmniej nie my, bo inni zwiedzający i owszem, siedzieli sobie przy stołach i popijali, głównie bursztynowy napój. Oprócz tego budynek był także hotelem, ponieważ w XIX wieku wzrosło zapotrzebowanie na pokoje, jako że handel zaczął się pomyślniej rozwijać i coraz więcej podróżnych zatrzymywało się w miasteczku.





Oczywiście jak na typowe irlandzkie miasteczko, jeden pub to nic! Tutaj był jeszcze jeden(ale np. w naszym mieście naliczyłam kiedyś chyba 9)



Poczta funkcjonuje jak najbardziej, można nabyć pocztówkę i wysłać ją. Dostaniemy specjalny stempel, ze skansenu Bunratty taki, jak w dawnych czasach. W tle widoczny szyld herbaty Lyons - jednej z dwóch, najbardziej popularnych marek w Irlandii. Kiedyś znajoma powiedziała mi, że Irlandczycy dzielą się na zwolenników herbaty Lyons i Barry's; następnie zapytała mnie, którą ja pijam? :) Głównie Lyons :) i powiem jeszcze, że na każdy wyjazd do Polski zakupuję kilka paczek i rozdaję w rodzinie, bo ta herbata znalazłą uznanie również tam.



Typowy dom szeregowy; każdy z nich mieści jakichś drobnych przedsiębiorców, tutaj robótki ręczne, (głównie druty) oraz sprzedaż wełny. Motki cudne, wyroby także, a ceny.... odpowiednie do jakości.



Pani przygrywała turystom przez dłuższy czas:



Szkoła... wszystko wedle dawnej normy:



Można się nawet załapać na lekcję, ale nasze dzieci nie miały tego szczęścia.



Wzdłuż ulicy ulokowane są poszczególne sklepy: spożywczy, z narzędziami i naczyniami, artystyczny, itp.Wszędzie można zaopatrzeć się w najróżniejsze przedmioty.


Przepiękne zapinki do włosów - ceramiczne:



Dom doktora, bardzo poważanej osoby:



Te wszystkie narzędzia odrobinę mnie poruszyły, choć wiem, że przecież bez nich nie byłoby pracy lekarza w tamtych czasach.



W specjalnym studiu fotograficznym można zrobić sobie zdjęcia rodzinne bądź portretowe, w strojach z epoki.



Generalnie, poza zwiedzaniem, które naprawdę wypełnia cały dzień, pieniądze uciekają z  portfela, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Z tym, że tak jest w każdym z takich miejsc; grunt to zachować rozsądek.

Tym postem kończę cykl Bunratty.

niedziela, 10 stycznia 2016

Bunratty Castle, skansen; Co. Clare


Po wyjściu z zamku poszliśmy zwiedzać skansen, którego maleńką namiastkę mieliśmy tuż przed wejściem do twierdzy. Po drodze mijało się dwie czy trzy chaty. W moim wpisie są to te dwie niżej.

Dom rodziny rolniczo-rybackiej z zachodniej części hrabstwa Clare. Strzecha na dachu przymocowana była dodatkowo linami, aby zapobiec zniszczeniu jej przez atlantyckie wiatry. Jak widać, uchwyciłam moment, kiedy do domu wchodziła pani ubrana w dawny strój. W domu rozpalony był piec i kobieta przygotowywała się do pieczenia bułeczek wedle dawnych przepisów i sposobów.




Poniżej dom rybaka z hrabstwa Kerry. Duża część drewna użytego do jego budowy pozyskano z morza.
 

Nie będę opisywać wszystkich domów, bo ani nie mam wszystkich fotek, ani nie chciałabym nikogo zanudzać. Pokażę to, co chwyciło moje oko lub zaciekawiło mnie bardzo(ewentualnie to, co mi wyszło na zdjęciach :) )

W domach bogatszych ludzi można już było zobaczyć choćby maszynę do szycia, że nie wspomnę o dużych oknach z zasłonami:




Tu kolejna pracownica skansenu, spiesząca się do domu, aby piec i sprzedawać bułeczki odwiedzającym:



Łóżko w domu zamożnego gospodarza. Cóż za nakrycie!:


Kapelusz czy też toczek:



Do tego pięknie nakryty stół(tych filiżanek to nie jestem pewna, czy są z epoki :) bo sama miałam takie w domu):



Zamożniejsi gospodarze mieli dodatkowo urządzone sypialnie na stryszku, co wcale nie było takie popularne  w dawnej Irlandii:



Poniżej dom ubogiego chłopa, który pracował jako parobek u właścicieli ziemskich. Nie posiadał ani piędzi własnej ziemi, w domu podłoga z ubitej gliny, a cały dom, to w zasadzie jedna izba. Wiele z takich rodzin poumierało w czasie Wielkiego Głodu w Irlandii



Tu wstawiam  - może niezbyt wyraźne zdjęcie - dom już nieco bogatszych ludzi, aczkolwiek muszą go dzielić razem ze zwierzętami hodowlanymi. Na takich paleniskach, panie pracujące obecnie w skansenie, piekły popularne tutaj "scones" czyli ciastka przyrządzane z mąki, masła i mleka i jedzone z masłem lub dżemem.



W oddali młyn wodny. Pan tam pracujący był strasznie znudzony siedzeniem - tak mi się wydaje, ponieważ, kiedy tylko zadałam mu pytanie, zaczął z pasją opowiadać o wszystkim. Zaprowadził mnie nawet na górę i tłumaczył, jak działały koła i dlaczego teraz nie mogą ich uruchomić, itd, itd. Kiedy mój mąż zaniepokojony, że nie pojawiam się na zewnątrz, wrócił do młyna, pan zaczął tłumaczyć i jemu historię budynku i opowiadać ciekawostki. Widać niewielu ludzi z nim rozmawia :)




I kolejny młyn, tym razem kukurydziany, zrekonstruowany na podstawie wykopalisk z hrabstwa Cork:




Na takich konstrukcjach suszono nie tylko siano, także zboże. Gryzonie miały utrudniony dostęp do ziarna ze względu na gładkie ściany skalnych bloczków:


Kościół, który w całości(dosłownie, kamień po kamieniu) został tutaj przeniesiony z hrabstwaTipperary:


I widok na irlandzkie płotki:


...takie charakterystyczne, budowane z tego, co natura dawała: blogów skalnych, kamieni:


Dom Hazelbrook - czyli dom braci Hughes, którzy rozwinęli przemysł mleczarski około 1800 roku i byli właścicielami marki popularnych lodów HB:



Dom Bunratty, zbudowany w 1804 roku, zamieszkiwany przez rodzinę Studdart, potomków O'Briena - mieszkającego w zamku Bunratty.


Na trawnikach pasły się jelenie:


Wnętrza zachwycają:




Oczywiście jedna z pracownic, w stroju z epoki, przycinała kwiaty do wazonu:



Sypialnia dzieci:



Moje oko chwyciła narzuta:




Ostatnie zdjęcia to Ogród Regencyjny, należący do Domu Bunratty i będący częścią wiekszego ogrodu. Pełen był kwiatów i zapachów późnego lata, a w zasadzie wczesnej jesieni.


Urzekły mnie w nim piękne malwy:


I od razu zapragnęłam takich w moim ogródku!


I to w zasadzie koniec w tym wpisie, bo niestety, ale nie koniec wycieczki po skansenie.

środa, 6 stycznia 2016

Zaszalałam ze skarpetkami



...i wydziergałam kolejne dwie pary. Wykorzystałam wszystkie motki fioletowej wełny oraz resztki pastelowych akryli. Ostatnia para jest najbardziej pomieszana, bo na sam ściągacz zabrakło mi kremowego akrylu i pomieszałam go z niebieskim.



W ten sposób, niemalże hurtowo, powstało łącznie 3 pary ciepłych skarpetek. Z powodzeniem jednak mogą być używane jako domowe kapcie, wełna jest całkiem gruba i dobrze izoluje, nawet w naszym domu.



Podsumowałam ilość wydzierganych par i wyszło, że w przeciągu roku powstało ich 12. Nawet nie spodziewałam się, że tak będę lubić ten rodzaj robótki.

niedziela, 3 stycznia 2016

Zamek Bunratty, hrabstwo Clare


Tak na dobry początek blogowego roku zaległa wycieczka z wakacji.

Zamek Bunratty i skansen, położone w hrabstwie Clare, na zachodzie kraju. Podobno jedyne takie miejsce, jedyne muzeum w Irlandii, gdzie możesz fizycznie doświadczyć przeszłości. Ciasta pieczone w skansenowych domach, na torfie, na żeliwnych rusztach, słodycze w sklepie żywcem przeniesionym z epoki - oczywiście razem z całym asortymentem słodkości, wszyscy sprzedający w dawnych strojach.... Dosłownie odpływasz w przeszłość.
Widziałam, przeżyłam, czy raczej doświadczyłam tego na własnej skórze i powiem - było wspaniale. Czuję jednak ogromny niedosyt, ponieważ przez wszystko "przelecieliśmy" lotem błyskawicy, jako że nasi znajomi koniecznie chcieli zaliczyć klify jeszcze tego samego dnia. Ja natomiast uważam, teraz, po tym doświadczeniu, że zamek Bunratty, razem ze skansenem, zasługują na jeden, pełen dzień uwagi, żeby wszystkiego można było zasmakować w pełni.
Żałuję, że nie mieliśmy czasu na wypicie herbaty(piwo odpadało, bo oboje byliśmy kierowcami) czy kawy w stylizowanym pubie; że nie siedliśmy na ławeczce i nie zjedliśmy miejscowego ciasta... że te wszystkie domy, chaty i młyny, łącznie z ogrodami, przebiegliśmy strasznie szybko. Obiecuję sobie, że musimy tam wrócić. Może nawet w tym roku, na spokojnie, w naszym tempie i sposobie oglądania.

Teraz już prezentuję zamek. Wybudowany w 1425 roku, był fortecą dla rodu O'Brien z któego pochodzili królowie, a później hrabiowie. Umeblowany jest meblami z XVI i XVII wieku. Do zamku można się było dostać tylko przez most zwodzony, prowadzący do Straży Głównej.


Można spokojnie powiedzieć, że z zewnątrz niepozorny, nijak mający się np. do Rock of Cashel czy Cahir Castle, górujących nad okolicą. Ma jednak swój niepowtarzalny, kamienno szary, surowy urok.


Kiedy stajesz pod taką ścianą i  masz świadomość jej wieku, to odczuwasz podziw, czy też jego potęgę.


Do wejścia trzeba było wspiąć się po drewnianej konstrukcji,a  na progu witali nas Pan i Pani tego zamku w przepięknych strojach, zapraszając do zwiedzania.





W tym dniu,a  może w każdym innym także, było mnóstwo turystów, mimo, że zjawiliśmy się tam około    10-tej z minutami. Przez to nie mam takich ładnych, czystych zdjęć bez ludzi. Czasem ktoś mnie potrącił podczas robienia zdjęcia, to znów ktoś inny nie mógł poczekać, tylko wpychał się przed mój obiektyw, żeby szybciej i dalej.... Takie uroki popularnych atrakcji turystycznych.

Sala poniżej, to miejsce dla żołnierzy i pracowników hrabiego, tzw. Straż Główna. Obecnie wykorzystywana jest do bankietów, na które można się zapisać - za opłatą oczywiście.



Z tejże sali odchodzą wąziutkie schody, prowadzące w dół, wprost do lochów. Schody są tak wąskie, że nie ma opcji z kimkolwiek się minąć:




W dole atrapa więźnia przykutego do ściany. 


Wielki salon - kolejne warte uwagi(większej uwagi i czasu) miejsce. Na ścianach wiszą przepiękne arrasy: belgijskie, flamandzkie, francuskie. Do tego wspaniała, rzeźbiona szafa:



Oczywiście wszędzie pełno poroża jeleni i danieli. Wykonano nawet z nich żyrandole, których nie udało mi się pięknie obfocić.




I jeszcze widok na tę salę z klatki schodowej, przez specjalne "okienko"




Salon północny, prywatny pokój hrabiego i jego rodziny. 



Zwróćcie uwagę na rzeźbienia stołu - nie jest to najlepsze zdjęcie, ale tylko takie mam:




Sypialnia hrabiego z kolejnym, rzeźbionym meblem - tym razem łóżkiem. Poza tym, kilka innych, wartych uwagi drobiazgów, niestety, nie doczekały się zdjęcia:



I te przejścia... dzieciaki tylko śmigały po schodach, niekiedy trzymając się poręczy:




Sam wystrój zamku trochę rozczarował naszych znajomych, a już szczególnie ich dzieci, tak mi się wydaje. Wszystko takie szare, bure, ponure, do tego wilgoć w powietrzu, kurz na eksponatach... Cóż, to w końcu twierdza, a nie pałac.






Weszliśmy też na dach, żeby podziwiać widok na okolicę i oczywiście rzekę Shanon


Pogoda była piękna, więc przyjemnie spędziliśmy kilkanaście minut na słońcu


I na tym kończę wycieczkę po zamku. To, co pokazałam, to tylko ułamek wszystkiego zawartego w twierdzy. Ogrody i skansen pozostawiam na następne notki.