niedziela, 14 lutego 2016

Ogrody posiadłości Powershouse, Co. Wicklow



Już kolejny raz odwiedziliśmy Powerscourt House and Gardens i kolejny raz nas to wszystko oczarowało. Poprzedni wpis sprzed kilku lat po kliknięciu.

Tym razem jechaliśmy z naszymi przyjaciółmi i powiem tak: według pogody miało być nieciekawie w tamtych okolicach, ale oni nie mieli za bardzo wyboru co do dnia, więc wyruszyliśmy. Na poczatku było w porządku. Po zjeździe z autostrady i dotarciu do słynnego miasteczka Hollywood, mieliśmy mały postój, wykorzystany pracowicie na jedzenie - dzieci i mężowie, i fotki - Ania i ja.

Wysiłkiem mieszkańców, bądź gminy, wzniesiono ogromny napis na łące:



I tak, jak miejscowe krowy mają to miejsce głęboko w poważaniu, tak turyści namiętnie strzelają foty:



Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej, wszak wiedziałam, że Ania jest "głodna" widoków i możliwości robienia zdjęć, a czas nas goni. Do tego Wyspa co pięć minut zachęca, aby zatrzymać auto i podziwiać krajobrazy, ponieważ przemieszczamy się trasą Parku Narodowego Wicklow.

Jak przystało na Irlandię, często poruszaliśmy się takimi drogami:

                                                                                            Zdjęcie autorstwa Ani


Nie są to trasy podrzędne, o nie; to drogi krajowe, całkiem ważne. Koleżanka zrobiła zdjęcie, żeby pokazać, jak mijały się auta, czasem dosłownie na lusterka. Tutaj widać też, że pogoda nam jeszcze dopisuje. Słońce świeci całkiem przyjemnie i nic nie zapowiada tego, co poniżej:



Szarości zaczęły wkradać się na niebo, krajobraz pociemniał, ale duch nadziei w naszych znajomych jeszcze nie gasł...

Widoki ogrodów formalnych i nieformalnych przygasiły niepokój, przynajmniej na początku. Wszyscy oddali się temu, co lubią najbardziej: dzieci szaleństwu na ogromnych połaciach zieleni, mężowie spacerom i rozmowom, A. na zdjęciach, ja na wszystkim po trochu(co nie znaczy, że to lubię najbardziej)

Jedna z odmian Agapantusa

Po jakimś czasie ochłodziło się nieco i niebo stało się ołowiane i ciężkie:



Koleżanka jeszcze uchwyciła jaśniejsze momenty w ogrodzie różanym:

Zdjęcie autorstwa Ani

Nawet w tej aurze ogrody mają wciąż swój nieodparty urok:

Zdjęcie autorstwa Ani

Przyszedł jednak moment, kiedy trzeba było nałożyć coś od deszczu. Mąż koleżanki nawet zadawał sobie pytanie, czy jest sens dalszego chodzenia, ale zapewniliśmy go, że taka mżawka będzie siąpić i siąpić i to, co najwyżej zrobi, to przemoczy nas totalnie, ale za to w sposób prawie niezauważalny :) W pewnej chwili po prostu zdajesz sobie sprawę, że wszystko jest nasiąknięte wodą :)

Zdjęcie autorstwa Ani

Jak widać, silni byliśmy i poszliśmy dalej. Dla dzieciaków to wciąż była frajda, wszak biegać można i w deszczu! To nawet ciekawsze niż normalnie, bo co i raz któreś lądowało na siedzeniu, po poślizgu na mokrej trawie.

Zdjęcie autorstwa Ani

Jezioro Trytona ze zmarszczoną taflą wody, w oddali posiadłość Powerscourt

Zdjęcie autorstwa Ani


I widok na Ogród Japoński:

Zdjęcie autorstwa Ani

W końcu przyszedł czas na odpoczynek na kamiennej ławeczce i tutaj nas Ania "złapała":

Zdjęcie autorstwa Ani

Zdjęcie autorstwa Ani

Wszyscy z wilgotnymi włosami, Iza z buzią pełną ciasteczka :)

Zdjęcie autorstwa Ani

Powoli zamykaliśmy koło i zmierzaliśmy do wyjścia:

Zdjęcie autorstwa Ani


Deszcz z mżawki, zaczął przechodzić w coś mocniejszego i powoli zasłaniał krajobraz welonem kropel:

Zdjęcie autorstwa Ani

Kiedy opuszczaliśmy posiadłość, ściana deszczu robiła się coraz mniej przejrzysta. W sumie można powiedzieć, że mieliśmy szczęście i większość ogrodów obeszliśmy w sprzyjającej aurze.

Zdjęcie autorstwa Ani


Mam nadzieję, że nasi znajomi zaliczyli i ten wakacyjny wyjazd do gatunku udanych.

14 komentarzy:

  1. Od razu przypomniała mi się nasza wyprawa do Sanssoucis, podobne krajobrazy chociaż u Niemców więcej budowli. I ogród japoński, ach!... Najbliższy mam we Wrocławiu, może by się tak wybrać w jakiś wiosenny weekend? *^v^*
    Kiedy przeczytałam o postoju i jedzeniu od razu przyszło mi do głowy, jak kochałam podróże z rodzicami jako dziecko - na postojach wyciągało się jajka na twardo, zimne upieczone nóżki kurczaka, ogórki i pomidory, termos z herbatą, wszystko przygotowane w domu bo przecież 30 lat temu nie było przydrożnych barów. Ależ to smakowało!.... *^O^*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O dokładnie! Nigdy nic nie smakowało mi bardziej od takiegi "biwakowego" jedzenia!

      Wrocławski ogród japoński odwiedzę w maju, już mam zaplanowany wyjazd, Tato mnie zaprasza, bo w tym roku Wrocław jest europejską stolicą kultury więc na pewno wiele będzie atrakcji dla odwiedzających.

      Aniu, irlandzkie zdjęcia szczególnie w deszczu mają swój wyjątkowy urok! Choć wycieczka w takich warunkach, jak dla mnie, jest dość ekstremalna;-)

      Usuń
    2. Brahdelt, ja tez wspominam takie wyprawy z własnym prowiantem, ależ to było smaczne! Teraz też dzieciaki rozkoszują się jedzeniem prosto z bagażnika ;)


      Usuń
    3. Renya, aż Ci zazdroszczę tego Wrocławia. Ciekawe co tam się będzie działo!

      Wycieczka była super, a taka mżawka to nic. Poza tym, tak jak pisałam, mieliśmy szczęście, bo dopiero kiedy opuszczaliśmy teren deszcz zaczął solidniej padać.

      Usuń
  2. Piękne miejsce, cudne zdjęcia... Jakie urocze aniołki, dostojne pegazy, ogród japoński, różne zielone zakątki! W takim miejscu przyjemnie spacerować nawet w towarzystwie siąpiącego deszczu;) Ależ mieliście udaną wycieczkę:) Mam nadzieję, że wiosną my również częściej będziemy jeździć w teren;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno na wiosnę się rozjeździcie! Ja już myśle, gdzie by tu...?

      Usuń
  3. piękna wycieczka, cudowne ogrody,

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne ogrody! Mam nadzieję, że będę miał okazje zobaczyć je kiedys na żywo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesli tu przyjedziesz, to być może, choć jest tak wiele pięknych miejsc, że trudno wybrać co oglądać.

      Usuń
  5. Hej Hrabino!

    Gości mieliście z Polski? Rzeczywiście aura nie zachęcała, ale czasem nie ma wyboru. Przy okazji nie mieliście tłumów (nawiązując do naszej rozmowy w innym miejscu :)) My tam byliśmy gdy było słońce, ciepło i bez wiatru. Równało się to tym, że co rusz mijaliśmy innych odwiedzających. Skoro byliście w Powerscourt Gardens to pewnie znacie też Powerscourt Waterfall? A odwiedziliście kiedyś Russborough?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Goście to jeszcze ci z lata :) tylko ja mam jeszcze ze dwa zaległe wpisy i teraz padło na Powerscourt.
      Wiesz jak jest, kiedy ludzie są krótko i chcą wycisnąć z Wyspy jak najwięcej. Trasę przez Wicklow National Park pokonywaliśmy dwa razy w ciągu dwóch dni,w zasadzie 4 razy, bo wracaliśmy też tędy :)
      Wcale nei można powiedzieć, że ludzi nie było! Jak już ludzie weszli, to tak jak my, chcieli przejść przez całość. Część może faktycznie zrezygnowała(po mężu koleżanki widziałam, ze on też chętnie udałby się w kierunku auta, ale obowiązki go zatrzymały :)) Oczywiście, że nie ma porównania do pięknego dnia, kiedy gości jest masa.

      Do Waterfall nie pojechaliśmy ani pierwszym arzem, ani z nimi tym bardziej, nie przy tej pogodzie.
      Właśnie przejrzałam stronę Rossborough bo tam nie byliśmy, ale widzę, że to relatywnie blisko. Dzięki

      Usuń
  6. Spojrzałam na pierwsze zdjęcie i wyrwało mi się HOL(L)Y COW!

    Zdjęcia ogrodów pełne uroku, mimo mżawki i braku błękitnego nieba.
    Najważniejsze i tak są wspomnienia - zawsze piękniejsze i przesycone żywszymi barwami niż rzeczywistość...
    Pozdrawiam ciepło,
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  7. :)) Ot tak wyszło.

    Dla nas wycieczka miała urok, a taka mżawka specjalnie nie przeszkadzała. Wspomnienia na pewno pozostaną na długo i to w wersji mocno kolorowej :)

    OdpowiedzUsuń