niedziela, 3 stycznia 2016

Zamek Bunratty, hrabstwo Clare


Tak na dobry początek blogowego roku zaległa wycieczka z wakacji.

Zamek Bunratty i skansen, położone w hrabstwie Clare, na zachodzie kraju. Podobno jedyne takie miejsce, jedyne muzeum w Irlandii, gdzie możesz fizycznie doświadczyć przeszłości. Ciasta pieczone w skansenowych domach, na torfie, na żeliwnych rusztach, słodycze w sklepie żywcem przeniesionym z epoki - oczywiście razem z całym asortymentem słodkości, wszyscy sprzedający w dawnych strojach.... Dosłownie odpływasz w przeszłość.
Widziałam, przeżyłam, czy raczej doświadczyłam tego na własnej skórze i powiem - było wspaniale. Czuję jednak ogromny niedosyt, ponieważ przez wszystko "przelecieliśmy" lotem błyskawicy, jako że nasi znajomi koniecznie chcieli zaliczyć klify jeszcze tego samego dnia. Ja natomiast uważam, teraz, po tym doświadczeniu, że zamek Bunratty, razem ze skansenem, zasługują na jeden, pełen dzień uwagi, żeby wszystkiego można było zasmakować w pełni.
Żałuję, że nie mieliśmy czasu na wypicie herbaty(piwo odpadało, bo oboje byliśmy kierowcami) czy kawy w stylizowanym pubie; że nie siedliśmy na ławeczce i nie zjedliśmy miejscowego ciasta... że te wszystkie domy, chaty i młyny, łącznie z ogrodami, przebiegliśmy strasznie szybko. Obiecuję sobie, że musimy tam wrócić. Może nawet w tym roku, na spokojnie, w naszym tempie i sposobie oglądania.

Teraz już prezentuję zamek. Wybudowany w 1425 roku, był fortecą dla rodu O'Brien z któego pochodzili królowie, a później hrabiowie. Umeblowany jest meblami z XVI i XVII wieku. Do zamku można się było dostać tylko przez most zwodzony, prowadzący do Straży Głównej.


Można spokojnie powiedzieć, że z zewnątrz niepozorny, nijak mający się np. do Rock of Cashel czy Cahir Castle, górujących nad okolicą. Ma jednak swój niepowtarzalny, kamienno szary, surowy urok.


Kiedy stajesz pod taką ścianą i  masz świadomość jej wieku, to odczuwasz podziw, czy też jego potęgę.


Do wejścia trzeba było wspiąć się po drewnianej konstrukcji,a  na progu witali nas Pan i Pani tego zamku w przepięknych strojach, zapraszając do zwiedzania.





W tym dniu,a  może w każdym innym także, było mnóstwo turystów, mimo, że zjawiliśmy się tam około    10-tej z minutami. Przez to nie mam takich ładnych, czystych zdjęć bez ludzi. Czasem ktoś mnie potrącił podczas robienia zdjęcia, to znów ktoś inny nie mógł poczekać, tylko wpychał się przed mój obiektyw, żeby szybciej i dalej.... Takie uroki popularnych atrakcji turystycznych.

Sala poniżej, to miejsce dla żołnierzy i pracowników hrabiego, tzw. Straż Główna. Obecnie wykorzystywana jest do bankietów, na które można się zapisać - za opłatą oczywiście.



Z tejże sali odchodzą wąziutkie schody, prowadzące w dół, wprost do lochów. Schody są tak wąskie, że nie ma opcji z kimkolwiek się minąć:




W dole atrapa więźnia przykutego do ściany. 


Wielki salon - kolejne warte uwagi(większej uwagi i czasu) miejsce. Na ścianach wiszą przepiękne arrasy: belgijskie, flamandzkie, francuskie. Do tego wspaniała, rzeźbiona szafa:



Oczywiście wszędzie pełno poroża jeleni i danieli. Wykonano nawet z nich żyrandole, których nie udało mi się pięknie obfocić.




I jeszcze widok na tę salę z klatki schodowej, przez specjalne "okienko"




Salon północny, prywatny pokój hrabiego i jego rodziny. 



Zwróćcie uwagę na rzeźbienia stołu - nie jest to najlepsze zdjęcie, ale tylko takie mam:




Sypialnia hrabiego z kolejnym, rzeźbionym meblem - tym razem łóżkiem. Poza tym, kilka innych, wartych uwagi drobiazgów, niestety, nie doczekały się zdjęcia:



I te przejścia... dzieciaki tylko śmigały po schodach, niekiedy trzymając się poręczy:




Sam wystrój zamku trochę rozczarował naszych znajomych, a już szczególnie ich dzieci, tak mi się wydaje. Wszystko takie szare, bure, ponure, do tego wilgoć w powietrzu, kurz na eksponatach... Cóż, to w końcu twierdza, a nie pałac.






Weszliśmy też na dach, żeby podziwiać widok na okolicę i oczywiście rzekę Shanon


Pogoda była piękna, więc przyjemnie spędziliśmy kilkanaście minut na słońcu


I na tym kończę wycieczkę po zamku. To, co pokazałam, to tylko ułamek wszystkiego zawartego w twierdzy. Ogrody i skansen pozostawiam na następne notki.

8 komentarzy:

  1. Ależ zamczysko! Właśnie taką scenografię miałam w głowie czytając Filary ziemi Folleta. Przynajmniej z zewnątrz, bo środek w tamtych czasach musiał być jeszcze bardziej zgrzebny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nie miałam na niego więcej czasu. Naprawdę warto mu poświęcić dużo uwagi i dlatego myślę, że tam wrócimy.

      Usuń
  2. "oh shannon do i long to see you"... alez miałabym ochotę zwiedzić to miejsce! Skosztować jedzenia i picia! Takich miejsc, takich budowli, takiej historii STRASZNIE mi tutaj brak.

    Refleksja - przy tak ogromym postępie technicznym, nasze osiągnięcia w dziedzim[nie architektury tak niesamowicie skarlały, pod iemal kazdym względem - to co teraz się buduje ani ładne, ani trwałe. Nawet wspomnienie nie pozostanie po 60 latach, a co po 600?
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację z tą trwałością. Dotyczy ona w zasadzie wszystkiego, tyle, że odnośnie domów... no cóż, poraża nietrwałość.

      Może kiedyś wybierzesz się do Irlandii? Tylko musisz sobie dokłądnie opracować, co chcesz zwiedzić, bo moja przyjaciółka była w rozpaczy, że przez tydzień nie mogłą zwiedzić i doświadczyć więcej.

      Usuń
  3. Imponujące zamczysko! Rzeczywiście robi wrażenie, wcale się nie dziwię, że chcesz tam wrócić. Niech ten letni, piękny post będzie dobra prognozą na cały rok zarówno w codziennym życiu, jak też w blogowaniu:) Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo. Zamek i wszystko, co się wiąże z nim i skansenem, i to, że po prostu czuję niedosyt pobytu tam

      Usuń
  4. Zamek piękny, ale ... moja koleżanka babciuje w Irlandii i płacze, że co dziecko ubierze to zaczyna padać i ono przez to rzadko kiedy na spacer normalny, taki pobiegany wychodzi.
    A jeżeli chodzi o dzieci nie ty jedna wychowujesz analogowo. Znam sporo dzieci (w tym i mojego wnuka) chowanych w domu bez telewizora, z bardzo mocno ograniczonym dostępem do komputerem itp. Tak samo chowałam i swoje dzieci (moim zdaniem ani ich oczy, ani system nerwowy, nie jest przygotowany na takie "bodźcowanie"). Jak się czujesz sama, może pomyśl o założeniu grupy wsparcia analogowych matek?
    ps.superniania nie jest z mojej bajki, ale w tym wywiadzie jest wiele celnych uwag i obserwacji
    http://mamadu.pl/117279,szesciolatek-nie-jest-gotowy-do-szkoly-odpowiedzialnosc-ponosza-rodzice

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki kraj, taka jego uroda; trzeba nastawić się na zabawy w deszczu, o ile nie jest za zimno :)
      W każdym kraju znajdzie się jakieś "ale"; nie twierdzę, że kocham tu wszystko(np nieustanne wiatry), znajduję jednak pozytywy i stąd moje dobre nastawienie. A może kwestia tego, że tyle już tu mieszkam...?

      Usuń