czwartek, 31 grudnia 2015

***



I tak minął nam kolejny rok. Czasem wydawało mi się, że był najgorszy, a czasem, że najlepszy... taka natura ludzka... chyba...

Przejechaliśmy tysiące mil, zobaczyliśmy setki nowych miejsc i trochę starych. Zrobiłam kilka tysięcy zdjęć.

Przeczytałam wiele książek - może nie tyle, ile bym chciała, ale wciąż dużo. Obejrzałam sporo filmów, nie tylko takich, które "należy znać"(niezwykle ostatnio popularne stwierdzenie, na które patrzę z przymróżeniem oka).

Wydziergałam i uszyłam sporo rzeczy. Jestem z tego dumna, bo znalazłam na to czas i nie robiłam niczego "sztuka dla sztuki".

Moje dzieci podrosły o kolejne centymetry i miejmy nadzieję, przybyło im trochę rozumu - podobnie zresztą jak nam. Nauczyłam się paru cennych rzeczy, a najważniejszą z nich jest cierpliwość. Nie próbuję walczyć ze sobą, tylko pracować; nie walczę z ludźmi nierozsądnymi czy wręcz głupimi, bo szkoda mojego czasu. Właśnie czas... nauczyłam się czekać i co najważniejsze - nauczyłam się relaksacji, co przyniosło mi spokój.  

I na koniec - moje subiektywne spojrzenie na rok 2015

Styczeń, przynoszący nam odrobinkę zimy:




Luty, obiecujący wiosnę nie tylko podśpiewywaniem ptaków, ale też kwiatami:



Marzec, pozwalający nam na najpierwszy dalszy wyjazd aż na zachód Irlandii!




Kwiecień, kiedy wróciliśmy na szlak już tak w pełni:



Maj ze swoją piękną pogodą i labiryntami:




Czerwiec skupiony na zakończeniu roku i małych niespodziankach:




Lipiec z wyjazdem do Polski i ślubem Brata:



Sierpień i długo wyczekiwana wizyta przyjaciółki, i te dech zapierające klify!


Wrzesień z pójściem najmłodszej do szkoły(do tej pory nie wierzę, że to już!):




Październik i mój wyjściowy makijaż robiący furorę na mieście :)




Listopad z zapachem pomarańczy:



Grudzień roztańczony baletnicami wszelkiego rodzaju:





Patrząc na te zdjęcia, pisząc te słowa, myślę, że był to naprawdę dobry rok. Nie wygraliśmy w lotka, nie zgromadziliśmy fortuny, ale przeżyliśmy razem szczęśliwe chwile,tylko niekiedy okraszone bólem, tak dla równowagi, żeby nam się w głowie nie poprzewracało. 


Życzę i Wam i sobie, aby Nowy Rok 2016 był przynajmniej tak samo dobry!!! Niech przyniesie nam to, czego pragniemy, albo wskaże nam drogę do realizacji naszych marzeń!

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Kolejne łapki kuchenne



Tak mnie wzięło na wyrabianie tych resztek, że powstają  kolejne kuchenne akcesoria, czyli łapki do gorących naczyń, popularnie nazywanych garnkami. Można też spokojnie użyć tychże szydełkowych tworów do chwycenia czegokolwiek innego, równie gorącego, bo izolację zapewniają całkiem dobrą.

Dwie łapki, jedna już powędrowała:



Druga strona pierwszej :) sama nie wiem, która strona jest lepsza, bo obie kolorowe:



I ta druga, zrobione specjalnie "pod kolorystykę domu" osoby, do kórej pójdzie. Ciekawe, czy się spodoba?



Jej lewa strona, troszkę mniej atrakcjna:


Zarzekałam się, ze już nie wyszydełkuję takich łapek, bo łączenie pochłania sporo czasu, a  tu proszę, druga, a trzecia już czeka na "zszydełkowanie" razem dwóch części.

piątek, 25 grudnia 2015

***






Wszystkim odwiedzającym życzę cudownych 

Świąt Bożego Narodzenia,

rodzinnego ciepła i miłości.




Świąt dających radość i odpoczynek

oraz przynoszących nadzieję i wiarę, 

że Nowy Rok 2016 będzie dla nas wszystkich 

szczęśliwy.



wtorek, 22 grudnia 2015

Ostatni dzień szkoły...





...przed przerwą świąteczną. Odetchnęłam z ulgą, bo dni były już takie męczące. Jedyne, co mnie napędzało, to ciągłe przygotowania: do szkoły irlandzkiej, do szkoły polskiej, na jasełka, na przedstawienie, prezenty tu, prezenty tam...  Od jutra zwolnienie tego wszystkiego.

To już 10 święta poza Polską.... Jak ten czas leci!

Kilka zdjęć z naszych przygotowań:
 
- jasełka  w szkole polonijnej


Zdjęcia nie są najlepsze, ale wpadłam spóźniona, co mi się raczej nie zdarza i miałam miejsce na końcu sali. Zdjęcia, w słabym oświetleniu, robiłam z ręki, więc jest, jak jest.
Dlaczego się spóźniłam? źle odczytałam zaproszenie, gdzie widniało - 18 o 17. Ja zakodowałam, że o 18-tej i w spokoju, 17.05 stałam sobie w korku, ze trzysta metrów od sali. Jeszcze przepuściłam ludzi, potem na luzaka zaparkowałam. Weszłam do sali, patrzę, a tam wszyscy siedzą. Nauczycielki z ulgą na mnie patrzą, poganiają moje dziewczyny na scenę, a ja na cały głos(wiecie, jak niesie się po takiej sali? ja już wiem) - Co wy się tak spieszycie? Już zaczynacie, czy to próba? Na debilkę wyszłam, dobrze, że tylko z połowa ludzi tam mnie kojarzy.
Nauczycielka Gosi powiedziała mi potem, że prawie zbaraniała na moje słowa :) co prawda rozładowało to trochę atmosferę, ale miejsca mi nie przysporzyło. A najmłodsza w tym momencie: - mamo, ja muszę do ubikacji! Taa....



Monika jakaś ściśnięta i wystraszona. Pewnie trema ją zabijała, w końcu występowali przy pełnej sali! Poszło świetnie, łezka się zakręciła w oku.


- sweterki świąteczne dziś były w użyciu i podobno wzbudziły podziw:



Niestety, moje dzieci są na etapie: albo zdjęcie z ukrycia, albo wcale. Nie oddaje to urody produktu, ale znak, że noszą, jest. Gosi nauczycielka nawet prezentowała swoją uczenicę przed koleżankami, bo bardzo podobał się jej całokształt(wiem, chwalę się :))




Choinka ubrana, zagościła podobnie, jak w poprzednim roku, w jadalni.



Artur odgraża się, że to już jej ostatni rok, bo za bardzo się "buja" na boki. Zobaczymy.



W tym roku powiesiłam sporo szklanych zabawek - to znaczy oni powiesili, ja zdecydowałam i to - jak podkreślił mąż - na swoją własną odpowiedzialność. Wiem jednak, że dzieci nie są malutkie i nie potłuką. W zasadzie, zawsze u nas wisiały zabawki do samego dołu, a nie tak, jak widziałam u niektórych - do połowy choinki, żeby maluch nie ściągał. I nie to, żeby moje dzieci były takie idealne, nie :) po tygodniu jednak tak przyzwyczajały się do świecidełek, że prawie ich nie ruszały.



Drzwi też udekorowane. Najczęściej obfitymi girlandami i światełkami.



Od jutra zatem zaczynam świętować - prawie. Coś tam ugotuję i upiekę, ale bez szaleństw. Za to zaplanowałyśmy z dziewczynami seanse filmowe i zabawy.

sobota, 19 grudnia 2015

Fioletowo różowe skarpetki...




...których produkcja zaczęłą się tak niefortunnym pruciem, ukończone, grzeją nogi.

Są miłe w dotyku, cieplutkie i spokojnie mogą też służyć jako kapcie.



Fiolet to wełna, już nie pamiętam jaka, nie chce mi się sięgać po metkę; może Monte Carlo, a może coś innego, w każdym razie wełna. Ma wplecione kolorowe wtręty i to nadaje jej ten specyficzny wygląd, którego kiedyś nie lubiłam, a do którego coraz bardziej się przekonuję.



Różowe wstawki to resztki akrylu dla niemowląt. Został mi jeszcze z bardzo dawnych czasów, kiedy Gosia miała ze dwa lata.



Dziergało się nadzwyczajnie szybko, bo dwa wieczory, podczas oglądania "W pustyni i w puszczy", wersji nowszej - jeszcze nigdy jej nie widziałam; przy okazji wciągnęła się Izabela, co mnie zaskoczyło. Nie rozumiała początku, który jej wytłumaczyłam, ale już po porwaniu dzieci, śledziła akcję z zapartym tchem.



Teraz na drutach jest kolejna para - fioletowo niebieska, z dokładnie tych samych włóczek. Niebieskie resztki dzieciowego akrylu z dawnych zapasów. Skarpetki powstają podczas sesji filmowych z dziećmi. Tym razem oglądamy serię, która powstała na podstawie książek Astrid Lindgren. Za nami już dwie części "Dzieci z Bullerbyn", "Ramzus i włóczęga" i " Madika z Czerwcowego Wzgórza".

czwartek, 17 grudnia 2015

Zamieszanie przedświąteczne





W tym tygodniu wszystkie trzy dziewczyny miały przedstawienia świąteczne w szkole. Izabeli było we wtorek, a Monika i Gosia odgrywały swoje role dzisiaj.



Zabrałam więc Izabelę z klasy trochę wcześniej, żeby obejrzała świąteczne sztuki swoich sióstr. Pierwsza była Monika. W tym roku wcieliła się w postać anioła(Monika i anioł.... tak...)




Na szczęście kostium to był tylko biały ubiór do przygotowania i jakaś opaska tematyczna na głowę. Zrobiłam to sposobem domowym, po najmniejszej linii oporu, bo i tak podejrzewałam, że zaraz będzie popsuta. Z talerzyka papierowego wycięłam obręcz i owinęłam ją folią aluminiową. Bez klejenia, bez zszywania. Potem okleiłam folią tekturowy szablon gwiazdki i przymocowałam ją zszywką.



Pierwsza opaska okazała się zbyt duża, ale w szkole się przydała, bo koleżanka Moniki ją wykorzystała do swojego stroju. Druga wersja, mierzona chyba ze 3 razy, okazała się pasująca.

Małgosia była pasterzem i jej strój to też pięć minut pracy: poszewka na kołdrę w odpowiednich kolorach, wycięty jeden otwór na głowę, dwa na ręce i ścięcie z długości. Z tego, co zostało, powstałą chusta na głowę i spleciony sznur do przewiązania. Wyszło bardzo dobrze, a Artur na wejście zapytał: gdzie to kupiłam? :) Nie wiem czy mam się cieszyć, że tak ładnie, jak ze sklepu, czy też smucić, że taka masówka, jak w sklepach? Wybrałam pierwszą opcję.




W szkole irlandzkiej już koniec z przedstawieniami, za to jutro po południu jedziemy do szkoły polonijnej na jasełka wystawiane przez nasze dzieci. Z tej okazji upiekłam ciasto czekoladowe - jak zawsze i na godzinę, zamieniłam stół na pracownię

Wycięłam z tektury prostokąty i okleiłam je papierami świątecznymi:



Takie oklejone tekturki miały stać się podstawą do pierników:



Na każdą podstawkę poszła jedna, wielka, piernikowa gwiazda. Przyznaję się, że w tym roku źle wycięłam te pierniki. Na tego typu skomplikowane wypieki powinnam pozostawić ciasto tylko lekko rozwałkowane, a nie tak cienko, jak na normalne pierniczki. Już 3 gwiazdy się połąmały, niestety.



Całość została w tym roku zapakowana w celofan związany wstążką.



Na drutach kolejna - trzecia - para skarpet. Wrzosowo-różowe już mogą grzać nogi.

wtorek, 15 grudnia 2015

Kolorowe skarpetki



...powstały z najróżniejszych kłębuszków, które zalegały mi w worku. Było troszkę chowania nitek, ale efekt warty jest takiej upierdliwej pracy.

Już sam początek spodobał się moim oczom :) więc kontynuowałam pracę, a dziewczyny w tym czasie debatowały, czyje skarpetki będą. W grę wchodziły tylko dwie opcje: Monika lub Gosia, bo dla Izabelki już sam początek wyglądał na zbyt duży.



Skarpetki powstały w ekspresowo krótkim czasie - 2 dni.



Do wyrobienia pozostało jeszcze trochę kłębków, więc na pewno powstanie jeszcze jedna kolorowa para, a póki co, na spotkaniu klubu miłośniczek drutów, zaczęłam kolejną parę skarpet, z tym, że w nieco bardziej  stonowanych barwach.



Spotkanie odbywa się w kawiarni, w sąsiedniej miejscowości. Właścicielka tego miejsca wpadła na taki pomysł, żeby w poniedziałkowe poranki zapełnić stoliki. Wpadamy tam najczęściej na kawę lub herbatę tylko, ale zawsze lepsze to, niż pusta kafejka. Poza tym, jak już kilka kobietek siedzi, popija kawę i rozmawia, to miejsce wydaje się przyjemniejsze dla innych i po zajrzeniu do środka, decydują się zostać :) Tak przynajmniej widzi to właścicielka.


Skarpetka była już raz pruta, prawie do samego początku. Żle wyliczyłam oczka i w momencie, kiedy przeszłam do wyrabiania stopy, skarpetka przybrała rozmiar takiej dla Artura, a wiedziałam, że on już na pewno tych pastelowych kolorów nie zaakceptuje.
Stan na dzisiaj - prawie na ukończeniu. Coraz bardziej podoba mi się robienie skarpetek!

sobota, 12 grudnia 2015

Zimowe sweterki i "szybki" prezent



W końcu wydziergałam dwa sweterki dla dziewczyn, do szkoły. Generalnie dzieciaki chodzą w mundurkach, ale ostatniego dnia szkoły, tuż przed przerwą świąteczną, mogą nałożyć coś tematycznie związanego z Bożym Narodzeniem(tak szeroko pojętym).

Sweterki najpierw miały taką formę - tuż po zeszyciu:



Potem dodałam wykończenie szyi, dziergane bardzo prosto, dookoła, oczkami prawymi, zmieniając po kilku rzędach druty na mniejsze. Dzianinka sama wywinęła się w kryzę. Jak widać, są dwa ruloniki, bo powtórzyłam to dwa razy.



Sweterki są najprostsze z najprostszych: przód i tył to dwa prostokąty, do tego lekko rozszerzające się ku górze rękawy.


Jedynymi ozdobnikami są francuskie mankiety i dół, zamiast ściągaczy; do tego wrobiona szydełkiem trawiasta włóczka i wydziergane z niej śnieżynki.



Oba swetry są takie same, ale niebieski tak krzywo obfotografowałam, że nawet go nie wstawiam rozłożonego.


Dziergało się nad wyraz przyjemnie. Popełniłam tylko jeden, zasadniczy błąd w niebieskim - od niego bowiem zaczęłam pracę.



Zrobiłam go z pojedynczej nici i wyszedł niezwykle lejący, ale obawiam się, że po pierwszym praniu może się zeszmacić... czerwony wykonałam już z podwójnej nici i to jest to. Zużyłam dwa motki - na czerwony, każdy po 900m - akrylu Kristal z tureckiej firmy Yarn Paradise. Na niebieski sweterk poszedł mi jeden motek i to nie do końca. Wiedziałam, że włóczka jest wydajna, ale bałam się troszkę, żeby mi jej nie zabrakło.



Z Kristal dziergałam już kilka rzeczy i generalnie w pracy jest idealna, zobaczymy, jak się będzie nosiła. Wiadomo, dzieci, to najlepsi testerzy.



Śnieżynki były upierdliwe w przyszywaniu, ale już mam to za sobą!



Dziewczyny są zadowolone z całości; najbardziej z tych puszystych wstawek i śnieżynek, ale jakżeby inaczej?



Natomiast prezent na szybko, to łapka do garnka. Zrobiłam ją w jeden dzień, można rzec, albo w dwa wieczory. Zainspirowała mnie strona Color'n Cream Instrukcją tam zamieszczoną, posiłkowałam się przy pracy.

Moja łapka wygląda tak:



I druga - lewa - strona:


Wszystkie kolory, to resztki, które mi przewracały się w podełku. Oczywiście ciążko jest wtedy wydziergać dwie identyczne rozmiarowo podkładki(minimalne różnice w grubości nici powodują spore odchylenia na obwodach), a o takie chodzi, bo potem je łączymy. U mnie jest to żółciutki łańcuszek. Ten łańcuszek doprowadził mnie prawie do szaleństwa, szczególnie na początku. Trzeba dojść do wprawy, żeby się przyjemnie dziergało.
Nie wiem, czy drugi raz porwałabym się na takie cudeńko? Efekt jest bardziej niż zadowalający, a kombinacji... ile dusza zapragnie. Na pewno określiłabym ten projekt jako nieco trudniejszy(głównie w fazie łączenia), dla tych, którzy już dość sprawnie operują szydełkiem.