niedziela, 29 listopada 2015

Baletnice z papieru



Post edytuję, bo właśnie znalazłam stronę oryginału 


W tym roku urzekły mnie papierowe baletnice. Znalazłam kształty w sieci, przekopiowałam z ekranu na cieniutki papier, potem wycięłam, odrysowałam na tekturce - białej i dorobiłam spódniczki. W oryginale spódnice miały być jako śnieżynki - i myślę, że jeszcze takie wypróbuję; sama użyłam chusteczek higienicznych. Oto pierwsze efekty:




Na razie zawisły na żyrandolu:



Tu, najpierw nitka zaczepiła się na ramieniu baletnicy trochę ją przechylając, ale też w pewien sposób pozując:



Po odczepieniu nitki, baletnica tańczy już jak należy:



Teraz będę opracowywać spódniczkę śnieżynkę.

piątek, 27 listopada 2015

Domowa przyprawa do piernika




Czas pierników i pierniczków... W książce Neli Rubinstein "Kuchnia Neli", zajrzałam pod hasło "piernik". Proponuje ona użycie własnej przyprawy. Postanowiłam wypróbować jej zestaw: po pół łyżki zmielonych goździków, imbiru, cynamonu i gałki muszkatołowej + szczypta zmielonego czarnego pieprzu.

Do temomiksu wrzuciłam po 2 łyżki goździków(ja miałam całe), zmielonego cynamonu, imbiru i gałki muszkatołowej oraz dwie szczypty pieprzu czarnego, zmielonego, aby od razu otrzymać większą porcję. Włączyłam na 15 sekund, obroty 10. Oto co otrzymałam:



Idealnie połączone przyprawy o niesamowitym zapachu. Wszystko powtórzyłam jeszcze raz, zwiększając porcje, aby otrzymać jeszcze więcej mieszanki. Nie chce mi się kolejnego dnia bawić z osuszaniem termomiksu - a do mielenia przypraw, robienia cukru pudru i tym podobnych, musi być idealnie suchy.

Skoro termomiks był jeszcze w miarę czysty, zrobiłam kolejny krem czekoladowy "niby nutella". Tym razem wrzuciłam 150g orzechów laskowych(nie miałam czasu na prażenie, poszły takie z torebki), zmieliłam je na pył prawie, dosypałam dwie czubate łyżki kako - ponownie wymieszałam na wysokich obrotach(8). Obrałam dojrzałe awokado i jednego banana, zmieliłam wszystko jeszcze raz - tym razem na obrotach 7. Na koniec dołożyłam cukru pudru(no nie przesadzajmy już z tą zdrowotnością, że niby nic zakazanego tam nie będzie :)) i wymieszałam do połączenia składników.
Wyszedł gęsty, lekko słodki krem o delikatnym orzechowym smaku. Dla  moich dzieci można jeszcze by było dodać aromat pomarańczowy, bo uwielbiają taką czekoladę.
Myślę, że ta wersja jest najlepsza smakowo. Poprzednie robiłam na bazie
a) tylko awokado, kakao i miodu
b) awokado, banan, miód, kakao.

Dodatek miodu na pewno jest zdrowszy, ale nadaje czekoladzie lekko gorzkawy posmak; prawie nie jest on wyczuwalny; prawie robi jednak różnicę.


I na koniec mój nowy nabytek:



Żebyście mieli wyobrażenie wielkości - foremka ułożona jest na kartce A4. Zobaczymy, jak będą się piekły takie pierniki? Foremka u nas dostępna w sklepie Aldi.

środa, 25 listopada 2015



Jakiś czas temu, w szkole polskiej, moje średnie dziecko miało lekcję na temat hymnu narodowego, potem dzieciaki dostały za zadanie nauczenie się go na pamięć. Mimo pewnych trudności(np. co to jest "przegodem? - nie przegodem, tylko przewodem... - Co znaczy przewodem?...   - a dlaczego "przejdziem" a nie przejdziemy?,  itd.) Hymn opanowany, śpiewany wiele razy,  wszkole zaliczony z bardzo dobrym wynikiem.


Z ciekawości zapytałam najstarszą czy zna hymn irlandzki? Ona na to, że nie, bo w szkole irlandzkiej nie uczyli się go(jeszcze nie? czy wcale nie będą?) Zapytałam, bo nie pamiętam, żebym odrabiając z nią lekcje, odnotowała takie zdarzenie. Uczą się wierszyków o mrozie, wietrze, o duchach, itp. a hymnu się nie uczyli?
Ciekawi mnie czy tylko szkoła moich dziewczyn taka w tyle?

Co ciekawsze, mój mąż rozmawiał ze swoimi znajomymi ze szpitala. Jeszcze nie "przepytał" wszystkich, ale jak na razie, nie znalazł osoby, która zna hymn. Chyba ja zacznę podpytywać moje koleżanki. Póki co, okazało się, że nie kojarzą daty 1916 - Powstania Wielkanocnego, dzieki któremu uzyskali niepodległość i powstała Republika Irlandii. Z tej okazji - wspominałam już wcześniej - wojsko przyjechało do szkoły i było uroczyste wciągnięcie flagi na maszt, jako, że rok szkolny 2015/2016 miał być takim właśnie szczególnym rokiem świętowania 100 lat niepodległości. Może bliżej kwietnia zaczną więcej o tym rozmawiać? Może, jak będzie głośniej, to stanie się to bardziej oczywiste?

Póki co serwuję Wam to:

Irlandzki hymn śpiewany w języku celtyckim





I drugi film "Ireland's call", piosenka nazywana czasem nieoficjalnym hymnem




Jak dla mnie wersja druga, nieoficjalna, zdecydowanie bardziej porywa.

wtorek, 24 listopada 2015

Gwiazdki




Po długiej, bo chyba dwu- czy nawet 3-letniej przerwie w robieniu śnieżynek, w tym roku znowu się u mnie zabieliło.

Nie wybieram wyszukanych wzorów, bo zależy mi bardziej na czymś prostym i szybkim do zrobienia. I tak oto, w przerwie między dzierganiem swetrów, powstały gwiazdeczki:



Usztywniłam je klejem PVA rozcieńczonym z wodą, ale osobiście nie lubię tej metody - właśnie się o tym przekonałam :) Szpilki poszły do wyrzucenia, bo jakoś nie widzę siebie ślęczącej nad nimi i czyszczącej pracowicie z kleju. Gwiazdki trzymają kształt, ale taki sam efekt uzyskałabym z krochmalu, a szpilki pozostałyby w moim posiadaniu.




Znalazłam jeden, prosty wzór śnieżynki, nadający się do dziergania z włóczki. Zmieniam tylko ilość oczek w pierwszym okrążeniu i powstają śnieżynki z różną ilością ramion.



Wydziergałam też jedną, troszkę inną, ale przyznaję, że robiona z kordonku, wyglądałaby o niebo lepiej. Z tym, że moje gwiazdki zawisną w oknie, więc na pewno nikt nie będzie się wdawał w szczegóły, czy aby na pewno są dobrze naciągnięte.




Do dziergania zużywam resztki białego akrylu ze srebrną nicią. Pozostał mi już maleńki kłębuszek, więc podejrzewam, że nie powstanie już wiele śnieżynek.

wtorek, 17 listopada 2015

Pierwsze mikołaje




Zobaczyłam w necie zdjęcie, które stało się inspiracją do powstania szydełkowych mikołajków:




Ten największy jeszcze nie doczekał się nosa, ale wkrótce i on go dostanie. Mikołaja odtworzyłam ze zdjęcia, tzn. nawet nie odtwarzałam, tylko zapamiętałam ideę i stąd może nie jest on taki idealny, ale dzieciakom się spodobał.



Generalnie chyba głównie chodziło o to, aby umieścić nos tuż przy czapie, nasuniętej na oczy :)



Broda, włosy to już splot pętelkowy, który raz wykonałam w złą stronę. Nie wiedziałam oczywiście, że to będzie źle wyglądać, a kiedy doszłam do końca to nie chciało mi się pruć i tak zostało.

Mikołąje to szybka i przyjemna robótka. Będą taką małą ozdobą na choinkę,a  te większe mogą "usiąść" na stolikach dzieci.

niedziela, 15 listopada 2015

Powoli składam w całość...




...moje dziergadła.

Pierwszy powstanie sweterek dla Moniki. Mam nadzieję, że będzie dobry! Połączyłam wszystko w całość i jakoś tak mały mi się wydaje. Na dzierganie jeszcze jednego nie bardzo mam czas...Zobaczymy.



Dla Małgosi dziergam czerwony:


Ta czerwień jest po prostu piękna: mocna, głęboka, a przy tym nie taka jaskrawa. Brakuje mi rękawów, potem zeszycie i jakieś ozdobienie i koniec.

W międzyczasie powstają drobne szydełkowe ozdoby, żeby potem, przy obwieszaniu domu, nie okazało się, że brak mi gwiazdek, serc, czy czego tam jeszcze.
A wiecie, że niektórzy już ubrali choinki!

środa, 11 listopada 2015

W listopadzie wciąż kolorowo,...



....a pierwiosnki, jak co roku o tej porze, zaczynają kwitnienie.



Te żółte po prostu "świecą" w ogrodzie! Na zbliżeniach widać trochę zniszczenia spowodowane pogodą, bądź wiekiem, ale piękno zaklęte w płatkach wciąż czaruje.



Różowe dopiero zaczunają kwitnienie:


Natomiest te dwubarwne - to krzaczek, który zakupiłam jako kwiatek doniczkowy, z 9 lat temu, przed Bożym Narodzeniem.


Były jeszcze czerwone i białe, ale gdzieś zniknęły. Poważnie zastanawiam się, czy wiosną nie kupić jakiegoś pakietu 6 czy 8 w mieszance kolorów. Pierwiosnki są niesamowite jako ozdoba ogrodów!

Fuksja próbuje nadrobić stracony latem czas. Łagodna pogoda pomaga jej w tym non stop, ale pierwsze poważniejsze przymrozki położą kres kwitnieniu. Pewnie znowu zostawię ją na dworze na przezimowanie, bo nie mam miejsca w domu. Przezornie już pobrałam sadzonki i część z nich ukorzeniła się w wodzie.



W przyszłym roku bardziej zadbam o kwiaty w pojemnikach, bo nie wyjeżdżamy na wakacje, więc nie będzie problemu z podlewaniem. W tym roku postawiłam tylko na to, co przetrwa.



Na przekór porze roku, ostróżka właśnie wypuściła dwa pędy kwiatowe, które mają już po metrze wysokości:



W ogrodzie "na tyłach", po ziemi rozrasta się bluszcz pospolity Hedera helix, prawdopodobnie odmiana 'Lady Frances', ale pewności nie mam.


Bluszcz zaczyna pięknie wspinać się po chropowatym murze:



Podobnie, jak jego kuzyn, też B. pospolity, tylko w innej odmianie - jakiej?... nie mam pojęcia. Nie był oznaczony:


niedziela, 8 listopada 2015

Dynia i pomarańcza




Halloween minęło i po czekoladowym cieście pozostało tylko wspomnienie:




Za to dynie mają się dobrze i żeby się nie zmarnowały, trzeba coś z nimi zrobić, najlepiej przetworzyć. Gdzieś znalazłam zapiski na temat placków z dyni. Jeśli to od którejś z osób, co do mnie zaglądają, to proszę uprzejmie się przypomnieć, bo nie poczyniłam stosownej notki.




Placki opierają się na puree z dyni, które przyrządziłam po swojemu. Nie miałam czasu na pieczenie dyni, zblendowałam ją więc na surowo razem z bananem i założyłam, że to moje puree. Potem dodałam mąki, cukru, jogurtu i wyrobiłam ciasto. Usmażone placuszki posypywałam swoim domowym,waniliowym cukrem pudrem.


Trochę bałam się, jak rodzina zareaguje na to jedzenie, ale posmakowało do tego stopnia, że Artur wyjadał placki prawie z patelni. Dziś rankiem nastąpił płacz, że już ich nie ma. Na szczęście mam jeszcze dynie :)


A dlaczego pomarańcza w tytule? A dlatego:



Mój prawie naturalny lampion. Środek pomarańczy zjedzony, a skórkę stosuję już z powodzeniem 3 wieczór.



Można wykorzystać naturalny knot, jeśli delikatnie wyłuska się miąższ. Potem należy dolać oliwy, zmoczyć "knot" i zapalić. Dość długo tli się, zanim dojdzie do dna. Tak zrobiłam z jedną pomarańczą, ale drugą od razu przeistoczyłam w osłonkę:



Zapachu mocnego pomarańczowego nie wydziela, ale jakiś delikatny ślad w powietrzu pozostaje. Na pewno wygląda wyjątkowo(zależy to też, co się  z niej powycina) i napełnia wnętrze ciepłem koloru.

piątek, 6 listopada 2015

Codzienność




Po przygotowaniach do Halloween - spokojnych w tym roku, choć przecież było u nas przyjęcie - powinna nastąpić cisza, zwykła codzienność... I pewnie tak by było, gdyby nie to, że zaraz 2 listopada Artur miał małą operację. Ciut świt zerwałam dzieci ze spania i już o 7 pojechaliśmy do Tullamore, żeby odstawić Artura na oddział. Ponieważ mój mąż to duży chłopiec, zarządził, żebym nie wjeżdżała na parking szpitalny, bo i tak przecież nie pójdę z nim się rejestrować, tylko "wyrzuciła" go na rondzie. I tak zrobiłam. Ruch na drodze był jeszcze niewielki, więc małe zamieszanko na rondzie nie wpłynęło na nikogo :), Artur, prawie w locie, wysiadł z samochodu, a ja pojechałam z dzieciakami do domu, żeby zdążyły do szkoły na czas.
Jeszcze tego samego dnia zadzonili do mnie ze szpitala, że mąż już jest do odebrania. Wieczorkiem był w domowych pieleszach, pocięty, zbolały i zupełnie zależny od pomocy osób trzecich.
Dziś, po 5 prawie dniach, to zupełnie inny człowiek! Co prawda ma już dosyć bycia w domu i nic-nie-robienia, ale zwolnienie to zwolnienie. Żeby pokazać, jak już z nim dobrze, pojechał ze mną na wielkie zakupy, jakie czynię raz w tygodniu. Co prawda w połowie ich załatwiania zaczął się dopytywać, jak długo jeszcze(no jakbym z dzieckiem chodziła!) i generalnie bardziej mi zawadzał niż pomagał(czego oczywiście mu nie powiedziałam), a siaty i tak sama dźwigałam :) Na koniec jednak mógł się pochwalić, że już doszedł do zdrowia, bo zaliczył dzień zakupów.

Moje dziecię średnie zaliczyło trzeci poziom w nauce pływania. Jeśli mam być szczera, to nie mam pojęcia, jak oni określają te poziomy. W każdym razie w klasie pierwszej(w tym roku, w maju) miała zaliczony poziom pierwszy,a  teraz przeskoczyła o dwa. Oczywiście najpierw przyszła zadowolona, wręczyła mi dyplom, a zaraz potem stwierdziła, że żałuje, że nie zaliczyła czwartego... Cała Monika!
Radość z zaliczenia i dyplomu przesłonił też wyjazd - definitywny - jej dość bliskiej koleżanki Sary, do Australii. Już nigdy się nie zobaczymy! - rozpacza Monika.
Tak się składa, że najmłodsza z kolei, przyjaźni się mocno z bratem Sary - Jack'iem, który dziś miał pożegnalne przyjęcie w klasie. Iza, jak przystało na przyjaciółkę, pomagała mu w ogarnięciu sprawy z bukietami, bo miał ich 3 i nie radził sobie. Iza stanęła tuż obok niego i po kolei podawała mu bukiety. Wyglądało to nieziemsko! - tacy mali,a  tacy duzi jednocześnie. Jack obiecał Izabeli, że za rok ją odwiedzi.... zobaczymy :)
Żal mi trochę żegnać Mag, bo to jedna z tych osób, które napełnione są pozytywną energią i potrafią się nią dzielić. Wystarczy z nią poprzebywać trochę , pogadać i już odchodzi się z uśmiechem. Mag pracowała tutaj jako pielęgniarka i mogę powiedzieć, że jest idealną osobą do wykonywania tego zawodu. Mam nadzieję, w zasadzie jestem pewna, że będzie jej dobrze tam, w Australii. Poza tęsknotą za rodziną(3-pokoleniową), w której wszyscy są ze sobą bardzo zżyci.

Jak co roku, kiedy zbliża się połowa listopada, u nas nadchodził czas odnowienia polisy ubezpieczeniowej. Przez pięć lat trzymałam się Axy, ale w tym roku polecieli sobie w kulki, że tak to ujmę. Ja rozumiem, że mamy nowiutki samochód, większa wartość, itp. ale aż o tyle podnieść? Tym bardziej, że szacunkowe sumy, o które pytałam, były zupełnie inne. Poszukaliśmy innych, sensownych ubezpieczycieli, Artur popytał w pracy, kto z kogo jest zadowolony i dziś podpisaliśmy nową umowę, a ja zadzwoniłam do Axy i podziękowałam za współpracę. Temat załatwiony, choć próbowali mnie przekonać, że źle zrobiłam.
Axa denerwowała mnie tym, że część z jej ludzi, którzy obsługiwali telefony, była niekumata. Jak można wytłumaczyć złożone upoważnienie dla mojego męża, aby mógł wprowadzać zmiany w polisie, kiedy za każdym razem odmawiali mu do tego praw? Za każdym razem dzwoniłam, tłumaczyłam, że podpisałam taki papier, a oni swoje. To po co jest to upoważnienie - pytam? Aby mąż mógł dokonywać zmian. A dlaczego nie może? - ponieważ to twoja polisa. Ale ma upoważnienie. To po co mu je dałam? żeby mógł dokonywac zmian w polisie.... Rozumiecie to? Ja nie. Ostatnio nerwy mi puściły i zjechałam babkę tak, że już do mnie nie oddzwoniła, mimo że miała to zrobić.
 Dosyć mam załatwiania rzeczy związanych z samochodami. Jeździć lubię, ale reszta... a tutaj musiałam się nauczyć połowy mechaniki po angielsku, kiedy zostałam sama z dwoma autami. Do tej pory po polsku nie znam nazw części, ale po angielsku już mogę sobie pogadać :) Tak to jest, jak się wdepnie w g... z laguną w wersji II, albo seatem ibizą, który nie przewidziany był do jazdy w warunkach deszczowych :)

Przypomniałam sobie jeszcze o jednej sprawie.
Niedawno, jedna z blogujących osób napisała, że na emigracji nie bardzo ma się wybór, jeśli idzie o znajomych ze swojego kraju. Że tutaj zaczynasz rozmawiać i nawiązywać kontakty, czy nawet przyjaźnie z osobami, na które w kraju byś nawet nie spojrzała.
Poczatkowo przyznałam rację, ale za chwilę się otrząsnęłam i stwierdziłam, zaraz, to nie tak. Ja to widze inaczej. W kraju obracałam się w pewnym kręgu ludzi, tutaj, spotkałam ludzi z różnych części Polski, z różnych środowisk, goniących za różnymi celami, ale to wciąż nie sytuacja mnie zmusza do podejmowania prób przyjaźni, bo wciąż mam wybór. Być może, gdyby część z moich znajomych z kraju, postawić tutaj, kazać im odnaleźć się w nowym środowisku, okazałoby się, że już niewiele nas łączy, że są innymi ludźmi, niż myśleliśmy. Podobnie jak ci, o których nie pomyślelibyśmy, że mogą stać się dobrymi znajomymi, w nowych realiach okazują się po prostu życzliwymi ludźmi, pełnymi dobrej energii. I takimi staram się otaczać, bo za dużo czasu straciłam na tych, którzy wysysali ze mnie całe pozytywne myślenie, zostawiając niemalże pogrążoną w depresji.



czwartek, 5 listopada 2015

Pogoda była piękna...




...a dziś zaczęło padać. Padać równo, gęsto, obficie, jak to tutaj potrafi. Ołowiane niebo wisi nisko nad nami, krople deszczu przenikają przez wszystko, co nie jest wodoodporne.
Właśnie w takim deszczu sobie stałyśmy z Meg, bez parasoli, bo każda z  nas zapomniała(poza tym co to za deszcz! póki  nie pada poziomo lub pod mocnym skosem, to jeszcze da się wytrzymać :)) Meg wyprowadza się za 3 dni! do Australii i właśnie dziś zaczęła się śmiać na sam dźwięk słowa: wodoodporne. Kto w Australii będzie tak dobrze rozumił znaczenie tego słowa? Stwierdziła, że nikt, kto nie mieszkał w kraju z takimi opadami.

Żeby odsunąć mysli od deszczowej pogody, przejrzałam zdjęcia z parku w Emo i wybrałam kilka.



Park pełen liści złotych i pomarańczowych




Nowy przychówek naszych łabędzi, spacerujący sobie powoli, bo nie da się powiedzieć, że dostojnie :)



Z bardzo daleka, bo przez szerokość jeziora - udało mi się uchwycić czaplę na drzewie. Gdybym miała statyw, zdjęcie byłoby lepsze.



Łabędź w końcu zdecydował, że popłynie - będzie łatwiej i piękniej :)


Kaczki natomiast łaziły po brzegu i skubały wszystko, co wpadło im w oko:



Dąb wciąż zielony...



...i długo jeszcze taki pozostanie.




W oddali, pośród dzrew liściastych, jedno iglaste - Cedr libański. Jego piękna sylwetka zawsze skupia na sobie oczy pewnych osób.




Generalnie lubię fotografować drzewa. Nie zawsze wyjdzie to tak, jak mi się marzyło, ale wciąż próbuję, bo uważam, że to wdzięczne modele:



Furtka do parku, niezmiennie otwarta, zaprasza aby odwiedzić ten zakątek:



Tuż za furtką starodrzew i to jaki!,  na przykład Sekwoja olbrzymia  Cedr himalajski, to te, które tam królują. Wszystkie bardzo duże i stare:



 Część z tych gigantów złamała mroźna zima 2010, posadzono nowe na ich miejsce, ale wyglądają one jak pies koło słonia.


Kiedy staniesz u podnóża pnia takiego olbrzyma i spojrzysz w górę, nie wiesz, gdzie ten pień się kończy.



Na gałęziach młode szyszki:



Siedzą spokojnie, jak ptaki w gnieździe:




niedziela, 1 listopada 2015

Nasz 1 listopad




...i wizyta na cmentarzu.

Specjalnie wybrałam się dosyć późno, żeby było jak najmniej ludzi, bo chociaż Irlandczycy nie odwiedzają cmentarzy masowo, to jednak nie można powiedzieć, że tak zupełnie nie ma tam ludzi. Tych żywych, mam na myśli....



Cmentarz zalicza się do tych nowszych, przynajmniej w większej części, ale znaleźć można i stare, porośnięte mchem i porostami krzyże.



Niektóre z nich przepięknie ozdobione celtyckimi węzłami.






Potem odnalazłyśmy grób naszej sąsiadki i zapaliły - z braku zniczy - kandelki.



Iza odnalazła jeszcze grób, który nie jest, a przynajmniej bardzo dawno nie był, odwiedzany i tam, postawiłyśmy kandelek. W środku figurki aniołka; myślę, że będzie się długo palił: