niedziela, 27 września 2015

Magia jesiennych wieczorów




...okraszonych światłem świec. Wszystko to powoli się zaczyna, rozkręca i nabiera rozpędu. Dni coraz krótsze, choć wracając po 18 ze szkoły polonijnej, wciąż jest w miarę jasno; ale to już niedługo potrwa.

Spędzamy więcej czasu na posiedzeniach w domu. Zapalam wtedy lampki, świeczki, odpalam kominek aromatyzujący i od razu czuję się lepiej.



Światło ma coś takiego w sobie(mam tu na myśli światło ognia), co ociepla wnętrza w sensie nie tylko fizycznym, ale tym duchowym. Wnętrza wydają się przytulniejsze, kontury miękną, łagodnieją, umysły się wyciszają.

W tym roku wyjęłam stary świecznik trójramienny razem z dwoma lichtarzami do kompletu. Stoją sobie na kominku i ozdabiają go zarówno w dzień, jak i wieczorem:



Ogień wyłanie detale ozdób, uwypukla motywy.



Świeczniki czekają cały wiosenno-letni sezon na to, by znowu móc rozbłysnąć swą urodą:



W ogrodzie zaczynają kwitnąć ostatnie róże:



Sąsiadka donosi wciąż nowych jabłek z ogrodu, jabłek kwaśnych i soczystych, najlepszych na wszelkiego rodzaju szarlotki.



Pieczemy więc ciasta i dom pachnie cynamonem... Zamykamy smaki i zapachy lata w słoiki, aby zimą móc nadal się nimi cieszyć.


piątek, 25 września 2015

Zakopałam się w książkach.... znowu





Od dawna już, na mojej półce leży,a  w zasadzie stoi, książka "Cień wiatru". Oprócz niej sa też i "Gra anioła" i "Więzień nieba", ale mniejsza o większość. Książka stała, czekała i jakoś tak się składało, że im więcej opinii o niej czytałam, to tym bardziej mnie od niej odrzucało. Nie chodziło tu o treść czy formę, czy cokolwiek innego. Jakoś tak mam, że kiedy głośno o książkach, filmach, to zazwyczaj ani ich nie czytam, ani nie oglądam. 

Tydzień temu skończyłam czytanie "Zimy świata" K. Folleta, zamówiłam w bibliotece ostatnią część trylogii tysiąclecia i czekając na nią, bezwiednie sięgnęłam po "Cień wiatru". 

Książka mnie pochłonęła. Dosłownie. Cztery dni może(późnych wieczorów raczej) i 500 stron przeszło. Wciągnęła mnie historia tam poprowadzona, zaprzyjaźniłam się niemalże z postaciami przedstawionymi w powieści, oczarowały mnie opisy Barcelony po 1945 roku, choć trzeba przyznać, że wielokrotnie są to opisy mroczne, przytłaczające, zarazem jednak piękne. 
Cała książka, to jedna, wielka tajemnica umiejętnie poprowadzona do końca. Wiele razy trzyma w napięciu, wiele razy musiałam, po prostu MUSIAŁAM!, przeczytać kolejny rozdział, a przynajmniej kilka stron. Kiedy dotarłam do końca, zamknęłam ostatnią stronę, pożałowałam, że się skończyła. Na zegarku była 2.30 w nocy :)

"Cień wiatru" to nie tylko mroczna, gotycka powieść. To książka pełna humoru. Wielokrotnie odczytywałam Arturowi fragmenty i zaśmiewaliśmy się do łez prawie. Jest to też książka pełna ciekawie sformułowanych myśli:
"Sekret wart jest tyle, ile warci są ludzie, przed którymi powinniśmy go chronić". 
Niekoniecznie zgadzałam się ze wszystkim, ale to, co mnie często pociąga w książkach, to ładny, barwny, plastyczny język. Lubię autorów, którzy potrafią "namalować słowami" scenerie, bohaterów...
Książka zawiera kilka zdjęć dawnej Barcelony, autorem których jestFrancesc Catala-Roca. Zdjęcia dodają pierwiastka magii już i tak niezwykłej powieści. 

Wiem, że pisząc ten post jestem nie na czasie, bo "Cień wiatru" był popularny już dawno temu. Chciałam jednak podzielić się wrażeniami. Nie muszę chyba dodawać, że właśnie jestem w połowie "Gry anioła"? Tymczasem biblioteka  w Portlaoise wysłała mi wiedomość, że książka Folleta " Na krawędzi wieczności" już na mnie czeka. 

Wieczorami, z dziećmi, przenoszę się do Afryki, a wszystko za sprawą książki "Tajemnica gwiezdnego jeziora". Czytam ją na głos i myślałam, że tylko starsze będą zaciekawione, ale Izabela po prostu chłonie treść :) Cieszy mnie to ogromnie.

Pomimo tego zakopania się w książkach , moje dzierganie posunęło się do przodu, ale o tym, kiedy indziej.

sobota, 19 września 2015

Szkoła w pełni



Rok szkolny ruszył pełną parą, zarówno w szkole irlandzkiej, jak i w polonijnej. Obie starsze córki poszły kolejny raz do szkoły polskiej, choć najstarsza mówiła, że już nie chce. Szkoda by jednak było zawiesić naukę po 4 klasach... Popłakała trochę, pokrzyczała, że jesteśmy(a głównie ja!) najgorszymi rodzicami na całym świecie i zaczęła rok szkolny. Najlepsze jest to, że zawsze wychodzi zadowolona. Mało tego, okazało się, że jej klasa jest pierwszą, która przetrwała w niezmienionym składzie przez wszystkie te lata! Żadne dziecko nie odpadło. Zobaczymy jak będzie z Moniki klasa polonijną.

Izabelka radzi sobie dobrze w szkole, z tym, że troszkę się nudzi. Dzięki starszym siostrom nauczyła się liter i cyferek, i w tej chwili rysowanie szlaczków denerwuje ją strasznie. Cóż, musi przez to przejść, żeby zacząć coś poważniejszego.

Cieszy mnie to, że Monika zaczęła troszkę więcej starać się przy pisaniu - chodzi o staranność, a także przy tworzeniu zdań. Monika to umysł ścisły. Matematyka to dla niej pestka, ale już dłuższe wypowiedzi.... W tamtym roku mieli tworzyć zdania z wyrazami, których literowania się uczyli. I np. słowo "pies" i Moniki zdanie: Mam psa. Tłumaczyłam, że to trochę za krótko, to ona: Mam dużego psa. Krótko, zwięźle i na temat.
W tym roku zaczynała podobnie, ale powoli zrozumiałą, że można się bawić słowami i zamiast powiedzieć: Mam statek, powiedziała: drewniany statek zatonął w dużej kałuży. Coś powoli dociera do tej matematycznej główki:)

Wrzesień to nie tylko szkoła. Dla mnie to czas porządków w domu, sortowania ubrań, przygotowania wszystkiego na zbliżającą się pluchę jesienno-zimowo-wiosenną... to jabłka od sąsiadki i nieustanne pieczenie zarlotek lub wekowanie słoików.

Do tego jest to czas mgieł.... i to chciałabym dziś pokazać. Nasz las w pewien lekko mglisty poranek:



W trakcie robienia zdjęć, mgła się unosiła i zanikała.

Zauważcie, że w kadr wchodzą liście ostrokrzewów, które u nas mają postać drzew :)

Najlepsze zdjęcia byłyby pół godziny wcześniej, ale wtedy odprowadzałam dzieci do szkoły.






Spacer w takim otoczeniu, to czysta przyjemność.













Czekam na kolejny podobny poranek, choć wiem, że z perspektywy kierowcy wygląda to zupełnie inaczej.

środa, 16 września 2015

Kwiaty jesienne



Jesień czujemy w powietrzu już od sierpnia.... I to nie o chłód jakiś szczególny chodzi, bo tegoroczne lato nie rozpieszczało nas, o nie. Było chłodne, deszczowe, czyli takie, którego się nawet za bardzo nie poczuło. Pierwszy raz, od lat, nie pojechaliśmy nad większą wodę, nie kąpaliśmy się w morzu. 

Dla mnie tutejsza jesień, to ten szczególny zapach w powietrzu..., to Góry Wicklow kwitnące wrzosami... Tymczasem, zaczęły się mgliste, zimne poranki....

Mój ogródek nie szaleje, ale coś tam produkuje. Kwitnie na przykład passiflora, czyli męczennica.



Ma nawet sporo kolejnych pąków, więc zapewne długo będziemy cieszyć się jej kwiatami:



Hippeastrum  też teraz zaczęło kwitnienie. Pierwszy wyszedł biały, czerwony dopiero wypuścił pąk. Następne kwiaty pojawią się około Wielkanocy, a póki co cieszymy się tym, co mamy:



Powojnik górski odbił już po cięciu i chwali się całkiem sporą masą - dla porównania wstawiłam zdjęcie zrobione tuż po ostrym cięciu:



Tymczasem w domu, w sierpniu, królowały mieczyki:


Wybierałam raczej ciemne kolory, żeby dobrze się prezentowały na tle jasnych ścian.




Ale mieczyki też powoli znikają ze sklepów, zastępowane astrami i chryzantemami.



piątek, 11 września 2015

Klify....


Klify są... no właśnie, jakie są?


Jedyne w swoim rodzaju... Nie da się tego opisać, to trzeba po prostu zobaczyć.




Przez tyle lat pobytu w tym kraju, dopiero w tym roku dotarliśmy na klify w hrabstwie Clare.




Pogoda była wymarzona: słońce, białe obłoczki na niebie, gorąco, idealna widoczność.... Wszystko złożyło się tak, że goście z Polski mogli naprawdę chłonąć magię Klifów Moheru - wizytówki Irlandii, można powiedzieć.

                                                                           zdjęcie autorstwa mojej przyjaciółki

Pogoda była wspaniała do zwiedzania, do robienia zdjęć, trochę mniej.


    zdjęcie autorstwa mojej przyjaciółki


Blask słońca rozświetlał wszystko; klify widniały w całej swojej krasie, co nie zawsze jest dane ujrzeć(zwłaszcza, jeśli ktoś jest turystą w tym kraju i dostosowuje się do planu wycieczki, a nie do pogody)


My ustawiliśmy cały plan pobytu naszych gości właśnie pod klify i zachodnie wybrzeże. Jak tylko zorientowaliśmy się, że za dwa dni na zachodzie będzie słonecznie, zdecydowaliśmy się tam pojechać. I całe szczęście!, bo już kolejny dzień był mglisto-deszczowy i klifów na pewno byśmy nie zobaczyli, a na pewno nie w takim wydaniu.




Żałuję tylko ogromnie, że tak pędziliśmy. W centrum turystycznym było dużo rzeczy do zobaczenia - nawet tam nie dotarliśmy; doczytałam o wszystkim w domu, z ulotki, którą dostawaliśmy na wjeździe.

    zdjęcie autorstwa mojej przyjaciółki

Obiecałam sobie, że jeszcze tam pojedziemy i na spokojnie zobaczymy wszystko.

    zdjęcie autorstwa mojej przyjaciółki

Klify można oglądać też z dołu, z tych stateczków, które zabierają turystów i obwożą po okolicy. Wyobrażacie sobie być tam, na wodzie, u stóp takiego monumentu?! Tam dopiero można poczuć potęgę przyrody!


W tym wpisie będzie dużo zdjęć, ale musiałam też pokazać drugą stronę:

    zdjęcie autorstwa mojej przyjaciółki

...niemniej malowniczą...




I fale toczące się leniwie(w tym dniu) do brzegu; przejrzystość wody...



Czyż nie jest tak, że tylko stanąć i podziwiać?

    zdjęcie autorstwa mojej przyjaciółki


                             zdjęcie autorstwa mojej przyjaciółki

Uwielbiam taką przestrzeń!



W oddali widać Wyspy Aran, na które też można popłynąć statkiem. Wyspy widoczne są z klifów, ale też tylko przy pięknej pogodzie.




I tak... z jednej strony woda i wyspy....




...a za plecami pasące się krowy na tle przeuroczego nieba:



I taką "pocztówką" kończę ten wpis.

piątek, 4 września 2015

Rogaliki z termomiksu



Najpierw miały być drożdżowe, a potem wyszły takie na szybko, z ciasta na bazie masła, mąki i śmietany. Tak naprawdę to nawet nie było jakiejś palącej potrzeby pieczenia słodkiej przegryzki, ale miałam chwilkę, więc postanowiłam przejrzeć przepisy, które wyrwałam z czasopism teściowej podczas ostatniego pobytu w kraju. Akurat w ręce wpadła mi strona z wszelkimi tzw. smalczykami.
Smalcu w domu nie miałam, zastąpiłam go masłem, nie miałam też śmietany, więc zastąpiłam ją jogurtem. Reszty składników nie musiałam już niczym zastępować - na szczęście - bo znalazłam je na półkach. Termomiks wykonał swoją pracę zagniatania gładkiego ciasta w 40 sekund. W pierwszej fazie, moje ruloniki wyglądały tak:



Nie wczuwam się w rozwałkowanie ciasta w jakieś koło, czy coś w tym stylu. Jak wyjdzie, tak wyjdzie. Dzielę to potem na trójkąty i albo nakładam u podstawy marmoladę, czekoladę, albo posypuję cynamonem, jak na powyższym zdjęciu. Potem zwijam to w ruloniki, które można, ale niekoniecznie, wygiąć w rogaliki.


Potem 20 minut pieczenia - w przepisie było 40, ale u mnie poszło jakoś zdecydowanie szybciej. Całe szczęście, że zdecydowałam się spojrzeć na pieczone słodkości w połowie czasu! Gdybym poczekałą kolejne 20 minut, prawdopodobnie z ciastek zostałyby węgielki.

Herbata już czekałą...



Ruloniki/rogaliki po ostygnięciu obsypałąm cukrem waniliowym domowej roboty...



...i już można było cieszyć się ich smakiem....




Patrząc na ostatnie zdjęcie, wpadłam na pomysł ciasteczek na imprezę tematyczną... o tym jednak kiedy indziej...

czwartek, 3 września 2015

Dublin prawie wieczorową porą...




..., na szybko i z piątką dzieci.
Proszę się zatem nie łudzić, że napiszę tu o zwiedzaniu miasta czy wstawię oszałamiające zdjęcia. Próbowałam nadążać za wszystkimi, pilnować dzieciaków w tłumie ludzi i przy okazji robić jakiekolwiek fotki. A  wszystko zaczęło się tak:

 W połowie sierpnia przyleciała do nas moja przyjaciółka ze studiów. Przyleciała w dodatku nie sama, ale z przyległościami: mężem i dwójką dzieci w wieku bardzo zbliżonym - a nawet niemalże takim samym - co moje dziewczyny.
Jako że lądowali o 16, a potem jeszcze wypożyczaliśmy samochód(najpierwsiejszy raz, a więc nie mieliśmy najmniejszego doświadczenia, mimo to poszło szybko, gładko i przyjemnie. Tu muszę pochwalić obsługę Europcar; jestem naprawdę zadowolona z całokształtu). W każdym razie, w centrum wylądowaliśmy dopiero ok. 18.30, zostawiając samochody na parkingu odpowiednio długo czynnym i ruszyliśmy "na chwilę" na miasto.





Dublin jest... trudno powiedzieć, jaki jest. Lubię po nim chodzić, kiedy nigdzie nam się nie spieszy. Lubię nawet po nim jeździć, kiedy wiem, gdzie mam się kierować. Lubię jego wąskie uliczki, ozdobne kamieniczki, mosty, parki.... Wiele rzeczy lubie tak naprawdę w Dublinie. Może dlatego, że tam nie mieszkam:) ?




Między 20 a 21 światło dnia powoli gasło i zdjęcia, bez ustawień aparatu, wychodziły słabo. Cieszę się, że choć kilka przepięknych frontów udało mi się jako tako zarejestrować.



Oczywiście wszędzie szyldy, szyldy i jakieś reklamy, choć moja przyjaciółka była generalnie zachwycona tym, że Irlandia nie jest nimi "oklejona i obstawiona". Dla nas, mieszkających tu już trochę, wydaje się to normalne; wręcz powiedziałabym, że byłam zdziwiona jej stwierdzeniem, bo aż tak mało bannerów to tutaj nie ma.




Ponieważ wieczór zapada u nas już nieco wcześniej, stąd nie mogliśmy za bardzo poszaleć w stolicy Irlandii. Artur poprowadził nas krętymi uliczkami; zahaczyliśmy o Temple Bar, gdzie kwitnie życie artystyczne, gdzie wieczorami puby "przelewają się" ludźmi, którzy wpadli na jedno piwko i obejrzenie meczu; przeszliśmy koło  Trinity College, dość znanej uczelni irlandzkiej. Byliśmy koło(i tylko koło, a nie w środku) budynku Poczty Głównej(General Post Office), która gromadzi pamiątki powstania irlandzkiego i proklamacji wolnej Irlandii. Pendragon napisał o tym troszkę, warto tam zajrzeć.

Poszwędaliśmy się jeszcze tu i tam, i trzeba było wracać, bo zrobiła się 22.30 i dzieciaki padały po całym długim dniu. Poza tym Dublin ma swoje pokusy i chociaż spędziliśmy tam tak mało czasu, to pieniądze strumieniem wypływały z kieszeni, a przed nami był jeszcze pełen tydzień jeżdżenia po kraju. Trzeba było zachować coś na późniejsze atrakcje.



Budowle sakralne zawsze przyciągają uwagę swoją architekturą; żałowałam, że wszystko to oglądam tylko w przelocie.





Kolejne kamieniczki...









Czasem ozdobne drzwi wejściowe przyciągnęły uwagę:



Albo zielono podświetlone okna nad sklepem Arnotts:






Reszta zdjęć, niestety, ale nie nadaje się do publikacji z różnych względów. Może innym razem, kiedy pojedziemy tam sami, uda mi się zrobić więcej i przede wszystkim ładniejszych ujęć.