piątek, 6 listopada 2015

Codzienność




Po przygotowaniach do Halloween - spokojnych w tym roku, choć przecież było u nas przyjęcie - powinna nastąpić cisza, zwykła codzienność... I pewnie tak by było, gdyby nie to, że zaraz 2 listopada Artur miał małą operację. Ciut świt zerwałam dzieci ze spania i już o 7 pojechaliśmy do Tullamore, żeby odstawić Artura na oddział. Ponieważ mój mąż to duży chłopiec, zarządził, żebym nie wjeżdżała na parking szpitalny, bo i tak przecież nie pójdę z nim się rejestrować, tylko "wyrzuciła" go na rondzie. I tak zrobiłam. Ruch na drodze był jeszcze niewielki, więc małe zamieszanko na rondzie nie wpłynęło na nikogo :), Artur, prawie w locie, wysiadł z samochodu, a ja pojechałam z dzieciakami do domu, żeby zdążyły do szkoły na czas.
Jeszcze tego samego dnia zadzonili do mnie ze szpitala, że mąż już jest do odebrania. Wieczorkiem był w domowych pieleszach, pocięty, zbolały i zupełnie zależny od pomocy osób trzecich.
Dziś, po 5 prawie dniach, to zupełnie inny człowiek! Co prawda ma już dosyć bycia w domu i nic-nie-robienia, ale zwolnienie to zwolnienie. Żeby pokazać, jak już z nim dobrze, pojechał ze mną na wielkie zakupy, jakie czynię raz w tygodniu. Co prawda w połowie ich załatwiania zaczął się dopytywać, jak długo jeszcze(no jakbym z dzieckiem chodziła!) i generalnie bardziej mi zawadzał niż pomagał(czego oczywiście mu nie powiedziałam), a siaty i tak sama dźwigałam :) Na koniec jednak mógł się pochwalić, że już doszedł do zdrowia, bo zaliczył dzień zakupów.

Moje dziecię średnie zaliczyło trzeci poziom w nauce pływania. Jeśli mam być szczera, to nie mam pojęcia, jak oni określają te poziomy. W każdym razie w klasie pierwszej(w tym roku, w maju) miała zaliczony poziom pierwszy,a  teraz przeskoczyła o dwa. Oczywiście najpierw przyszła zadowolona, wręczyła mi dyplom, a zaraz potem stwierdziła, że żałuje, że nie zaliczyła czwartego... Cała Monika!
Radość z zaliczenia i dyplomu przesłonił też wyjazd - definitywny - jej dość bliskiej koleżanki Sary, do Australii. Już nigdy się nie zobaczymy! - rozpacza Monika.
Tak się składa, że najmłodsza z kolei, przyjaźni się mocno z bratem Sary - Jack'iem, który dziś miał pożegnalne przyjęcie w klasie. Iza, jak przystało na przyjaciółkę, pomagała mu w ogarnięciu sprawy z bukietami, bo miał ich 3 i nie radził sobie. Iza stanęła tuż obok niego i po kolei podawała mu bukiety. Wyglądało to nieziemsko! - tacy mali,a  tacy duzi jednocześnie. Jack obiecał Izabeli, że za rok ją odwiedzi.... zobaczymy :)
Żal mi trochę żegnać Mag, bo to jedna z tych osób, które napełnione są pozytywną energią i potrafią się nią dzielić. Wystarczy z nią poprzebywać trochę , pogadać i już odchodzi się z uśmiechem. Mag pracowała tutaj jako pielęgniarka i mogę powiedzieć, że jest idealną osobą do wykonywania tego zawodu. Mam nadzieję, w zasadzie jestem pewna, że będzie jej dobrze tam, w Australii. Poza tęsknotą za rodziną(3-pokoleniową), w której wszyscy są ze sobą bardzo zżyci.

Jak co roku, kiedy zbliża się połowa listopada, u nas nadchodził czas odnowienia polisy ubezpieczeniowej. Przez pięć lat trzymałam się Axy, ale w tym roku polecieli sobie w kulki, że tak to ujmę. Ja rozumiem, że mamy nowiutki samochód, większa wartość, itp. ale aż o tyle podnieść? Tym bardziej, że szacunkowe sumy, o które pytałam, były zupełnie inne. Poszukaliśmy innych, sensownych ubezpieczycieli, Artur popytał w pracy, kto z kogo jest zadowolony i dziś podpisaliśmy nową umowę, a ja zadzwoniłam do Axy i podziękowałam za współpracę. Temat załatwiony, choć próbowali mnie przekonać, że źle zrobiłam.
Axa denerwowała mnie tym, że część z jej ludzi, którzy obsługiwali telefony, była niekumata. Jak można wytłumaczyć złożone upoważnienie dla mojego męża, aby mógł wprowadzać zmiany w polisie, kiedy za każdym razem odmawiali mu do tego praw? Za każdym razem dzwoniłam, tłumaczyłam, że podpisałam taki papier, a oni swoje. To po co jest to upoważnienie - pytam? Aby mąż mógł dokonywać zmian. A dlaczego nie może? - ponieważ to twoja polisa. Ale ma upoważnienie. To po co mu je dałam? żeby mógł dokonywac zmian w polisie.... Rozumiecie to? Ja nie. Ostatnio nerwy mi puściły i zjechałam babkę tak, że już do mnie nie oddzwoniła, mimo że miała to zrobić.
 Dosyć mam załatwiania rzeczy związanych z samochodami. Jeździć lubię, ale reszta... a tutaj musiałam się nauczyć połowy mechaniki po angielsku, kiedy zostałam sama z dwoma autami. Do tej pory po polsku nie znam nazw części, ale po angielsku już mogę sobie pogadać :) Tak to jest, jak się wdepnie w g... z laguną w wersji II, albo seatem ibizą, który nie przewidziany był do jazdy w warunkach deszczowych :)

Przypomniałam sobie jeszcze o jednej sprawie.
Niedawno, jedna z blogujących osób napisała, że na emigracji nie bardzo ma się wybór, jeśli idzie o znajomych ze swojego kraju. Że tutaj zaczynasz rozmawiać i nawiązywać kontakty, czy nawet przyjaźnie z osobami, na które w kraju byś nawet nie spojrzała.
Poczatkowo przyznałam rację, ale za chwilę się otrząsnęłam i stwierdziłam, zaraz, to nie tak. Ja to widze inaczej. W kraju obracałam się w pewnym kręgu ludzi, tutaj, spotkałam ludzi z różnych części Polski, z różnych środowisk, goniących za różnymi celami, ale to wciąż nie sytuacja mnie zmusza do podejmowania prób przyjaźni, bo wciąż mam wybór. Być może, gdyby część z moich znajomych z kraju, postawić tutaj, kazać im odnaleźć się w nowym środowisku, okazałoby się, że już niewiele nas łączy, że są innymi ludźmi, niż myśleliśmy. Podobnie jak ci, o których nie pomyślelibyśmy, że mogą stać się dobrymi znajomymi, w nowych realiach okazują się po prostu życzliwymi ludźmi, pełnymi dobrej energii. I takimi staram się otaczać, bo za dużo czasu straciłam na tych, którzy wysysali ze mnie całe pozytywne myślenie, zostawiając niemalże pogrążoną w depresji.



10 komentarzy:

  1. tak codzienność, miała być inna a jest inna, gratulacje dla córki za pływanie,mam nadzieję że mąż już zdrowy,na zakupy iść z chorym czy zdrowym chłopem na jedno wychodzi,podziwiam facetów co sami robią zakupy, potrafią najładniejszy kawałek mięsa wybrać,ładne warzywa czy owoce,itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego ja tylko wyjątkowo chodzę na zakupy z mężem, a z dziećmi jak już muszę :)
      Mąż czuje się dobrze, dziękuję.

      Usuń
  2. Nie pytam, jaka to była operacja i czego dotyczyła, ale ten szybki powrót do domu...Rodziłam w czasach, gdy "rozmnażał się " wyż demograficzny, ale pozostałam 5 dni w szpitalu i lekarz uspokajał mnie, że znajdzie sie zawsze taka młoda matką, która chce "do domu" na drugi dzięn ! Dla mnie bezpieczniejsze było pozostanie w szpitalu, niz pobyt w domu z mężem i malenstwem [moja Mama miała przyjechać po 5 dniach włąśnie]. Zgadzam sie z Toba w sprawie nowych znajomości na emigracji...Chociaż żal, że małe prawdopodobieństwo istnieje, że spotka sie w sklepie kolezankę z LO z nizszej klasy i teraz po latach to ktoś bliższy i znajomy od dawna.Ale taka wg mnie jest cena emigracji. twoje córeczki już będą "stąd".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei jestem zupełnie inna jeśli idzie o szpitale. Po cesarce wyszłam na 3 dzień podpisując oświadczenie :) ale szpital mnie tak blokuje, że nie jestem w stanie tam przebywać i funkcjonować.
      Niestety, znajomych z dawnych lat tu nie spotkasz, ale tak, jak piszesz, to jest cena, którą się płaci.

      Usuń
  3. Połówek to dobry chłopina, ale trzymajcie go ode mnie z daleka, kiedy jestem na zakupach. Gorzej niż z dzieckiem, bo dziecko chociaż zajmie się oglądaniem, a Połówka interesuje tylko jedno: kiedy koniec? Dlatego nie lubię i nie praktykuję wspólnych zakupów [małym i rzadkim wyjątkiem są zakupy odzieżowe].
    Tak swoja drogą, widzę często w Tesco i innych sklepach "dalszych znajomych" Polaków, którzy zawsze robią zakupy razem. On, ona i dzieci [a tych mają sporo, jednej ręki by zabrakło do policzenia]. Zastanawiam się, jaki jest w tym sens, i dochodzę do wniosku, że wyjście na zakupy to dla nich taka mała, niedzielna wycieczka :)

    Co do wyboru znajomych, to ja stawiam na jakość i uważam, że zawsze mamy wybór. Poznałam tu sporo Polaków, zwłaszcza w początkowych latach emigracyjnego życia, ale nie boję się stwierdzić, że towarzystwo większości z nich mnie po prostu nie interesuje. Nie chcę się bawić w utrzymywanie pozorów, w podtrzymywanie znajomości, bo tak wypada [a nie dlatego, że chcę i że mi zależy]. Świadomie odcięłam się od niektórych osób i powiem, że jest mi z tym dobrze. Ważna jest jakość, nie ilość. Tego się trzymam.

    Co się zaś tyczy samochodów, to polecam oczywiście te niemieckie. Kiedyś ich nie doceniałam, myślałam, że są dobre dla szpanerów, ale teraz mam nieco inny pogląd na sprawę. Kiedyś zmienialiśmy samochody średnio co 2-3 lata. Najpierw mieliśmy Japończyka, potem Francuzkę, a teraz Niemca, i cóż mogę powiedzieć? Zupełnie inna klasa. Największy dla mnie minus, to wysoki podatek [bo silnik 2.5], no i droższe części niż dla innych, "przeciętnych" samochodów.

    Wszystkiego dobrego dla Artura. Niech nie przegina i niech szybko wraca do pełni zdrowia. A nadwyżkę wolnego czasu zawsze może przeznaczyć na przeczytanie czegoś ciekawego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja na zakupy z mężem chodzę w wyjątkowych sytuacjach, bo albo mnie denerwuje tym, że ogląda rzeczy, kiedy ja chcę wrzucić do koszyka co potrzeba i wrócić do domu, albo nagle stwierdza, że już chciałby wracać do domu. Mam swój system i nie lubię go zmieniać, ale czasem trzeba :) a Dzieci na zakupach to już istny dopust boży! Nie praktykuję rodzinnych zakupów, chyba, że wyjście do ikei :)
      Właśnie, najważniejsze, żeby mieć takich znajomych, z którymi miło się spędza czas, a nie z przymusu.
      Auto już mamy :) hondę civic tourer w wersji sport. Mogłaby być większa, ale... są pewne ograniczenia:) A. jest zakochany w hondach i faktycznie nie zawiedliśmy się na tej marce póki co :) Podatek mamy śmiesznie mały, ale silnik też nie jest wielki, z tym, że pozytywnie mnie zaskoczył mocą. Generalnie, jak patrzę na rodaków tutaj, to można podzielić nas na zwolenników japońskich marek, niemieckich i takich, co jeżdzą czymkolwiek.

      Artur już czuje się dobrze, zajmuje czas wszystkim, co się da i tylko momentami go stopuję, przypominając, że pocięty brzuch musi mieć czas na zagojenie. Dziękuję za życzenia.

      Usuń
  4. Oj, podziało się u Was wiele ostatnio... Operacja męża, pożegnanie przyjaciół, sprawy z polisą... Mam nadzieję, że mąż już czuje się całkiem dobrze ( w końcu zakupy "zaliczył";), życzę mu zdrowia, a Tobie dużo sił również.
    Pożegnania z przyjaciółmi przeważnie są smutne... Uświadamiają, że coś się kończy, jakiś wspólny kawałek życia. Ufam, że znajomi szybko zaklimatyzują się do życia w Australii.
    Miło mi, że odniosłaś się do mojego wpisu o emigracji. Fajnie, że wywołał w Tobie refleksję:) I to prawda, otaczajmy się pozytywnymi ludźmi, gdziekolwiek mieszkamy - czy w Polsce, czy na emigracji:) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, życie z dziećmi czy bez, na ogół nie jest nudne :)
      Myślałam o Twoim wpisie długo, o słowach znajomej, które przytoczyłaś i po prostu musiałam napisać co mi się z tym skojarzyło.

      Usuń
  5. Sprawy administracyjne to zawsze wyzwanie - w mojej ocenie w Polsce czasem bywa dużo większe. Zaraz przypominają mi się nieszczęsni frankowicze - banki w Polsce są agresywne i manipulują klientami, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwosci, niemniej jednak ludzie biorący w Polsce kredyty mają bardzo ograniczoną wiedzę i wyczucie finansowe. Branie kredytu w walucie, w której się nie zarabia, jest zawsze ryzykowne. Podpisując umowę, bierze się to ryzyko na siebie - niestety.
    Firmy ubezpieczeniowe to kolejny temat-rzeka. Jak firma nie ceni klienta i nie oferuje mu korzystnych warunków za lojalnosć to bezwzględnie należy zmienić ubezpieczyciela.
    A co do towarzystwa na emigracji - istotnie, wybór rodaków jest dużo mniejszy niż w ojczyźnie. Do tego dochodzi, zależnie od kraju, że miejscowi nie zawsze chcą zaprzyjaźniać się i utrzymywać stosunki towarzyskie z obcokrajowcami. Czasem zdarza się, że osoby, z którymi nie za bardzo człowiek się czuje utrzymują dosyć bliskie kontakty z innymi, bliższymi znajomymi i siłą rzeczy tworzą się pewnego rodzaju zobowiązania towarzyskie. Nieraz widziałam, że Polacy spotykają się we własnym gronie. To zresztą dotyczy innych nacji również. A że człowiek spotyka się z ludźmi, którzy w ojczyźnie z małym prawdopodobieństwem należeli by do kręgu bliższych znajomych - to prawda. Na emigracji częsciej spotykamy się z ludźmi dużo młodszymi lub dużo starszymi od nas samych, o innym poziomie wykształcenia, z innych częsci kraju... Różnie bywa. Powiem tak - zdarzyło mi się spotkać zarówno wyjątkową kanalię chama i prostaka mimo wysokiego wykształcenia jak i ludzi bez matury, którzy są inteligentni, błyskotliwi, zawsze pozytywnie nastawieni, chętni do pomocy i nigdy im nie brakuje dobrego słowa dla innych.
    Rzecz jasna, że niektórzy ludzie przyciągają od razu, inni z kolei nie wydają się dobrzymi kandydatami na przyjaciół, ale najczęsciej dopiero bliższe poznanie weryfikuje człowieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kredyty, banki... to zawsze mnie trochę przeraża, ale trzeba wziąć byka za rogi. Najważniejsze, to naprawdę orientować się w zasadach i realiach. Waluta nigdy nie jest stabilna i tak naprawdę każdy kredyt to ryzyko.Trzeba znać swoje siły i możliwości, a nie gonić tylko za marzeniem, bo czasem, niestety, jest ono nie realne, przynajmniej w danym momencie.
      Właśnie dlatego, że axa olała nas, jako długoletnich klientów, postanowiłam zmienić ubezpieczyciela.
      Trafiłaś w samo sedno z ludźmi: ja też spotkałam takich, którzy mimo wykształcenia są po prostu "nie na poziomie", który chcą reprezentować - delikatnie rzecz ujmując. Mam też znajomych, właśnie takich wydawałoby się baz większego wykształcenia, którzy okazali się ludźmi dobrymi, życzliwymi, z którymi można sobie pogadac, pośmiać się, itp.
      Zapewne dlatego, że jesteśmy eycinkiem społeczeństwa na emigracji, spotykamy wszystkich na swej drodze, czego w kraju byśmy nie doświadczyli. I dopiero bliższe poznanie czy specyficzne sytuacje ukazują nasze prawdziwe "ja".

      Usuń