niedziela, 24 maja 2015

Greenan Farm Museum & Maze, Co. Wicklow



Po raz pierwszy od długiego czasu dopisała pogoda w weekend. Bez namysłu pojechaliśmy na wycieczkę. Wybraliśmy się do hrabstwa Wicklow. W tamtym tygodniu planowaliśmy park z indyjskimi rzeźbami, ale w tym tygodniu zmieniliśmy zdanie. Postanowiliśmy zrobić niespodziankę dzieciom i znaleźliśmy atrakcję całodniową, gdzie jednym z punktów był labirynt, a nawet dwa. Pojechaliśmy do Greenan Farm Museum and Maze.
 Żeby się tam dostać przejechaliśmy jak błyskawica przez Park Narodowy w Górach Wicklow(kto wrażliwszy musi uważać podczas jazdy tą drogą, albo zaopatrzeć się w jakieś środki przeciwko mdłościom), minęliśmy Glendalough Gap, Clara Valley i po dalszych 20 minutach jazdy dotarliśmy na miejsce.

Wejściówka dla naszej rodziny to 28 euro, mimo, że na stronie internetowej wychodziło 33-35 zależnie od formy płatności. Miłe zaskoczenie. Parking nie jest ogromny, ale mieści dużo aut.

Tuż obok parkingu znajduje się mały plac zabaw dla dzieci(raczej młodszych) i dwa labirynty; oprócz tego miejsce piknikowe i sklep z pamiątkami/pierdułkami.



Labirynt był tak zrobiony, że miał tylko jedną właściwą drogę, więc możliwość pogubienia się była znikoma, aczkolwiek Artur pomagał dwóm rodzinom w wyjściu.


Drugi labirynt utworzony był ze ścieżek i trawnika, i tutaj dzieci miały zabawę w bieganiu i ganianiu się po ścieżkach.



Wszystko to można było obejrzeż z góry, stojąc na wieży. Niektórzy z przyjezdnych zostawiali tam jednego członka rodziny, który kierował ich do środka labiryntu i z powrotem, wykrzykując kierunki. Artur obejrzał labirynt z góry i ruszył do środka z dziećmi. Po dwóch przejściach dziewczyny same biegały tunelami.



...my natomiast siedliśmy sobie przy stole i tylko od czasu do czasu mieliśmy towarzystwo dzieci.



Wpadały do nas po jedzeni i picie i ponownie znikały w labiryncie:



Plac zabaw, nawet jeśli z zabawkami dla młodszych, znalazł uznanie w ich oczach i spędziły tam trochę czasu.



Oczywiście zwykłe zabawy, to nie zabawy; zjeżdżanie trzeba zamienić w coś bardziej atrakcyjnego :)



Obok domu z pamiątkami biegnie droga. Kierując się nią(i znakami), idziemy w kierunku herbaciarnio-kawiarni(z ciepłymi posiłkami). Tam też znajdują się: museum sprzętów wiejskich i dom farmera z wyposażeniem. O museach opowiem kolejnym razem.
Od kawiarni odbiegają dwie ścieżki prowadzące na tzw. nature walk, czyli spacer wśród natury. Trasa jest krótka i tak zrobiona, żeby wykonać kółko wkoło farmy i wrócić na podwórko przed kawiarnią.



Najpierw idziemy w kierunku strumienia - całkiem wartkiego:



Wkoło otacza nas intensywna zieleń i towarzyszy nam nieustanny szum wody:



Po drodze ustawionych jest kilka karmników, oprócz tego mnóstwo kolorowych drzwiczek u podstawy pni drzew. Drzwiczki "prowadzą" do domów wróżek, a każda z nich związana jest z danym gatunkiem drzewa, które jest przy okazji opisane.



Znaleźć tutaj można też tablice z opisem gatunków 4 popularnych motyli; są to głównie rusałki: pawik, pokrzywnik i wierzbownik, nie pamiętam czwartego motyla.

Zbliżamy się do stawu. gdzie latem można podziwiać tęczowe ważki. Teraz było na to jeszcze za wcześnie, nie zauważyliśmy ani jednej. Staw jest ich królestwem i od nich nawet przybrał nazwę - dragonfly pond:



Dalej ścieżka biegnie między mokradłami i jest już specjalnie przygotowana, a w niektórych miejscach nawet zabezpieczona. Nie każdy bowiem chciałby wykąpać się w błocie:)





Część krzewów uschła, ale tworzą malownicze scenerie:



Trawy z mokradeł dopiero ożywają:


Otacza nas spokój natury i niesamowite trele ptaków, których tutaj(ale też w całym kraju) jest ogrom.






Kolcolis w pełni kwitnienia rozświetla krajobraz i napełnia otoczenie zapachem kokosu:



Łąka pełna stokrotek, a w tle góry...



Po spacerze, podczas którego, w jego ostatniej części, mijamy zwierzęta z farmy(głównie małe i o tym też w kolejnym wpisie), odpoczywamy w kawiarni.

Jedzenie i wypieki domowej roboty. Pod tablicą z menu widnieje uprzejma prośba, aby w razie dużej ilości gości, wykazać się cierpliwością, bo onie nie serwują fast food, tylko domowe jedzenie: we don't serve fast food, we serve good food as fast as we can.
Wnętrze w typowo starym, rustykalnym niemalże stylu. Chropowate, nierówne ściany, kamienne podłogi z niektóych częściach, małe okna, belki:


Niestety, nie udało mi się zrobić lepszych zdjęć, bo w chwilę później pojawili się kolejni goście.

W środku pełno było takich foteli i kanap do przyjemnego "zapadnięcia się" w nie i odpoczynku. Oprócz tego, pełno zdjęć okolicy i obrazów olejnych, bądź akwareli - wszystko na sprzedaż.


Izabela obstawiła stolik w rogu i czekała na tatę i dziewczyny:

Dodaj napis

Artur zamówił ciasta czekoladowe i marchewkowe, a dla mnie zupę warzywną ze świeżo pieczonym chlebem



W Greenan spędziliśmy cały dzień; wyjechaliśmy około 18-tej, ponieważ na neibie zaczęły pojawiać się chmury. W aucie dzieci trochę odżyły, żeby wykazać się niespożytą energią po przybyciu dod domu.

10 komentarzy:

  1. piękna relacja wycieczkowa, jest czym wzrok nasycic,cudownie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję i zapraszam na więcej

      Usuń
  2. Piękne miejsce, z przyjemnością bym je odwiedziła, tylko te labirynty nie dla mnie. Weszłam do małego labiryntu w Ogrodach Świata w Berlinie i miałam chwile małej paniki... Na szczęście Robert trzymał mnie za rękę przez cały czas! ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. labirynty można pominąć i cieszyć się resztą :) np spacerami, kawiarnią, itd.
      Ciekawe czy wstawisz więcej zdjęć ze swojej wycieczki? a może już są na drugim blogu, a ja zapomniałąm tam zajrzeć!

      Usuń
  3. Nadzwyczajne miejsce! Przeczytałam i zdjęcia oglądałam z wielką ciekawością. Powinnaś wydać przewodnik po ciekawych miejscach w Irlandii:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję:) czasem opisy wychodzą mi lepiej, czasem gorzej, zależnie od nastroju. miło wiedzieć, że się podobają.

      Usuń
  4. Ale super wycieczka! Takie piekne miejsca! A te labirynty - oh, ale moje dzieci by sie tam wybawily - Krzys UWIELBIA wszelkiego rodzaju labirynty, a Emilia to taka mala papuzka - co brat, to i Ona.
    Pozdrawiam,
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba każde dziecko kocha labirynty, to taka mała wielka przygoda! kiedy patrzę na radość moich pociech, nie żałuję ani minuty spędzonej w takim miejscu.

      Usuń
  5. Piękna wycieczka - dziękuję za możliwość podziwiania pięknych miejsc wraz z Wami. :)
    A po labiryntach sama pobiegałbym. :)))
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MIło mi, że się podobało, jak zwykle zapraszam na więcej.

      Usuń