sobota, 17 stycznia 2015

Donadea Castle, Co. Kildare



Donadea jest usytuowana w północnozachodniej części hrabstwa Kildare. Na opis parku natrafiłam w swoim magazynie ogrodniczym "Garden Heaven" i po wstępnym rekonesansie, postanowiliśmy tam pojechać.

Miejsce to oferuje spacerowiczom dwie trasy: jedną dłuższą - niecałe 6km, jedną bardzo krótką - 0,8km.

Wjazd na teren parku jest płatny. Zaraz po zjeździe z drogi głównej są dwie automatyczne bramki. Koszt to 4 euro, więc narzekać raczej nie można. Droga prowadzi na parking przewidziany na całkiem sporo samochodów - co też jest ważne w takich miejscach, wkoło którego zostało umieszczonych wiele stołów piknikowych z ławkami.




Na powyższym zdjęciu widać zamek z lotu ptaka. Oczywiście nie jest on w chwili obecnej aż tak zadbany. Mury i budynki gospodarcze podupadły znacznie, a mchy, porosty i bluszcz wzięły je w posiadanie.


Obie trasy spacerowe zaczynają się z parkingu i biegną początkowo identycznie.
Pierwszy szlak - spacer wkoło jeziora, daje możliwość odpoczynku wśród lasu i nad wodą. Można zacząć go w dowolnym punkcie i kontynuować trasą biegnącą wzdłuż brzegu.
Drugi szlak przewidziany jest dla tych, któzy już chcą trochę pospacerować i odpocząć głównie wśród drzew.


Zaczynając swój spacer - nieważny, któy szlak obieramy - mijamy zamek.

Zamek został wybudowany w 1624 roku, by po prawie 20 latach zostać mocno zniszczonym. Odbudowano go w 1773, a na początku XIX wieku zgotyzowano przez dołączenie dodatkowej, trzypiętrowej wieży, w tym właśnie stylu.



Od początków 1800 roku zaczęto też prace melioracyjne na otaczających gruntach, wybudowano mur okalający posiadłość liczącą 243ha. W jej obrębie powstało sztuczne jezioro - to, wkoło którego teraz można spacerować, kanał oraz dokonano licznych nasadzeń. Duża część drzew wciąż siega początkami 1830 roku.


 Ostatnia właścicielka posiadłości zmarła w 1935 roku nie zostawiając spadkobierców. Od 1981 miejsce zostało oficjalnie otwarte, jako teren leśno-wypoczynkow-rekreacyjny.

Zamek nie jest otwarty dla zwiedzających. Podziwiać można go tylko z zewnątrz, ale też jest co. Poza samą bryłą, uwagę zwracają liczne zdobienia.



Wieże, mimo, że porośnięte bluszczem na gęsto, wciąż zachwycają swoim kształtem i masywnością oczywiście.



Piękne, stare drzewa zachęcają, aby usiąść na ławce w ich cieniu. Mimo, że był już wrzesień, wciąż z przyjemnością odpoczywaliśmy na powietrzu i podziwialiśmy widoki. Dzieci w tym czasie szalały na ogromnych trawnikach.


Tutaj, skryta za drzewami, stoi wieża gotycka:


Nawet rynny mają ciekawe wykończenia:



...a okna, mimo, że bez szyb, wciąż emanują urokiem:



Powoli, mijając kawiarenkę, dochodzimy do jeziora. Nie wybraliśmy się na spacer wkoło, ponieważ Artur od razu miał zaplanowane zrobienie tych 6km.



W oddali majaczyły jeszcze budynki gospodarcze, wieże, a wszystko to otoczone wysokim murem:



Wędrując wśród drzew, dotarliśmy do miejsca upamiętniającego ofiary z 11 września:



Na trzech ławkach przymocowano tablice upamiętniające śmierć załogi i pasażerów samolotów, które uderzyły w wieże WTC, Pentagon i czwarty, który rozbił się w Pensylwanii, nie osiągając celu. Wśród tragicznie zmarłych znalazł się strażak z tej miejscowości -  z Donadea.


Na replikach wież, wykuto nazwiska wszystkich osób, które straciły wtedy życie.


Mijając pomniki pamięci, rozmawialiśmy z dziećmi o tych strasznych wydarzeniach. I tak, powoli, ponownie wkroczyliśmy w las:



Początkowo wśród drzew dominowały świerki norweskie - majestatyczne, wielkie... potem, stopniowo, ustępowały miejsca innym gatunkom.



Spacer wśród lasów, nawet z rozbrykanymi dziećmi, naprawdę napełnia spokojem. Dodatkowym atutem są wygodne ścieżki, przewidziane nawet dla rodzin z wózkami. Wspominam o tym, ponieważ nie wszędzie mogliśmy pojechać w czasie, kiedy któraś z naszych pociech wciąż używała wózka.



Dzień, który zapowiadał się nieco deszczowo, okazał się pełen słońca i pozwolił nam na spacery do dość późnej godziny. Dopiero około 6 zebraliśmy się do domu, wszak czekała nas jeszcze godzina jazdy.

Bluszcz królował, jak zresztą wszędzie tutaj, zwieszając się girlandami z drzew, które porastał:


Wrześniowa irlandzka zieleń jest na tym etapie jeszcze bardzo ładna, żywa i praktycznie nie widać oznak jesieni(liczonej tutaj już od sierpnia).




Jeśli trafia się ładny rok, to czas wypraw na łono przyrody, wydłuża się nawet do października.



Po drodze spotkaliśmy taką oto "postać". W zasadzie powinnam napisać, że nasze drogi się przecięły. Widok piękny, ale rozmiar także. Pełzająca liszka miała grubość mojego kciuka i długość około 7cm! Kto ją wypatrzył? Oczywiście Monika - miłośniczka robactwa wszelkiego.



Tak to pokrótce, a może i nie, opisałam jedną z ostatnich wypraw ubiegłego sezonu wyjazdowego.

Teraz nie mogę się już doczekać, kiedy zaczniemy nasze rodzinne wyprawy. Rok zapowiada się intensywnie, ponieważ spodziewamy się koleżanki z całą jej rodziną. Będzie zatem i wypożyczone auto i jeżdżenia co nie miara! Zaliczymy miejsca, które już znamy, ale planujemy też niespodziankę. Dobrze, że los nam sprzyja i ceny paliwa spadają, spadają... :)

4 komentarze:

  1. ta cudowna soczysta zieleń, piękna wycieczka ale szkoda że zamek nie jest remontowany,byłoby ekstra,

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło,że mogłam Wam potowarzyszyć w tym rodzinnym spacerze w niezwykle malowniczym miejscu :-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoje reportaże zawsze są tak inspirujące, że w tym roku postanowiłam w każdy weekend (o ile pogoda pozwoli) wybrać się na wycieczkę po okolicy, my też mamy gdzie pospacerować:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Te spadające ceny paliwa cieszą mnie ogromnie :) Ostatnio każdego dnia z uśmiechem przejeżdżam koło stacji Topazu, gdzie ceny systematycznie maleją i coraz bardziej zaczynają przypominać te sprzed kilku lat. Oby tak dalej, no niskie ceny paliwa, to podwójna zachęta do podróżowania.

    Dzięki za wpis, muszę przyznać, że nie kojarzę tego zamku. Chyba o nim nie słyszałam.

    OdpowiedzUsuń