piątek, 28 listopada 2014

Pierniczki brukowce



Pierwsza porcja już upieczona i w połowie zjedzona! Ale nic dziwnego. Miałam 6 pomocniczek, więc ciasto zrobione z prawie kilograma mąki zostało przerobione na pierniczki w ciągu 5 minut!!!!
Wyobrażacie sobie: taka mała manufaktura.
Teraz zostało polanie lukrem kawowym i zapakowanie do puszki, niech łapią wilgoć. Choć muszę przyznać, w tym roku nie wyszły aą tak kamienne. Myślę, że wykonamy jeszcze jedną, moze dwie kolejne porcje.



Wydziergałam pierwszą w życiu czapkę Poppy. Wykonana tak "na oko" i jakoś pasuje na mnie i na Gosię.




Zastrzeżenie mam tylko do tych kwiatków. Odstają od głowy i Gosia dzis powiedziała, że wygląda jak jakiś elf.




Nie chciała absolutnie zdjęć od przodu i stwierdziła, ze jeśli ma nosić tę czapkę, to tylko jak odpruję kwiatki lub umocuję każdy płatek na płasko.




Muszę się z nią zgodzić. Kiedy nałożyłam czapke bez ozdobników, wyglądała lepiej, niż z kwieciem. Nie wiem, może to ma być taki "efekt odstających uszu"? Tak to wygląda w mojej opinii. Jeszcze sprawdzę z umocowanymi płatkami. Może będzie lepiej.


czwartek, 27 listopada 2014

Zaczynamy przygotowania...




....do zbliżających się świąt.


Już tydzień temu przegnałam auto po leśnych wertepach, a wszystko to w celu zebrania materiałów na wianek. Teraz był to bluszcz:




Jego długie, zwisające i giętkie pędy ładnie dają się formować.



Liście, choć nieliczne, dodają uroku surowym splotom.


Dzieciaki już zaczynają rozmawiać o potencjalnych ozdobach, które same wykonają, więc zrobiłam próbkę papierowej zawieszki:



Na razie tylko z pierwszej lepszej kartki; jak wybierzemy ładne kolory, zawieszka powinna być śliczna.


Do tego koraliki na zakończenie robótki i trochę szersze paseczki....




W czasie oczekiwania na dzieciaki pod szkołą dziergają się gwiazdki, z przepisu z tego bloga. Szybko nawet to idzie, ponieważ wybrałam włóczkę akrylową. Jeszcze nie wiem do czego wykorzystam gwiazdki, ale na pewno się przydadzą.



Jedną dziergałam cienką nitką i już nie wygląda tak ładnie. Pozostanę przy grubszej włóczce.




Te ciemne kreseczki, to srebrna nitka, nieco upierdliwa w pracy, ale efektowna na końcu:





A pogoda tymczasem nas nie rozpieszcza... W nocy przymrozki, a potem mgła. Wczoraj cały dzień utrzymywała się na mniej więcej takim poziomie:



Oprócz tego, że świat wygląda trochę inaczej...




...magiczniej...


...zimno kąsa skórę, przenika przez ubrania...



Ta "zawieszona" wilgoć jest gorsza niż normalny zimny dzień.

czwartek, 20 listopada 2014

Ostatki z ogródka



Połowa listopada minęła, jeszcze coś się tli w ogrodzie, ale już niewiele, naprawdę niewiele. Przeważa zieleń.

Powojnik montana przed domem objął w posiadanie całą kratkę i zaczyną podczepiać się pod daszek. Niektóre gałązki malowniczo zwieszają się tuż nad drzwiami, co denerwuje mojego małżonka. Jeszcze trochę i za rok będzie trzeba przedzierać się z maczetą, komentuje.



W kąciku ogrodu przysiadły sobie cicho pietruszka z ostróżką i do spółki z lawendą zarastają tę przestrzeń.




Wzdłuż płotu pierwiosnki kwitną drugi raz w tym sezonie:



Do zdjęcia uprzątnęłam nawet ziemię wkoło roślin, ale trawnika już nie kosiłam. Na razie bujają sobie na nim chwasty.




Po ilości pąków widzę, że to początek prawdziwej fali kwiatów:







Prawdziwą niespodziankę zrobił mi fiołek, którego przesadziłam pod koniec sierpnia. Zakwitł:





Starzec i fuksja dzielnie walczą z pogodą: wiatrem i zimnem, ale po fuksjach już widać, że to końcówka. Kilka kwiatów, ot to wszystko.





Ostatnie dalie, nieco wyblaknięte:




Na płocie zasiadł bluszcz  i obecnie usiany jest granatowymi jagodami:




I w końcu róże....



ostatni rzut kwiatów...



Na tle czarnego płotu biel prawie świeci...




Osadzające się krople deszczu czy rosy dodają im uroku...



W tym roku to chyba już koniec ogrodowych wieści. Niedługo zacznie się tylko zimno i szaroburozieloność.

środa, 19 listopada 2014

Mech w roli głównej




Po głębszym zastanowieniu dochodzę jednak do wniosku, że nie zupełnie ten mech gra pierwsze skrzypce. Bardziej stanowi jednak tło, wypełnienie, a tylko dzięki swojemu urokowi wybija się na pierwszy plan...


Jakoś tak smętnie było w tej donicy; w pozostałych zresztą także, więc pojechałam do lasu i przywiozłam dwie "zielone poduszki", po czym rozdzieliłam je między pojemniki:




Zanim przesadzone rośliny rozrosną się i zapełnią miejsce, mech będzie tworzył zieleń. W skrzynce z kaktusami, będzie taką rolę spełniał przez cały zimowy sezon. Ponieważ kaktusów już nie podlewam, mech zaschnie i utworzy koronkową wyściółkę.



Dekoracje w oknie są tymczasowe, bo już od początków grudnia będziemy wypełniać parapet ozdobnikami świątecznymi. Hippeastrum, czyli popularny amarylis, jakby wiedział o nadchodzących świętach, bo ujrzałam już pierwszy pąk. Mimo że nie traktuję go specjalnie uważnie, ma zwyczaj kwitnąć dwa razy do roku. Na ogół jest to w okolicach Bożego Narodzenia, a potem późną wiosną lub latem. Od końca marca doniczki z hippeastrum trzymam na dworze, a do domu wnoszę w listopadzie tuż po tym, jak przesadzę go do nowej ziemi.




Jako że dni stały się bardzo krótkie, nadszedł czas na....



wieczory przy świecach....
Wyciągnęłam świeczniki, osłonki i kominki i zaczynamy "palić w domu". Do łask powróciły olejki i kandelki. Zmieniłam też zasłony na zimowe, grube, bordowe. Pokój zmienił się, jak za dotknięciem różdżki!

niedziela, 16 listopada 2014

W ogródku mokro...




..., znikają powoli kolory, zaczyna królować zieleń; zimowa, przytłumiona zieleń.

Posadziłam w tym roku dwa bluszcze:



Powoli zaczynają się rozrastać, wypuściły już kilka ładnych długich pędów, które skróciłam i zdążyłam ukorzenić.



Goździki, które kupuję w sklepie z przeznaczeniem do wazonu, miały kilka ładnych, młodych pędów. Odłamałam je i wsadziłam do wilgotnej ziemi gdzieś w sierpniu. Od tamtej pory wyrosły i oto co przedstawiają:




Mam nadzieję, że zdążą wykwitnąć przez prawdziwymi przymrozkami. Te, które na razie nas nawiedziły, były na tyle delikatne, że nei pozostawiły śladu na naszych roślinach.



Pąki goździków sa już duże, nabrzmiałe i naprawdę mam nadzieję na ujrzenie kwiatów jeszcze przez świętami.


Miałam dziś pisać o jednej z naszych wycieczek, ale nie mogłam się zebrać. Wybrałam temat, kilka zdjęć i jakoś mi przeszło. Wykorzystałam więc temat zastępczy. Szkoda tylko, że nie uwieczniłam moich pierwiosnków, które ponownie zaczęły wypuszczać kwiaty.

środa, 12 listopada 2014

Szkolny projekt najstarszej...

...który powstawał z udziałem rodziców.

Dzieciaki w czwartej klasie miały przygotować "edible project" czyli dosłownie: jadalny projekt. Nie wiedziałam początkowo o co chodzi, jak to jadalny? Małgosia oczywiście się zgłosiła razem z koleżanką, bo obie stwierdziły, że będzie to cukierkowy pałac, który zrobię ja, bo przecież potrafię takie rzeczy(nie powiem, ze nie było mi miło :) ale z kolei ta praca...)

Wczoraj po południu, po wcześniejszym przemyśleniu sprawy i zgromadzeniu produktów, powstało to:

Widok z góry, może niezbyt imponujący...




I z boku:




Kolorowe okienka powstały przez przypadek. "Zamontowałam" tam kolorowe cukierki, ale te, po 10 minutach, zaczęły się rozpuszczać w śmietanie. Wydłubałam je czym prędzej - niszcząc nieodwracalnie konstrukcję okien, ale zyskując kolory:



Z drzwiami już nie kombinowałam, bo wszystko nasiąkało wilgocią śmietany. Nawet niby płotek na 2 piętrze, wykonany z pianek, zaczął delikatnie podsiąkać. Zaryzykowałam i go zostawiłam. 

Dziś, tuż przed wejściem dzieci do szkoły, pojawiałam się z ciastem. Wywołało sensację - choć przyznaję, ze nie było to dzieło wysokich lotów. Chyba najbardziej wprawiło w zadziwienie tym, że zostało wykonane w domu! Coś takiego! W domu!!!!
Projekt zaliczony. Ufff... ulga. 

sobota, 8 listopada 2014

Ricket's Rock, Clonaslee, Co. Laois


Clonaslee jest małą miejscowością leżącą niedaleko gór Slieve Bloom. Jest nazywane Północną Bramą Slieve Bloom. Zaraz na obrzeżach miasteczka znajdziemy znaki prowadzące na trasy spacerowe:




Nauczeni doświadczeniem, wybraliśmy najkrótszy szlak; faktycznie liczy on nie 4,5 ale 6km, co nie jest dla naszych dzieci wielka różnicą. To akurat taka trasa na dobry spacer w niedzielne popołudnie.
My zaczęliśmy naszą wędrówkę w kierunku przeciwnym, niż opisują wskazówki, ale nie miało to najmniejszego znaczenia, ponieważ wszystkie szlaki tworzą pętle. Zawsze wraca się do punktu wyjścia.


Już przy wejściu do lasu zaczyna towarzyszyć nam mała rzeczka - Clodiagh. W tym okresie woda zaledwie pokrywała kamienie na dnie, ale zapewne tylko dlatego, że przez kilka tygodni nie było rzadnego poważnego deszczu.




Dzieciaki pobiegły nad wodę, pochlapały się trochę, posiedziały na skałach i ruszyliśmy dalej:



Tym razem każda z nich dostała swój mały plecak na ramiona. Nosiły więc wodę i jedzenie, i sięgały po nie, kiedy przyszła im na to ochota.



Scieżka powoli zagłębiała się w las i pięła w górę, kiedy tymczasem rzeka płynęła dołem. Szlak odgrodzony był płotem, chyba na wszelki wypadek, aby nie zsunąć się w dół, po zboczu. Upadek może nie byłby straszny w skutkach, ale do przyjemnych na pewno by nie należał.



Po jakimś czasie wyszliśmy na drogę, wędrowaliśmy między gospodarstwami rolnymi,a potem  wzdłuż kamiennego muru...


...aż nagle droga zaczęła prowadzić w dół.




I tak, w pewnej chwili, doszliśmy do Ricket's Rock, skalnego koryta rzeki, które opadając, tworzy małe wodospady dzięki kamiennym półkom.



Skały tworzą malowniczą scenerię dzięki mchom, które je obrastają i spływającej wodzie, która "gra swoją muzyke":


Stałam tam dobrą chwile i nie mogłam się nacieszyć otoczeniem. Nagrałam nawet film, ale tutaj słychać głównie huk wody. Na żywo wszystko ma zupełnie inny urok.







W końcu dzieci były na tyle zniecierpliwione, że zażądały dalszej wędrówki.


I poszliśmy... polna drogą, między wzgórzami...



W pewnej chwili Monika wzięła ode mnie aparat i zaczęła robić zdjęcia. To poniżej jest jej autorstwa: kwitnący wiciokrzew.



Droga wiła się między krzakami, schodziła w dół, pięła w górę, a wszystko w ciszy przerywanej tylko rykiem krów i śpiewem ptaków.



Łąki przechodziły w zarośla, a te w lasy, by potem znowu ustąpić miejsca rozległej zieleni:



I tak dortarliśmy prawie do punktu wyjścia; prawie, ponieważ po drodze napotkaliśmy plac zabaw, a ponieważ dzieci nie były zmęczone tą wędrówką, zaczęły korzystać ze sprzętów. My, w chwilach przerwy, siadaliśmy na ławeczce i mogliśmy w spokoju zamienić kilka słów.




Wyprawę zaliczyłam do tych bardzo udanych. Trasa okazała się odpowiednia dla dzieciaków, zwłaszcza dla naszej 4-latki. Po zabawie na placu, wróciliśmy spacerkiem przez miasto i rozłożyliśmy piknik w bagażniku naszego auta:) Kanapki i miętowa herbata smakowały wybornie.