czwartek, 29 maja 2014

Z mężowego komputera





....Tak sie porobiło..

Z okazji urodzin mój laptop przestał działać; to znaczy działa, ale padł system i co jakiś czas pojawia się "ekran śmierci", więc nie chce mi się już go nawet włączać. Przy okazji system chyba sam wyłączył Kasperskiego i, co ciekawe, nie chce się on wcale uruchomić. Zapewne powinnam go odinstalować i zainstalować na nowo, co nie bardzo mi się opłaca w tej chwili. Dlaczego?
Otóż jutro wyjeżdżamy do Polski na urlop i mam wielka nadzieję, że mój teść pomoże w postawieniu laptopa na nogi:)

Po raz pierwszy po 7 latach jedziemy do kraju latem! Izabela odwiedzała Polskę tylko w okresie zimowym, więc będzie to jej pierwsze polskie lato. Dziewczyny odliczają dni do wylotu... a ja przeglądam trasę, bo mój małżonek jutro jeszcze do południa w pracy(tak to jest, jak się zmienia miejsce pracy i bierze urlop w tym samym czasie; dobrze, że znaleźli zmiennika choć na później!). Tak więc pierwszy raz sama jadę do centrum Dublina, żeby odnaleźć tam męża. Uprzedziłam go, żeby się nie zdziwił, jeśli się okaże, że jadę w zupełnie przeciwnym kierunku:)

Miejmy nadzieję, że nie rozminiemy się z  latem po drodze! To byłby pech.

 

piątek, 23 maja 2014

Wiosenne Emo




Starsze dziewczyny były w szkole, kiedy obie z Izabelą wykorzystałyśmy słoneczny poranek i pojechałyśmy do Emo. Park oczywiście przepiękny, zalewający nas kolorami i zapachami różaneczników, zielenią i śpiewem ptaków. Rankiem panuje tam spokój, bo ludzie w pracy i tylko nieliczni spacerowicze lub biegacze spotkali nas na drodze. 


Wciąż kwitną cebulice, więc większość polanek i miejsc pomiędzy drzewami wypełniają niebieskości.







W końcu trafiłam na magnolię! Od kilku lat znajdowałam albo pąki, albo na przekwitłe drzewa. Tym razem znalazłam jedną magnolię w cieniu, która zachowała kilka niedawno rozwiniętych kwiatów.



Jeste też jedno miejsce, w którym kwitną, oprócz niebieskich,  cebulice białe i różowe:





Izabela korzystała z przestrzeni...



A tu jedyne i dość słabe ujęcie drzewa chusteczkowego (Davidia chińska):


Trawa była tak strasznie mokra, że nie chciało mi się przedzierać w inne miejsce, aby zrobić ładniejsze  zdjęcie. Może za rok?


Jarząb mączysty obsypany jest kwiatami:



...a w połączeniu z purpurową odmiana buka, wierzbą i tują, stworzył malowniczą kompozucję:






Złotokapy tak urokliwe...



...i oczywiście różaneczniki...






Nad jeziorem Izabela zapatrzyła się na łabędzie i mogłam spokojnie zrobić jej fotkę, o której nie miała pojęcia:



Na obrzeżach parku kwitną głogi, tworząc malownicze obramowania:



poniedziałek, 19 maja 2014

Ogród botaniczny w Dublinie; maj 2014



Piękna pogoda była tego dnia, dzieci wyszalały i wybiegały się w parku... Izabela pozdzierała ledwo co podleczone strupy na kolanach... Małgosi zrobił się bąbel na małym palcu u nogi, ale w ekscytacji zapomniała o nim. Monika przestała zwracać uwagę na rozwalony palec, biegała i biegała...
Ilość ran i ranek, odrapań i innych uszkodzeń wskazuje na to, że sezon letnich zabaw na dworze w pełni się zaczął!

Wyjazd do Dublina to także powód do wyszukiwania rozwiązań nieoczekiwanych problemów. Na przykład:

Czy wiecie jak pozbyć się gumy z siedzenia w samochodzie? Dodam, gumy przeżutej, a potem wklejonej i dokładnie wtartej na powierzchni 10cm kwadratowych puszystej tapicerki? Ja już wiem. Bez używania zamrażaczy i sprężonego powietrza czy też tony lodu, bo wiadomo, że całego siedzenia do zamrażalki nie wsadzę, żeby guma ładnie się odkleiła.
Zastosowałam zmywacz do paznokci z acetonem, swoje paznokcie, które wyskrobały gumę, a na ładne wykończenie pracy - szczotkę ryżową. Tak..., taką przygodę mam już za sobą. Dzieci zostały odpowiednio pouczone(choć wydawało mi się, że ostrzegałam je już wcześniej) i miejmy nadzieję, że incydent się więcej nie powtórzy.


Teraz już ogród botaniczny...

Czas kwitnienia rododendronów:


Zachwycają swoim pięknem: kolorami, kształtami i zapachem; jeśli tylko znajdziesz się w pobliżu kwitnącego krzewu, poczujesz otulający cię zapach jego kwiatów...




Zdjęć bez ludzi w tle prawie niemożliwością było zrobić, bo jest to czas pierwszych komunii i ludzie całymi tabunami biegną na sesje fotograficzne właśnie do tego ogrodu(tego między innymi, wszak jest wiele uroczych zakątków nadających się świetnie jako plenery do tego typu sesji)



Jest to też czas kwitnienia peonii. Poniżej - peonia drzewiasta:



W zakątku różanym, nieśmiało pojawiają się pierwsze róże:




Dzień był niezwykle słoneczny, więc wszystkie kolory aż biły po oczach!




Ten rozwijający się pąk urzekł mnie od pierwszego spojrzenia:




...a ten, dopiero przygotowuje się do kwitnienia:


Zapach tych czerwonych róż - nieziemski wprost, niesamowicie.... różany właśnie.


Maj jest chyba pierwszym miesiącem w Irlandii, który zaczyna pokazywać całe jej piękno, całą tą kipiącą zieleń, wszelkie jej odmiany:



Gosia od czasu do czasu wędrowała sobie samotnie, przystanęła, zapatrzyła się na coś...



Wisterie zaczynają kwitnienie. Pnącze wygląda obłędnie, obsypane w całości kwiatami:



Łany stokrotek.... Trawniki wyglądają, jak posypane białym puchem, do tego drzewa dają przyjemny cień...



...i jak tu nie usiąść na tej kuszącej zieloną miękkości trawie?



Metalowe konstrukcje zaczynają obrastać pnączami. Za chwilę na pewno będą wyglądać inaczej:



Łubiny... Zobaczywszy je w botaniku, stwierdziłam, że chyba postaram się i o conajmniej jeden do mojego ogrodu.



Przy okazji następnego wpisu, pojawi się kilka ciekawych okazów kwitnących roślin i tropikalny las.

sobota, 17 maja 2014

Siedmiolatka



Monika skończyła dzisiaj 7 lat.

Świętowaliśmy w swoim rodzinnym gronie, przy "kupnym" torcie lodowym:



Świeczki "niegasnące"...




...więc zabawy było sporo....



...a pomoc sióstr niezbędna!


Akcja zakończona sukcesem:



Monika zapytała, kiedy dostanie ten WŁAŚCIWY tort, to znaczy upieczony przeze mnie. Będzie i taki, ale za tydzień, kiedy zaprosimy gości. Póki co, Monika ma obiecaną wyprawę do kina - jutro, a dzisiaj, ze względu na przepiękną pogodę, pojechaliśmy do Dublina, do ogrodu botanicznego.


I tutaj, nasza dzisiejsza solenizantka, w kilku ujęciach:



Wiecznie roześmiana, z milionem pomysłów na psoty...



Gotowa gdzieś wejść, kogoś namówić na zakazane...




Nie mogąca ustać ani chwili spokojnie! Chwila, to dla niej za długo.



Zgłębiająca nieznane....





Gotowa zaryzykować kąpiel w stawie, byle tylko zobaczyć tego robaczka z bliska!




Pełna energii, biegnąca przez życie w podskokach...





I tylko czasami wyciszona i spokojna....

wtorek, 13 maja 2014

Bransoletki dziecięce



Któregoś dnia Gosia przyszła ze szkoły z prośbą, żebyśmy koniecznie pojechały do miasta i kupiły paczkę kolorowych gumek, z których plecie się bransoletki. I chociaż tego dnia nie miałam czasu, to już kolejnego dziecko nie popuściło i zakupiłam owe paczuszki z gumkami. Od razu trzy, bo wiadomo, że wszystkie dziewczyny zechcą robić to samo.

I oto one:



Monika jak wojownik przygotowany do bitwy: pomalowana na biało... To jedyne dwa zdjęcia dokumentujące jej ospę; Izabela nie ma ani jednego, bo powiedziała, że wygląda okropnie i chowała się przed aparatem. Ciekawe, że jak wymażą się błotem alo farbami, to nie mają takich oporów.


Małgosia już od początku wiedziała, jak to robić, więc szybciutko nauczyła mnie i dziewczyny. Ona też, jako najstarsza, miała najwięcej cierpliwości, a tuż po niej uplasowała się Izabela!, bo Monika niestety, chęci miała wielkie, ale prawie zero spokoju. Szybko rzuciła woreczek z kolorowymi gumkami i zniechęcona poszła robić coś innego. Izabelka, z drobną pomocą, plotła i plotłą bransoletkę. Przekładała te kolorki na swoich paluszkach i ostatecznie osiągnęła sukces.


Wyroby prezentowane niżej, to dzieło Gosi i moje, bo plecione były troszkę trudniejszą metoda(bardziej pracochłonną), z którą Izabela nie bardzo sobie radziła, a Monika słyszeć nawet o niej nie chciała.




Tutaj już widać jedną - cieńszą - bransoletkę Izabelki. Jest ładna, tylko nie aż tak pełna, jak ta obok:




Skoro już jestem przy Izabeli... Któregoś dnia była w bardzo złym humorze. W końcu, po zrobieniu kolejnej awantury, wysłałam ją na schody, aby usiadła i się uspokoiła. Wychodząc na korytarz odwróciła się do mnie i ze łzami w oczach wykrzyczała: Zrujnowałaś mi życie!

Gosia rozmawiając z Arturem powiedziała coś takiego: tato, jak jestem zła na ciebie, albo czasem krzyknę, to i tak cię kocham. To samo tłumaczyła kiedyś Izabelce, więc teraz ta, od czasu do czasu, wygłasza taką samą sentencję.


Odbiegając od dzieci....

Zakończyłam projekt pt. biała koronka:



Powstała koszula nocna dla Gosi, oczywiście... za duża. Za rok będzie w sam raz, ale teraz musi być zaprezentowana na wieszaku z wkładem ze sweterka.
Pomysł zrodził się, kiedy zobaczyłam ten materiał. Nie wiedziałam, czy koszulka będzie dla mnie, czy dla dziecka, ale ostatecznie padło na najstarszą.




Monika domaga się teraz swojej wersji i chyba będę musiała poszukać w swoich zbiorach jakiego  odpowiedniego materiału.

Ten podoba mi się bardzo. Delikatne gałązki konwalii na kremowym tle. Marzenie... Szkoda, że miałam go tak mało. Materiał to delikatne płótno, bardzo cieniutkie i niesamowicie przyjemne w dotyku.




piątek, 9 maja 2014

Dzieciaki, książka i zieloności w szkle






Izabela już zupełnie wyzdrowiała po ospie, za to w poniedziałek zaczęliśmy powtórkę z rozrywki, tym razem z udziałem Moniki. I o ile Iza przeszła całość gładko(bez temperatury, trochę krostek i krost, trochę swędzenia) to Monika.... To, co się z nią dzieje, to istna masakra. Wiem, to minie, szybciej, niż mi się wydaje, ale póki co, sam krem łagodzący swędzenie i przysuszający krosty to za mało. Dzieciak jest pokryty w całości bąblami większymi i mniejszymi, Nawet w buzi ją wysypało! Lekarz zaaplikował jej dodatkowe środki pomocnicze, ja poczytałam w necie, co by tu jeszcze zrobić, żeby ulżyć w niedoli i jedziemy!
Na zdjęciu, jedne z ostatnich dni przed chorobą.



Zaczęłam interesować sie koktajlami z warzyw i owoców. Coś tam kiedyś czytałam, dziś otworzyłam lodówkę i pierwsze, co wpadło mi w oczy, to szpinak. Wyjęłam i zrobiłam pierwszy pitny eksperyment. Przyznaję, że pierwszy łyk brałam z lekkim oporem i niedowierzaniem, że coś takiego da się przełknąć... okazuje się jednak, że nie tylko da się, ale jest to pyszne!



Zrobiony ze szpinaku, bardzo dojrzałego mango, jabłka i wody. Kielich mieści niespełna pół litra:) i smakuje o niebo, ba, o dwa nieba lepiej, niż wygląda.


W bibliotece udało mi się dorwać książkę - jedną z najnowszych, które dostali. Oboje z Arturem zamierzamy ją przeczytać. Tomiszcze ma tylko 780 stron :) więc trzeba się streszczać!


Książka jeszcze pachnie farbą, jestem drugą osobą, która ją dostała.

Do tego trafiły mi się dwa bezcenne nabytki, oczywiście w SH, za śmieszne pieniądze. Oto one:



Wzięłam ją ze względu na swoją ciekawość i ewentualne potrzeby naszych dzieci. Nigdy nie wiadomo, czego będą potrzebować w szkole. Wiem, że teraz google ma wszystko:) ale książka, to książka.

Kolejna pozycja to poezja irlandzka:


Ta książka to nie tylko wiersze do czytania, to także - jak mówi tytuł - głosy; dołączonych do niej jest pięć płyt z nagranymi utworami, które czytane są przez znane, wybitne postacie. Przy każdym wierszu zamieszczono zdjęcie i krótką notkę o osobie interpretującej wiersz:



Kim są ci ludzie?

Meavy Binchy(nieżyjąca od niedawna), bardzo poczytna pisarka.



Andrea Corr, jedna z sióstr ze słynnego irlandzkiego zespołu The Corrs:



To tylko dwie postaci... Książka pełna jest znanych muzyków, aktorów, projektantów, architektów, polityków i wielu innych, którzy w jakiś sposób stali się znani w tym kraju i poza nim.