czwartek, 30 stycznia 2014

Ogród botaniczny - Dublin


Dzisiejszy wpis opatrzony zostaje większymi zdjęciami. Uważam, że czasem warto wstawić właśnie takie, bo nie wszystkim chce się klikać po kilka razy na mniejsze rozmiarowo fotki i oglądać je w lepszym formacie. Zatem zdjęciowo z Dublina.

Tym razem ogród botaniczny na zewnątrz - kolejne urocze zakątki.





Ta zieleń zawsze mnie porusza, mimo, że mieszkam tu już 9 lat(jak to zleciało?), nigdy nie mam jej dość! Niesamowita ilość jej odcieni i to nie tylko w wydaniu wiosennym, ale także letnim i wczesnojesiennym. Zdjęcie zdominowane przez jedną barwę, a mimo wszystko jak bardzo plastyczne.


Stumyki i strumyczki spotkać można wszędzie i przyznaję, że dodają ogromnego uroku każdemu miejscu. Artur jest strasznym przeciwnikiem wody w ogrodzie, ponieważ już widzi oczami wyobraźni nasze dzieci, które się w tejże wodzie topią. Dlaczego ja o wodzie nie myślę w ten sposób?

Z wodą od razu przypomina się taka sytuacja w ośrodku zdrowia. Latem jeździliśmy nad nasze torfowe jezioro i jakoś niedługo potem Małgosia dostała wysypki. Poszłyśmy do naszego lekarza i tam opowiedziałam, że może to po tej wodzie, może to zdrowe jezioro nie jest takie do końca zdrowe, itd. Nasz dobry dr Sean specjalnie nie przejął się wysypką, za to stwierdził, że musimy być ostrożni z woda; dno może być nierówne, można dostać skurczu i UTOPIĆ SIĘ! Wysłuchałam, kiwnęłam głową i dalej zaczęłam o wysypce... Doktor dziwnie na mnie popatrzył, po czym zaczął coś wklepywać w komputer. Myślałam, że receptę jakąś tworzy, a on po chwili odwraca monitor w moją stronę, żebym przeczytała, jaka woda jest niebezpieczna. Byłam w lekkim szoku, bo niby po co mi to napisał?! Dopiero Artur w domu stwierdził: on chyba myślał, że ty go nie zrozumiałaś, bo tak lekko podeszłas do tego, co powiedział ;)


Ja z kolei oddałabym wiele, żeby mieć taki szumiący strumień obok swojego domu. Z Arturem będzie to trudne, bo wyraził się jasno: "over my dead body" czyli po naszemu - po moim trupie! Chyba, że dzieci będą już dorosłe... tak....



Izabelka, jak zawsze, wykorzystywała tereny zieleni do hasania. Wędrowała z tatą, który, jakby nie patrzeć, poruszał się szybciej, niż matka z aparatem.



Grządka z paprociami i roślinami preferującymi kwaśny odczn gleby. Jakoś tak ubogo było w tym miejscu, choć paprocie powinny już były zaczynać szaleć swoimi piuropuszami.




Ligularia za to przygotowywała się do zakwitnięcia, nieśmiało rozchylając pierwsze kwiaty:





Kosaćce wodne uderzały żółtym, jaskrawym kolorem, widocznym doskonale na tle ciemnej zieleni liści:





Hemorocalis, czyli liliowiec; zawsze, ale to zawsze obiecuję sobie, że zaopatrzę się w choć jedna taka roślinę i ciągle nic. Są to bardzo dobre do uprawy, wdzięczne kwiaty. Odmian jest całe mnóstwo, w wielu barwach i kształtach płatków(tu mam na mysli większe lub mniejsze pofalowanie, a nie zupełnie inne kształty). Do tego różnią się porą kwitnienia, więc sadząc ich kilka, można sobie zapewnić nieprzerwane kwitnienie przez dłuższy okres czasu.





Dostać z liścia - nabiera nowego wymiaru - tak wyraził sie Artur mijając tę roślinę :) Rozbawił mnie bardzo, ale też i jest co podziawiać. Liście olbrzymie, dające dużo, dużo cienia i nadające się raczej do dużych ogrodów. Przy ziemi widać funkię(hostę), która nie należy do najmniejszych, ale tutaj wygląda jak karzełek:



Wszelkie trawniki pokryte były stokrotkami, setkami stokrotek! i bardzo mi się podoba takie połączenie.



W ogrodzie można znaleźć też rzeźby, nowoczesne, więc nie w moim guście i powiem szczerze, że jakoś tak kłóciły mi się z otoczeniem.







Ptaki były całkowicie obojętne na obecność ludzi. Czapla spokojnie stała sobie nad oczkiem wodnym. Swoją drogą, widziałam już całe mnóstwo czapli, w różnych miejscach. W naszej okolicy, w dalszej, w Dublinie, dzikich parkach...


Dzien był piekny, słoneczny, ciepły i mnóstwo ludzi spacerowało po parku, więc zrobienie zdjęcia bez obecności osób trzecich stanowiło nie lada wyzwanie.



Irysy zawsze mnie oczarowują, więc nie mogę się oprzeć i robę im zdjęcia wciąż i wciąż:




...podobnie, jak róże, zwłaszcza takie róże!




...kolejna piękność...



...i kolejna, wychylająca się z lekka poza grządkę...









środa, 29 stycznia 2014

Wspólne dzierganie i czytanie





Dzisiaj zaczynam książkę "Dzienniki kołymskie". Jeszcze nie wiem jak będzie się czytało, bo dopiero co wyjęłam książkę z półki, ale Edi-bk już ją skończyła, więc mam nadzieję,  że będzie to dobra lektura. Temat Rosji jakoś tak przewija się w moich lekturach, filmach nawet. Nie wiem, czy to słowiańska dusza się odzywa, czy coś innego. Czy otoczona potomkami Celtów czuję już przesyt i zwracam swe myśli na wschód?



A robótka, to zaczęta wczoraj w nocy czapeczka - jeszcze nie wiem dla której z moich córek. Zależeć będzie, jaki rozmiar mi wyjdzie. Wzór został zaproponowany w cotygodniowej subskrybcji "Crochet geek", która przychodzi mi na maila. Tutaj można obejrzeć oryginał


Chwilkę zajęło mi rozpracowanie tego i wdrożenie się, aby zacząć płynnie szydełkować. Generalnie jest to prosta robótka, której przybywa dość szybko.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Puzzle



Układanki tego typu towarzyszą moim dzieciom od wczesnego dzieciństwa. Zaczynały od bardzo prostych obrazków, pociętych na 4 częsci; stopniowo podsuwałam im trudniejsze i trudniejsze. Małgosia kochała układanki puzzlowe, Monika lubiła je, ale bez specjalnej ekscytacji. Izabela uwielbia puzzle, podobnie, jak najstarsza siostra. Wczoraj zaskoczyła mnie totalnie!
 Dwa dni wcześniej układała ze mna dość trudny komplet, przeznaczony dla starszych dzieci. Poszło jej całkiem sprawnie, kiedy podsuwałam po kilka elementów o podobnej kolorystyce lub wzorze. Sama je dobierała i wpasowywała w obrazek. Wczoraj, wyciągnęła pudełko i kiedy ja rozmawiałam ze swoją siostrą, Izabela samiuteńka ułożyła taki obrazek:




Żeby nie było, że przesadzam; są to puzle 70 elementowe dla dzieci od około 5 lat. Izabela za cztery miesiące skończy 4 lata:)


Dzisiaj porwała się na kolejny z tej serii - wybrała 100 i z moja pomocą -  wyszukiwałam podobne elementy(choć wiele wypatrzyła sama) i podsuwałam po kilka i po niezbyt długim czasie obrazek był gotowy.

Zauważyłam, że dziewczyny mają różne nastawienie do tych układanek. Gosia i Iza wybierają dość trudne i próbują je złożyć. Chyba obie lubią wyzwania. Natomiast Monika woli układać takie prostsze i wiedzieć, że je złoży. Idzie na łatwiznę czy nie chce się rozczarowywać?
Jak by nie patrzeć, po tych kilku latach mamy całkiem spory zestaw pudełek z puzzlami, puzzlowych ksiązek, których teraz będziemy się systematycznie wyzbywać. Te prościutkie, zbyt łatwe dla Izabeli, będe musiała oddać. Ona już nawet chce kogoś nimi obdarować - choć ten ktoś jest taki mały, że nawet jeszcze sam nie siedzi:), ale w przyszłości... być może też polubi układanki?

niedziela, 26 stycznia 2014

Kilka pudełek na letnie ubrania



Kiedyś pakowałam letnie ubrania w worki próżniowe i wynosiłam na strych. Nie wiem jednak jak to się działo(i wciąż dzieje), że u mnie te worki nie spełniają zadania. Już po kilku dniach zauważam, że są rozszczelnione. Jeśli trzymam kołdry w tychże workach, schowanych po d łóżkiem, to jeszcze pół biedy. Kurz nie wejdzie, a lekkie rozszczelnienie nie stanowi problemu. Jednakże ta sama nieszczelność na strychu... to już całkiem inna historia. Ubrania chwytają wilgoć i nieprzyjemny zapach. Stąd, systematycznie pozbywam się próżniowych worków i zastępuję je pudełkami.
Tak na marginesie, śmieszą mnie reklamy tych worków, w których kobieta skałduje zimowe kurtki, zachwyca się, jak mało powierzchni to zajmuje(no tak, worek wypełniony puchowymi kurtkami z odessanym powietrzem ma wysokość ok. 5-7cm), następnie rozszczelnia wór i wyjmuje - uwaga! - zupełnie nie pognieciona kurtkę, gotową do założenia. Sorry, ale to już lekka przesada. Ubrania wyjęte z takich worów, potrzebują solidnego przewietrzenia i uprasowania, a przynajmniej uprasowania!
Wracając do moich pudełek...
 Żeby wszystko wyglądało choć w miarę przyzwoicie, staram się te pudełka okleić. Ostatnio wpadł mi w ręce piękny papier i stąd wszystkie kartony w pokoju dwóch młodszych dziewczyn, dostały nowe ubrania:



Jak widać, jedno z pudeł dostało nawet nakrycie.



Wkrótce, mam taką nadzieję, pozostałe też będą miały nakrycia.

Plecionka papierowa nie jest moją najmocniejszą stroną. Powiedziałabym nawet, że wychodzi mi słabo i naprawdę podziwiam osoby, które już za drugim razem wyplatają piękne, proste, kształtne rzeczy. Ja mam za sobą kilka pojemników i wciąż nie widać poprawy. Ściany nigdy nie wychodzą mi proste, podobnie, jak rurki szkieletowe nie trzymaja pionu. Próbowałam już pleść na modelach, próbowałam przyczepiać je spinaczami, niestety.
Wyplatam tylko dlatego, że potrzebuję niestandartowych wieczek bądź pojemników; w innym przypadku nawet bym tego nie dotknęła, bo nawet skręcanie rurek to najbardziej irytujące zajęcie. Mój mąż i dzieci wiedzą, że w momencie skręcania, bądź wyplatania, lepiej do mnie nie podchodzić, ba, nawet nie odzwywać się! Rurki i plecionka mają tendencje do "latania" po kuchni i obijania się od ścian i podłóg:) Stąd, jak już coś mi wyjdzie to pokazuję, a że nie wychodzi zbyt często, to i zdjęć mało.

Tym razem wieczko:



Żeby ułatwić sobie pracę i ograniczyć czas frustracji, wycięłam dwa duże prostokąty z tektury i wkleiłam między nie rurki stelażowe. Następnie przplotłam tylko kawałek i podgięłam rurki do góry, żeby zacząć tworzyć ścianki wieczka.



Na wierzchu nakleiłam papier ozdobny. Wybrałam akurat gwiazdki, ale teraz, kiedy mam ten papier w róże, być może zmienię wygląd góry. Brzegi pomalowałam białą farbą, delikatnie rozmazując ku środkowi.
Od środka denko jest usztywnione klejem PVA bez rozcieńczania + farba dulux akrylowa; wierzch to już tylko farba akrylowa.


piątek, 24 stycznia 2014

Rozmowa



Oczekując na zakończenie lekcji w szkole polskiej rozmawiam sobie ze znajomym mechanikiem. Pytam, czy bardzo sie napracował, w sensie dużo samochodów naprawił? i wywiązał się taki dialog:

On: - właśnie zrobiłem zawieszenie w takim samym samochodzie jak Twój( a moje auto to srebny renault laguna kombi, disel)

Ja: - disel?

On: - nie benzyna,

ja: 07 rocznik?

on: nie, no starszy

ja: srebrny?

on: nie czerwony

ja: ale kombi?

on:  sedan

ja: laguna?

on: nie

ja: megane?

on: nie, to w zasadzie nie renault, tylko peugoet :)) ale poza tym to taki sam jak Twój.

Musiałam to zapisać! Rozmowa się odbyła i faktycznie samochód nie był dokładnie taki jak mój, tyle, że nie aż tak różny. Znajomy trochę się ze mną przekomarzał. Wie, że lubię auta, że kocham swój samochód i zawsze chwilkę porozmawiamy na tematy motoryzacyjne.
Ponieważ zbliża się czas zmiany oleju(za jakieś 2 tys. mil - czyli ok. 3tys km,) już się z nim wstępnie umawiam. Tym bardziej, że przeniósł zakład w inne miejsce i będę musiał go znaleźć.
Ostatnim razem, kiedy tłumaczył mi, jak dojechać do niego, narysował na masce mojego renault mapę(trochę brudny był samochód to się dało). Następnego dnia zapomniałam jak wyglądała ta droga, zatrzymałam więc auto, wysiadłam, nachyliłam się nad maską i zaczęłam ją studiować:) Wpartywałam się w lakier, jak sroka  w kość, żeby odnaleźć drogę i wzbudzałam tym lekkie zaciekawienie mijających mnie kierowców. Miejsce odnalazłam! a mapa  jeszcze przez chwilę "jeździła" z nami.

czwartek, 23 stycznia 2014

Czapeczki w końcu zrobione



Piszę "w  końcu" nie dlatego, że robienie tych czapeczek było jakąś udręką. Szydełkowało się je szybko, łatwo i przyjemnie. Przyjemnie tym bardziej, że przy włączonym programie National Geographic. Efekt za to okazał się... nie taki jak trzeba. Czapeczki wyszły za małe. Poszłam do koleżanki, przymierzyłam i już wiedziałam, że muszę doszydełkować po jednym dodatkowym okrążeniu, żeby czapeczka zakryła uszy. Zrobiłam co trzeba i nadszedł taki moment w naszym życiu, że jakoś nie mogłyśmy się spotkać. Czapeczki leżały 3 tygodnie i kiedy w końcu spotkanie doszło do skutku i przymierzyłyśmy jeszcze raz... okazały się znowu za płytkie! Kolejny raz dorabiałam okrążenie; teraz już powinny być dobre.

 Poniżej moje szydełkowe twory.




Ten model czapeczki bardzo mi się podoba. Ma prosty kształt, ale właśnie pasujący do stylu vintage; i na tym też polega jej urok. Według mnie wychodzi ślicznie. Zastanawiam się nad innymi kolorami, tylko w sumie po co?



Widać, że czapeczka robiona jest na bazie koła:



I na modelu, którym jest lalka, ale w wieku noworodkowym, stąd czapeczka jest ewidentnie za duża. Za to kształt widać znacznie lepiej z wypełnieniem:



Od przodu:



Druga czapeczka, bardziej ażurowa i ozdobna zarazem:



Bardzo ładnie układa się wkoło główki - mówię to na podstawie przymiarek na prawdziwym niemowlaku.




Dodatkowo, można wymieniać wiązania, którymi moga być różnokolorowe wstążki. W domu znalazłam tylko żółtą szyfonową, więc ją przeplotłam, ale osobiście wybrałabym zdecydowanie żywsze barwy:



Tył, podobnie jak w poprzedniej, robiony na bazie koła:



Na dole widać rządek ażuru przez który można także przepleść wstążkę do wiązania, ale wtedy czapeczka powiększa się na obwodzie, dlatego moja koleżanka wybrała teraz opcję widoczna na poprzednim zdjęciu.  Kiedy dziecko będzie większe, wtedy można wybrać drugą możliwość i to samo nakrycie głowy wciąż będzie pasować.

środa, 22 stycznia 2014

Wspólne dzierganie i czytanie





... z Maknetą.

W tym tygodniu nie posunęłam się daleko z czytaniem, bo mój małżonek podbierał cały czas czytnik; Wciąż więc "Czas kukułczych gniazd" na tapecie. Polacy wracający z wygnania na Syberii. Biedni, straszliwie biedni, rozpaczliwie biedni.... wracają do kraju, do wymarzonej, wyśnionej Polski, mając na sobie tylko watowane, zniszczone ubranie i kilka rzeczy w węzełku. Nic poza tym. Ich gospodarstwa zostały na Ukrainie, przejęte przez kołchozy... teraz dostają ziemie na zachodzie, poniemieckie gospodarstwa i tam mają zacząć nowe życie. Małe dzieci, mówiące lepiej po rosyjsku niż po polsku, wciąż próbują doszukiwać się w polskich lasach tajgi, która towarzyszyła im przez tyle lat. Lat ciężkich, głodnych, mroźnych i pełnych strachu, tęsknoty i rozpaczy. Ilu ich przeżyło? Ilu zdołało wrócić? 
Książka, cała trylogia, warta przeczytania. Z tym, że "Syberiadę polską" musiałam czytać małymi fragmentami, zwłaszcza na początku, bo bezmiar okrucieństwa ludzkiego i bólu był nie do zniesienia. 


Na drutach tunika dla Gosi. Czas mnie goni, więc mam nadzieję, że szybko uda mi się skończyć.


Z czterech próbek, które zrobiłam, wybrałam wrzos, wstążkową włóczkę.


wtorek, 21 stycznia 2014

dzięcięce dziurawe legginsy



Izabela w tym roku zaczęła przedszkole. Od niedawna przychodzi z dziurami w legginsach. Stare, można wyrzucić, ewentulanie obciąć i czekać na cieplejsze dni, ale jeśli dostaje nowe, a dziura pojawia się już po pierwszym użyciu?

Zmontowałam łatki-kwiatki na dziurkach:





Kółeczka zrobiłam z materiału ściągniętego fastrygą, na wierzchu guziczek lub serduszko, jak w przypadku fioletowych:



Do tego kilka domalowanych gałązek - marker niezmywalny, dla pewności przygrzany żelazkiem. Aha, malowałam na materiale z wkładką papierową w środku, żeby tusz nie przesiąknął na drugą część materiału.




Izabeli garderoba już podratowana, a co z Moniką? Ma ona niezaprzeczalny talent do rwania rajstop. Najpierw zdarzało się to na początku roku szkolnego: ekscytacja powrotem w mury szkolne, szaleństwo na przerwach, itd.. codziennie jedna para rajstop szła pod nożyce. Obcinałam nogawki i robiłam takie krótkie legginsy pod spódniczki, ale ile można mieć takich legginsów!? 14 par już po 2 tygodniach! Potem jakoś wszystko się uspokoiło, aż do teraz. Ostatni tygodzień był masakryczny! Codziennie wielka dziura na kolanie. Zastanawiam się ciężko, co zrobić z tym fantem? Artur narzeka, że zaczyna pracowac tylko na rajstopy i inne fatałąszki dla czterech kobiet(ale to narzekanie to takie z przymróżeniem oka).

niedziela, 19 stycznia 2014

Pierwiosnki wciąż kwitną



Mamy połowę stycznia, w zasadzie drugą połowę stycznia, a w naszym przydomowym ogródku trwa szaleństwo pierwiosnkowe. W tym okresie roku, jeśli nie ma śniegu i minusowych temperatur non stop, przypada kolejny okres kwitnięcia tych uroczych kwiatów.




Na jesieni posadziłam cały ich rządek wzdłuż ogrodzenia i w tej chwili już widzę, że zaczynają się pięknie rozkrzewiać. Późną wiosną znowu będę mogła je dzielić i rozsadzać.




Czerwone rosną mi najsłabiej, bo notorycznie były objadane przez ślimaki. Nawet teraz musiałam oczyścić wszystko z liści i chwastów i zabezpieczyć preparatem chemicznym. W momencie gdy temperatury tylko troszkę się podnoszą, ślimaki objadają dosłownie wszystko!





Mech to kolejna sprawa, ale już z nim nie walczę na naszych trawnikach. W sumie jest zielony, to niech sobie będzie. W Irlandii nawet te piękne trawniki wkoło różnych ważnych budynków, trawniki w parkach, wszystkie są przerośnięte mchem.




W jednym z centrów budowlanych dostałam ostatnio żonkile miniaturowe w zestawie z podłożem i doniczką ceramiczną bardzo dobrej jakości, za.... 50 centów! Zabrałam ostatnie trzy zestawy, a przy okazji wypatrzyłam torebkę irysów cebulowych(miniaturek), też ostatnią, za 30 centów. Stwierdziłam, że nawet jeśli mi to wszystko nie urośnie, to będę mieć ładne doniczki.
W domu moje córki dopadły żonkilowych zestawów i stanęło na tym, że każda z nich posadzi cebulki, podpiszemy doniczki i każda z osobna będą pilnować - a potem cieszyć się, miejmy nadzieję - swoimi kwiatami.



I tak to, koło drzwi wyjściowych na ogród, stanęły kolejne doniczki. Hippeastrum już się zieleni i widać wyłaniający się pąk.
Najmłodsza nie może się doczekać, kiedy coś pojawi się w jej doniczce, średnia podlewałaby każdego dnia, a tylko Gosia spokojnie sprawdza czy coś rośnie czy nie. Jest tak samo podekscytowana, ale już inaczej to okazuje. Stwierdziła, że w tym roku muszę im pozwolić na prace w ogrodzie, bo tak świetnie poszło im sadzenie cebulek do pojemników!

W domu tymczasem, na półeczce, stoi bukiet róż - 5 tydzień! - bije na razie wszelkie rekordy.


To pewnie te zachowawcze temperatury naszego domu - 19 stopni - tak działają na kwiaty.


Co jeszcze? Małgosia wybłagała u mnie zrobienie szybkiego deseru: rocky road cake.



Bardzo łatwy, bez pieczenia. Spójrzcie tutaj, moje ciasto nie wygląda tak pięknie, bo do zdjęcia ratowałam ostatnie kawałki. Nie wygładzałam powierzchni czekoladą i nie posypywałam pudrem, bo stwierdziłam, że na domowy użytek wystarczy wersja podstawowa.