sobota, 8 listopada 2014

Ricket's Rock, Clonaslee, Co. Laois


Clonaslee jest małą miejscowością leżącą niedaleko gór Slieve Bloom. Jest nazywane Północną Bramą Slieve Bloom. Zaraz na obrzeżach miasteczka znajdziemy znaki prowadzące na trasy spacerowe:




Nauczeni doświadczeniem, wybraliśmy najkrótszy szlak; faktycznie liczy on nie 4,5 ale 6km, co nie jest dla naszych dzieci wielka różnicą. To akurat taka trasa na dobry spacer w niedzielne popołudnie.
My zaczęliśmy naszą wędrówkę w kierunku przeciwnym, niż opisują wskazówki, ale nie miało to najmniejszego znaczenia, ponieważ wszystkie szlaki tworzą pętle. Zawsze wraca się do punktu wyjścia.


Już przy wejściu do lasu zaczyna towarzyszyć nam mała rzeczka - Clodiagh. W tym okresie woda zaledwie pokrywała kamienie na dnie, ale zapewne tylko dlatego, że przez kilka tygodni nie było rzadnego poważnego deszczu.




Dzieciaki pobiegły nad wodę, pochlapały się trochę, posiedziały na skałach i ruszyliśmy dalej:



Tym razem każda z nich dostała swój mały plecak na ramiona. Nosiły więc wodę i jedzenie, i sięgały po nie, kiedy przyszła im na to ochota.



Scieżka powoli zagłębiała się w las i pięła w górę, kiedy tymczasem rzeka płynęła dołem. Szlak odgrodzony był płotem, chyba na wszelki wypadek, aby nie zsunąć się w dół, po zboczu. Upadek może nie byłby straszny w skutkach, ale do przyjemnych na pewno by nie należał.



Po jakimś czasie wyszliśmy na drogę, wędrowaliśmy między gospodarstwami rolnymi,a potem  wzdłuż kamiennego muru...


...aż nagle droga zaczęła prowadzić w dół.




I tak, w pewnej chwili, doszliśmy do Ricket's Rock, skalnego koryta rzeki, które opadając, tworzy małe wodospady dzięki kamiennym półkom.



Skały tworzą malowniczą scenerię dzięki mchom, które je obrastają i spływającej wodzie, która "gra swoją muzyke":


Stałam tam dobrą chwile i nie mogłam się nacieszyć otoczeniem. Nagrałam nawet film, ale tutaj słychać głównie huk wody. Na żywo wszystko ma zupełnie inny urok.







W końcu dzieci były na tyle zniecierpliwione, że zażądały dalszej wędrówki.


I poszliśmy... polna drogą, między wzgórzami...



W pewnej chwili Monika wzięła ode mnie aparat i zaczęła robić zdjęcia. To poniżej jest jej autorstwa: kwitnący wiciokrzew.



Droga wiła się między krzakami, schodziła w dół, pięła w górę, a wszystko w ciszy przerywanej tylko rykiem krów i śpiewem ptaków.



Łąki przechodziły w zarośla, a te w lasy, by potem znowu ustąpić miejsca rozległej zieleni:



I tak dortarliśmy prawie do punktu wyjścia; prawie, ponieważ po drodze napotkaliśmy plac zabaw, a ponieważ dzieci nie były zmęczone tą wędrówką, zaczęły korzystać ze sprzętów. My, w chwilach przerwy, siadaliśmy na ławeczce i mogliśmy w spokoju zamienić kilka słów.




Wyprawę zaliczyłam do tych bardzo udanych. Trasa okazała się odpowiednia dla dzieciaków, zwłaszcza dla naszej 4-latki. Po zabawie na placu, wróciliśmy spacerkiem przez miasto i rozłożyliśmy piknik w bagażniku naszego auta:) Kanapki i miętowa herbata smakowały wybornie.



3 komentarze:

  1. Niezmiennie uwielbiam Wasze wycieczki i Twoje relacje z nich. :)
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  2. ale Ty masz dar pisania a raczej opisywania natury,cudnie.P.S.zadanie domowe odrobię tylko przyjezdni do domu pojadą,

    OdpowiedzUsuń
  3. zadanie odrobiłam a krochmalenie śnieżynek leży odłogiem,

    OdpowiedzUsuń