sobota, 4 października 2014

Clara Valey


Pierwsza część naszej wycieczki w Dolinie Clary odbywała się w terenie prawie płaskim(piszę prawie, bo tak zupełnie płasko to tutaj nigdy nie jest), natomiast w połowie drogi ścieżka zaczęła piąć się w górę. 



Początkowo dzieci były nawet zadowolone, krajobraz się zmieniał, co chwilę jakieś malownicze pniaki, głazy, wrzosy na każdym kroku...




Sierpień to jeden z tych miesięcy, kiedy wrzosowiska wyglądaja chyba najpiękniej. Wszelkie odmiany fioletu oblewają wzgórza i wzgórki...




Monika chyba najbardziej ze wszystkich dziewczyn zachwycała się widokami. Po zaliczeniu każdego wzniesienia odwracała się i podziwiała krajobraz.




Za każdym razem ścieżka niewinnie wznosiła się, aby za chwilę znowu piąć się w górę. Oczywiście nie są to jakies wielkie góry, ale dla małych, 4-letnich nóżek Izabeli, pokonanie 12km w takim terenie stanowi niemały wyczyn!




Na szczęście, po wcześniejszym zachmurzeniu nie było nawet śladu; niebo "zakwitło" białymi obłoczkami i w otoczeniu drzew, zieleni i śpiewu ptaków, maszerowało się naprawdę wspaniale:




Izabela  zaczynała co prawda marudzić, że nóżki, że już nie może iśc dalej, ale każdy kwiatek i ciekawszy kamyczek odwracały jej uwagę od zmęczenia:




Przy jagodach dzieci zupełnie zapomniały, że idą i idą, a samochodu wciąż nie ma, mimo, że tata obiecał parę zakrętów temu dotarcie do parkingu!




W pewnej chwili otoczyły nas roje much; nie muszek, które z lekka tną, ale właśnie much. Było to o tyle denerwujące, że brzęczało cały czas coś koło głowy. Iza zabrała ojcu bluzę i zasłaniała nią głowę, Gosia natomiast zarzuciła swój sweterek jak kaptur.




W pewnej chwili stanęliśmy na rozdrożu, bez jakichkolwiek znaków i Artur zaczął się poważnie zastanawiać, w którą strone pójść.





...zdecydował w końcu i ruszyliśmy na poszukiwanie zagubionego parkingu:




Ja jeszcze zachwycałam się widokami, ale dla dzieci najważniejszy był tylko jeden obraz - odpoczynku w aucie i wypicia gorącej herbaty! W pewnym momencie Izabelka zbuntowała się nawet, stanęła i ze łzami w oczach stwierdziła, że nie zrobi już ani jednego kroku! Na szczęście tata wziął ją na ręce i po jakichś 200 metrach znowu szła o własnych siłach.



W końcu dotarliśmy do upragnionego "ostatniego zakrętu" - to określenie przewijało się wielokrotnie podczas tej wyprawy - i dalej już naprawdę widać było parking.




Ja jeszcze pozachwycałam się fioletami, a za chwilę też dołączyłam do naszego rodzinnego pikniku z miętową herbatą w tle.



Mało na moim blogu innych wpisów, zwłaszcza tych związanych z robótkami, ale przyznaję, że w okresie od maja do końca września prawie nic nie zdziałałam na tym polu. Cieszyłam się pogodą, wycieczkami, przeczytałam mnóstwo książek, a wszystkie prace ręczne poszły w odstawkę. Może niedługo zacznę coś robić, ale póki co wciąż wspominam wakacje i nasze wyprawy; przeglądam zdjęcia i cieszę się widokami, któe udało mi sie "schwytać" w obiektyw.

2 komentarze:

  1. wyprawa przeurocza ale ja chyba pierwsza byłabym beksą,po 3 zakręcie to chyba bym szlochała, teraz bolą mnie nogi a co dopiero tam, ważne że Wam się podobało i daliście rady,

    OdpowiedzUsuń
  2. Widoki przepiękne,a wrzosowiska urzekły mnie kolorami też bym tak chciała!!!
    Pozdrawiam)

    OdpowiedzUsuń