niedziela, 9 marca 2014

Kildare Maze, Co. Kildare




Wybraliśmy się w lipcu na krótką wycieczkę z dziećmi. Miała to być tylko i wyłącznie wycieczka rozrywkowa, czyli praktycznie zero zwiedzania, a szaleństwo dziecięce na pierwszym miejscu.


Cel wyprawy znajduje się w hrabstwie Kildare i jego główną rozrywkę stanowią dwa labirynty: jeden ogromny, utworzony z tui i drugi, sporo mniejszy, zbudowany z drewnianych ścian.  Poniżej zdjęcie słabe, bo słabe, ale wciąż obrazujące rzeczoną rozrywkę.



Roślinny labirynt jest naprawdę duży. I tu mam na myśli to, że zagłębiając się w niego, nie ma możliwości spojrzenia ponad krzakami i zorientowania się w sytuacji(no, może poza Arturem, ale nawet on miał z tym problemy).



Dzień był upalny, po przejściu, jednokrotnym, połowy labiryntu i wyjściu z niego "wejściem", dałam sobie spokój na jakiś czas. Arturowi udało się raz - i tylko raz - znaleźć drogę przez całość. Większość ludzi, tak jak ja, wchodziła "wejściem" i wychodziła "wejściem", ciesząc się, że jednak udało się im nie zgubić:)




Część roślin jest nieco przeschnięta, ale wciąż spełnia swoje zadanie doskonale. Pytaliśmy, ile lat trwało przygotowanie tego do pierwszego wejścia? Zajęło to ponad sześć lat od posadzenia całkiem sporych roślin, do chwili, kiedy można się było za nimi schować. 6 lat nieustannej i dość pracochłonnej i kosztownej pielęgnacji...Żywopłot musiał być bardzo gęsty i osiągnąć ponad dwa metry wysokości.


W labiryncie, jak przystało na takie miejsca, są ślepe zaułki. Po wyjściu z nich, czasem naprawdę trudno zorientowac się, w którą teraz stronę należy podążyć.



W środku, szczególnie w taki dzień, jak ten, było upalnie i duszno. Zielone ściany skutecznie ograniczały najmniejszy powiew wiatru, którego przecież u nas nie brakuje! Do tego zapach olejków z potrącanych co chwila gałązek tui... wszystko to sprawiało, że wdychało się pachnące, gorące, wilgotne powietrze i po jakimś czasie miało się już tego dość



Zdjęć z labiryntu drewnianego nie zrobiłam. Był zdecydowanie mniej urokliwy, pachniało w nim środkiem zabezpieczającym drewno, pomieszanym z zapachem żywicy. W środku dzieciaki miały do przejścia trasę, na której rozmieszczone były dziurkacze - chyba 6 różnych wzorków - i zebrania ich "odcisków" na specjalnej kartce-bileciku. Dziurkacze pochowane były w zaułkach, które trzeba było wynaleźć, zbaczając z głównej drogi.

Oprócz dwóch labiryntów, mamy mały golf, czyli specjalnie wyznaczoną i przygotowana ścieżkę z przeszkodami. W recepcji dostaje się - nieodpłatnie - kijki do golfa i piłeczki i można się bawić do woli. Czas nie limitowany.




Do tego jest mały plac zabaw dla dzieci, wysypany drobniusieńkim piaseczkiem, który tego dnia był niemożliwie wprost gorący!




Na szczęście dla wszystkich, rozstawiony jest też ogromny namiot - taki, jak czasem przygotowują na wesela, ze ścianami i okienkami - w środku były stoły i ławy, i co najważneijsze, dużo cienia!
Nie pamiętam, czy właściciele mają jakieś posiłki, czy tylko napoje i słodycze, ale jak zauważyłam, każdy przyjeżdżał z gotowym koszem piknikowym, i o to chyba chodzi.
Nie jest to jednak wejście tanie, w porównaniu do ilości atrakcji. Jeździliśmy już w inne miejsca, gdzie za cenę takiej wejściówki, dzieciaki i dorośli mieli znacznie większe pole do działania. Jeden raz warto pojechać i zobaczyć, ale osobiście już bym tam nie wróciła.




Jadąc do labiryntów, jak zwykle w locie, zrobiłam zdjęcie małego kościółka w jakiejś miejscowości.




Urzekła mnie jego wieżyczka, ale nie było czasu na nic poza szybkimi fotami:





2 komentarze:

  1. Taki labirynt to fajna zabawa, sama chętnie podjęłabym takie wyzwanie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak miałam kilkanaście lat to marzyłam o znalezieniu się w takim labiryncie. W sumie do teraz wydaje mi się to fajne i z przyjemnością zmierzyłabym się z problemem odnalezienia prawidłowej drogi. Chciałabym jednak znaleźć się tam sama, wtedy to dopiero musi być adrenalinka :)
    Miłego tygodnia!

    OdpowiedzUsuń