czwartek, 27 lutego 2014

Oughaval Wood, Co. Laois




Jak już wspomniałam, zainaugurowaliśmy nasz sezon wycieczkowy krótkim wypadem za Stardbally.

Stardbally - z irlandzkiego znaczy miasto jednej ulicy. Miasteczko jest malutkie, ale z bardzo ładną zabudową. Żałowałam, że przejechaliśmy przez nie, jak byśmy byli na wyścigach. Może wybiorę się tam sama, bez Artura, to zrobię więcej fotek samej architektury.
Cała okolica Stardbally bogata jest w wapień i wiele z publicznych budynków w całym hrabstwie Laois, zbudowanych jest właśnie z kamienia pozyskiwanego z tych okolic.
W Stardabally znajduje się też muzeum maszyn parowych i kolei wąskotorowej. Co roku, w długi sierpniowy weekend, muzeum zapewnia rozrywki dla mieszkańców miasta i okolic, organizując festiwal.

My minęliśmy miasteczko - jak już wspomniałam, z prędością światła niemalże - i pojechaliśmy do pobliskiego lasu na spacer.

Oughaval Wood to 150ha lasu mieszanego z zachowaną tamtejsza przyrodą. Występują tu dęby, brzozy, buki, jesiony, platany klonolistne, sosny zwyczajne, daglezje, świerki pospolite i sitkajskie. Około 60ha to park krajobrazowy. Znalazło tu siedzibę wiele zwierząt, choć na obecność fauny narzekać nie można nigdzie w Irlandii. Na tych terenach leśnych żyją borsuki, wiewiórki (szara i ruda), zające, jelenie, lisy, ryjówki oraz cale mnóstwo ptactwa.
Zostały tu też wyznaczone trasy spacerowe:
Cobbler's Castle Walk - najdłuższa z nich, która okrąża cały las.

Mass Rock Walk - prowadzi do miejsca, gdzie w czasach, gdy  prawo zakazywało wyznawania wiary katolickiej, ludzie gromadzili się tutaj, w lesie, i mieli swoje nabożeństwa. Mass Rock długo po tym, kiedy wolność religijna znowu była powszechna w Irlandii, stała się miejscem, gdzie niektórzy z tubylców chcieli brać ślub, czy chrzcić dziecko. Nawet nasz przyjaciel Plunkett powiedział, że próbował tam załatwić swój ślub, ale już nie było to możliwe; albo on nie wiedział, jak do tego podejść.

Beech Way Walk - najkrótsza trasa prowadzi aleją buków, dodam, dorodnych buków.

Tego dnia wybraliśmy trasę pośrednią, ponieważ na ścieżce prowadzącej na dłuższy odcinek, pracowali panowie, uprzątający zwalone podczas huraganu drzewa. Zatem, zupełnie przypadkowo, trasa nam się skróciła, co może i na dobre wyszło, bo pogoda wyraźnie zaczynała się psuć Artur wieszczył, że dzięki moim genialnym pomysłom wycieczek w lutym, wszyscy jeszcze raz przejdziemy przez choróbsko. Na szczęście dla nas, nic takiego nie nastąpiło.


Jak w każdym tego typu miejscu, mamy tablicę z mapą,  z opisami tras i tego, co to za miejsce, i czego można się po nim spodziewać.





Zaraz przy wylocie z parkingu otacza nas las:



Wiele drzew ma korę pokrytą grubą warstwą mchu; nierzadko w mchu zakotwiczają się paprocie i bluszcze.



Droga zaczęła lekko podbiegać w górę; w zasadzie, droga okalała niewielkie wzgórze, stąd jedną stronę trasy otaczały spiętrzone skały i kamienie, kiedy druga, opadała w dół. To wszystko obficie przykryte mchami, bluszczem i porostami:



Czasem można było zauważyć miejsca, którymi spływa woda:



W ostrym świetle słońca, mchy jarzyły się wprost nienaturalną zielenią:



Tworzyły też "miniaturowe lasy" przy ziemi, obrastając patyki i malutkie krzaczki:



Ogromne drzewa przyciągały uwagę monochromatycznymi mozaikami roślinności:



Dziewczyny szalały i nijak nie chciały stanąć w miejscu:



Iza jest jak iskra, jak żywe srebro; chwilkę stoi i już w następnej sekundzie jej nie ma:


Siostrzana miłość:



Las jeszcze jest pusty, ale za to jakie widoki nam funduje!



W końcu dotarliśmy do Mass Rock. To w tym lesie ludzie potajemnie zbierali się na msze. Drzewa, które widać to tuje bądź cyprysiki. Są niemalże identyczne. Kiedy są trochę mniejsze, rospoznaje się je po szczycie drzewa. Cuprysik ma przewisający czubek, kiedy tuje zawsze prosty.
Przyznam, że drzewa zrobiły na mnie wrażenie. Ta potęga!



Patrzyłam w górę i zastanawiałam się, ile mogą mieć lat, skoro te o niebo mniejsze tuje, które ostatnio widzieliśmy, liczyły około 50?



Tych drzew nie byłamw  stanie objąć, a dzieciaki, wyglądają przy nich jak karzełki:



Jak się potem okazało, las został posadzony po 1600 roku. Teraz już można zrozumieć skąd ta potęga! Pod jednym z drzew, wykute w skale naczynie, jak łatwo się domyśleć, na święconą wodę:




To zdjęcie robiłam stojąc już wysoko, ponad "leśną kaplicą", równając się z koronami tych majestatycznych drzew. Słaba jakość, ale widać gałązki, tak charakterystyczne dla obu tych gatunków, o których wspominałam:



I w końcu znaleźliśmy się w alei buków...



...pięknie omszonych, ale z wciąż widoczną gładką, srebrna korą:



Dziewczyny zaczęły się ganiać wśród drzew, po czym nagle najstarsza zawstydziła się i zasłoniła twarz przed aparatem:




I na koniec nasze wspólne zdjęcie - oczywiście też bez najstarszej pociechy:


8 komentarzy:

  1. Aniu, cudowna ta Wasza wycieczka, niesamowite widoki!!!
    Jak ja bym chciała pospacerować w takich lasach, hmmmm... Oglądając zdjęcia ,niemalże chłonęłam zapach tych gigantycznych, monumentalnych drzew, pięknie tam macie ...Widoki Zapierające dech w piersiach !
    Dziewczynki miały wspaniałe tereny i mogły faktycznie się wyszaleć, nawdychać powietrza, wybiegać.
    Tak po cichu (i tak pozytywnie) to zazdroszczę Wam tych krajobrazów ;) wręcz bajeczne klimaty.
    Pozdrawiam AgA

    OdpowiedzUsuń
  2. O ja też zazdroszczę :). Ile energii musi się kryć w tych drzewach. Aleja buków- coś pięknego :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowite miejsce, może być scenerią dla strasznych filmów - te omszałe drzewa wyglądają strasznie i pięknie zarazem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie opowiadasz. Jakbym z Wami tam była. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana jesteś za te relacje i zdjęcia. U nas takich miejsc jak na lekarstwo a tak chodzę z Wami:-))

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za miłę słowa; cieszę się, ze wycieczka udana.

    Anka

    OdpowiedzUsuń
  7. magiczny las, uwielbiam takie miejsca, zrobiłaś przepiękne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękny ten las mchu i paproci ;)

    OdpowiedzUsuń