niedziela, 29 września 2013

***



W szkole Gosi powoli się uspokaja, a może to chwilowa cisza przed burzą? Dla dobra Małgosi, mam nadzieję na to pierwsze. Podobno nauczycielka zaczęła być miła w stosunku do mojej córki. Nawet pochwaliła ją za testy; trzy tygodnie z rzędu zaliczone na prawie 100%, więc chyba nie jest źle? Tym bardziej, że jeden z testów dotyczy irlandzkiego, czyli przedmiotu, w którym nie mogę pomóc dziecku absolutnie. Na szczęście ona radzi sobie z tym świetnie i jeśli wierzyć opinii poprzedniej nauczycielki, jest w czołówce najlepszych w  klasie.
Emocje trochę opadają - myślę, że organizm nie jest w stanie znosić wysokiego napięcia non-stop, więc tak czy siak, sam się broni i odsuwa złe myśli gdzieś w kącik. Zapewniam Was jednak, w wyobraźni "zabiłam" nauczycielkę już kilka razy, w najbardziej wyszukane sposoby.

W tygodniu byliśmy zajęci przemeblowywaniem domu(tak troszkę), ale o tym kiedy indziej.

Od piątku gościliśmy moją siostrę, która dziś wyjechała do Dublina, a za kilka dni wylatuje "na chwilę" do kraju.
Zazdroszczę jej trochę tego pobytu tam, Świąt...
Właśnie, święta... w niektórych sklepach pojawiły się już bożonarodzeniowe produkty! To się robi chore!!! Niedługo w maju lub czerwcu zaczniemy przygotowywać się do Bożego Narodzenia. Czuję niesmak.

Pogoda nas rozpieszcza; cały tydzień było fantastycznie, a od piątku - gorąco! 25 stopni, słońce... aż wierzyć się nie chce, że to jesień. Jeśli nadal tak będzie, to chyba umyję moje auto, może nawet położę wosk? W końcu można go troszkę rozpieścić, prawda? Co prawda mój sąsiad twierdzi, że dla samego piękna, nie opłaca się polerowac srebrnych wozów, bo i tak prawie na nich tego nie widać(poprzedni, niebieski renault wyglądał pięknie, kiedy go wypolerowałam i pociągnęłam czarne listwy odpowiednim środkiem; na srebrnym tego efektu nie ma).

Chciałabym jeszcze pojechać do Emo, zrobić kilka zdjęć, zabrać aparat do Portlaoise, na trasę nad kanałem, też cyknąć fotki, póki jeszcze nie jest szaro-buro i deszczowo.

Chciałabym...

poniedziałek, 23 września 2013

Maleńka kolekcja


Jeszcze w sierpniu zgromadziłam kilka wydruków akwareli. Leżały dość długo, czekając na oprawę, jako że musiałam wyrzucić wszystko z jednego ze schowków, aby dostać się do zachomikowanych dawno temu ramek. Potem była selekcja. A czy ta? A może tamta? Może ta większa, może ta szersza... W końcu, kiedy zestaw ramek juz leżał przygotowany, zabrałam się za brystol i dobieranie tła. Na koniec, szybkie ułożenie na podłodze(przymierzanie, jak, gdzie, który obrazek) i w końcu młotek w dłoń, kilka gwoździ i jest:







Na razie na ścianie zagościły tylko wydruki obrazów/obrazków. Zaczynam jednak szukać prawdziwych, bo choć sama nie jestem mistrzem pędzla, to zawsze uwielbiałam obrazy.

sobota, 21 września 2013

Mija wrzesień


Dziś zdałam sobie sprawę, że wrzesień zbliża się do końca, a ja nawet nie zdążyłam zgrać tych kilku zdjęć - dosłownie kilku! - które zrobiłam. Nie wiem dlaczego czas mi tak ucieka. To znaczy wiem; byliśmy wszyscy zajęci niemożebnie! Artur, wiadomo, cztery pełniutkie dni w pracy, z tego jedna nocka, czyli kolejny dzień po nocnej zmianie i tak należy w większości do Morfeusza, a nie do nas. Zostaje nam dwa dni, kiedy jesteśmy całą rodzinką i przypada to na środek tygodnia, czyli jak zawsze, ze względu na pracę męża, "weekend" u nas wypada inaczej niż u innych:)

Gosia jest w trzeciej klasie szkoły polskiej i w końcu!!! powiedziała, że lubi tę szkołę. Kamień z serca mi spadł.

Teraz dochodzę do wniosku, że dni wrześniowe uciekły nam tak szybko, bo wszystko skupiało się wkoło irlandzkiej szkoły, a dokładnie, nauczycielki.Każdy dzien był stresujący. Napięcie towarzyszyło mi przez całe przedpołudnia. Był moment, kiedy naprawdę chciałam umówić się na poważną rozmowę(bo z tą nauczycielką nie załatwi się nawet drobnostki po lekcjach, masz mieć umówioną wizytę i koniec; nie wyśle się notki, bo pani ma alergię na papier i notatki rodziców, tak... to już poruszę z nią na pewno przy najbliższym naszym spotkaniu-starciu). Wstrzymałam się jednak i tylko powtarzałam mojej córce, że ma wywiązywać się ze swoich obowiązków w szkole. Jeśli u niej będzie "czyste konto", to ja spokojnie pójdę na rozmowę z nauczycielką. Dodałam też, że nauczyciel nie musi jej lubić, tak samo, jak ona nie musi lubić nauczyciela i antypatia pani nie ma tu,a  przynajmniej nie powinna mieć, nic do rzeczy.

Gosia jest bardzo wrażliwa, rzec można nawet, przewrażliwiona na punkcie krytyki. Już w poprzednim roku chciała robić wszystko perfekcyjnie i kiedy coś nie wyszło, wściekała się lub prawie płakała, na co jej nauczycielka zwróciła mi uwagę. Sama nawet tłumaczyła Gosi, że każdy popełnia błędy i że oni dopiero się uczą, więc tym bardziej mają do tego prawo.
W tym roku zupełny zwrot! Nauczycielka dorwała Gosię - PIERWSZEGO DNIA SZKOŁY - zwróciła jej ostrym głosem uwagę, że narysowana przez nią linia jest nie do końca prosta, a oni mają robić WSZYSTKO DOBRZE OD SAMEGO POCZĄTKU I ZA PIERWSZYM RAZEM! Po czym wyrwała kartkę z zeszytu dzieciaka i sama narysowała tabelkę. Gosia byłą w szoku, ja przyznam, że podobnie. Kiedy dziecko płakało, bo pani zawstydziła ją przed całą klasą, ja zastanawiałam się skąd taka agresja? Przecież nie mogła "poznać się na niej" po pierwszych godzinach i stwierdzić, że to na pewno będzie zły dzieciak!
Krytyka w kierunku mojego dziecka powtarzała się przez pierwsze 2 tygodnie. Ostatnio już prawie szłam do sekretariatu, żeby się umówić na spotkanie, kiedy Gosia stwierdziła, że pani nagle zaczęła ją chwalić. Dlaczego? Bo zaliczyła trzy testy na najwyższych notach? Czy dlatego, że zaczęłam podpisywać prace domowe coraz bardziej zamaszyście, żeby wyładować swój gniew?
Właśnie, jeszcze jedno: pani życzy sobie, aby rodzic wpisywał ile czasu zajęło zrobienie pracy domowej. I wiecie co? U Gosi zawsze jest źle: za długo, albo za krótko, kiedy dzieci z dokładnie tym samym czasem, są chwalone.... Korciło mnie, żeby wpisać czas ze stopera, np. 18min 29 sec Wiedziałam jednak, że to odbije się na mojej córce.
Nic to... na razie obserwuję i czekam; pytam codziennie, jak było w szkole i co tym razem usłyszała od nauczycielki. Zapisuję. Albo będziemy pierwszymi, którzy nie będą bali się walki i ją podejmą, albo wszystko się uspokoi. W końcu chyba kobieta nie jest na tyle głupia, żeby stwierdzić, że przez poprzednie 4 lata wszyscy nauczyciele się mylili i moje dziecko nie należy do tych najlepszych, tylko najgorszych. Czekam z niecierpliwością na nasze PIERWSZE STARCIE, a Artur już komentuje, że pójdę jak czołg:)


A póki co... Zdjęcie z lata:



piątek, 20 września 2013

Igrzyska śmierci - Hunger games



Ot tak przypadkowo wpadły mi od razu trzy tomy w oko, kiedy weszłam do mojego ulubionego SH. Nie oparłam się, zakupiłam.

Zaczęłam czytać pierwszy tom - film już mam za sobą dawno temu; chciałam sprawdzić jak daleko odbiega jedno od drugiego. Jestem przyjemnie zaskoczona, bo różnice są znikome.
W listopadzie, dokładnie 22 w Irlandii, do kin wchodzi część druga - "Catching fire". Ponieważ nie mamy nikogo, kto by nam został z dziećmi, prawdopodobnie będziemy musieli jechać osobno do kina. Póki co, jestem przy końcu drugiego tomu. Ciekawi mnie niezmiernie, jak zostanie przedstawiony na dużym ekranie.

wtorek, 17 września 2013

Jesień w aparacie



Będąc na torfowiskach, zauważyliśmy już wyraźne oznaki nadchodzącej jesieni. Przyroda szykuje się do zimowego snu. W powietrzu fruwają nasiona, rośliny brązowieją, żółkną...









Nabrzmiałe nasionami, tworzyły swoistego rodzaju obrazy...




...które pod wpływem wiatru szybko zmienią swe oblicze.




Znaleźliśmy też grzyby:



Nie wszystko jednak było żłótobrązowe. Część przyrody wciąż cieszy się słońcem, które chwyta swoimi liśćmi, a potem przetwarza we wciąż piękne kwiaty:






Motyle wciąż fruwają - mogę dodać, że w olbrzymich ilościch! - i mają co robić.


 W pewnej chwili byliśmy dosłownie otoczeni motylami; jeszcze nigdy nie znalazłam się w miejscu, gdzie krążyłoby ich aż tyle! To było jakby przejście do innego świata. Słoneczna polana, strumień, pełno czarnych jeżyn,a  wśród tego bzyczenie owadów, kolorowe skrzydła motyli i mieniące się tęczowo ważki, stojące jakby w powietrzu. Magia!



Kiedy dochodziliśmy już do parkingu, otoczył nas nagle szum trzcin, kołyszących się w delikatnym wietrze:



Na kolejne takie chwile przyjdzie nam poczekać kilka miesięcy:) Póki co zaczynam wyjmować świece i lampiony, żeby móc zacząć rozświetlać wieczory.

czwartek, 12 września 2013

Lough Boora Parklands. Co. Offaly



Ponieważ lubimy sobie pospacerować, szczególnie w lekko dzikich okolicznościach przyrody, staramy się zawsze znaleźć miejsca, gdzie będziemy mogli spędzić kilka godzin na włóczeniu się między łąkami, lasami czy innymi atrakcjami natury.
Takim idealnym miejscem jest Lough Boora Parkland.  Kto życzy sobie znaleźc informacje, wystarczy kliknąć na nazwę.

Jak można określic to miejsce najkrócej? Miłośnicy spędzania czasu na wolnym powietrzu na pewno znajda tu coś dla siebie. Można wybrać się na spacer, pojechać rowerem(wypożyczalnia rowerów funkcjonuje na miejscu; są też przyczepki dla dzieci), łowić ryby...Są oczywiście stoliki piknikowe, są trasy przewidziane na dłuższe i krótsze wycieczki. Wszystko to na terenie torfowiska... 
Jest oczywiście możliwość poznania historii sprzed wielu lat(tam nie dotarliśmy, niestety), jest też coś dla oka i duszy - rzeźby - dość modernistyczne w mojej opinii; o sztuce opowiem następnym razem. Dziś zapraszam na spacer przez wrzosowiska.


W końcu zobaczyłam trochę więcej wrzosów, niż tylko kilka krzaczków. Śmieszne to może, ale po tylu latach na Wyspie, wciąż nie mogłam trafić na moment, kiedy Góry Wiclow są pokryte fioletem. Już kilka osób mi wspominało, jak pięknie to wygląda i za każdym razem trafiałam na początek lub na samą koncówkę kwitnienia. Zatem tutaj miałam taką leką  namiastkę fioletowych połaci.



Oczywiście torfowe zbocza w zestawieniu z wrzosami, to coś wspaniałego.



Most, o którym napiszę w kolejnym poście.


Izabela, zaopatrzona w swoje krakersy, wędrowała całe kilometry bez jęczenia. Zachwycała się kamykami, krzaczkami i kwiatuszkami, że o robaczkach i wszelkich insektach nie wspomnę.




Były momenty, kiedy wkraczaliśmy w pustkę. Niby droga usypana, widoczny szlak spacerowy czy ścieżka rowerowa, ale wszędzie tylko odgłosy natury i nic więcej. No, może poza okrzykami naszych pociech.



W końcu zobaczyłam sitowie na żywo. Do tej pory tylko wyobrażałam je sobie, a tam, rosło wszędzie. Zdaje się, że to z tego, wczesną wiosną, Irlandczycy plotą krzyże Św. Brygidy.



Wzdłuż drogi płynęła sobie rzeczka; malutka, bo malutka, ale za to pięknie obrośnięta roślinnością:



Bardzo modernistyczny most, który posłużył nam jako miejsce odpoczynku i pikniku:



Każda rzecz na tym szlaku miała swoje miejsce i przeznaczenie. Nawet to żelastwo, między którym biega najmłodsza. Szerzej napiszę o nim w kolejnej notce, bowiem metalowa konstrukcja to rzeźba z przesłaniem:



Krótki odpoczynek na starym pniu:



Woda, lasy...



Niebo, trawy...



...i moja rodzina, gdzieś w oddali.



Pogoda znowu nam dopisała: bardzo ciepło, lekki wiaterek...



Dziewczyny zachwycały się pałkami wodnymi:



...których rosło całe mnóstwo. Połyskiwały brązem wśród morza zieleni:



Reczka kręciła zakolami, tworząc urocze zakątki:



Stara droga wiodąca na nieczynne już torfowisko:



I nasz krótki odpoczynek połączony z piknikiem







Przed oczmi Artura rozpościerał się taki widok:



I ostatni odcinek wycieczki - 6 km wśród lasów




W pewnej chwili Izabela poczuła chęć odpoczynku:


Obawialiśmy się, że najmłodsza nie pokona trasy, która w sumie liczyła 10km. Artur niósł ją jakieś 200 metrów, po czym mała pobiegła przed siebie.

Wkoło widać było już nadchodzącą jesień. Rośliny kołysały na wietrze kłosy na wpół puste, nasiona fruwały wkoło nas, gdzieniegdzie żółte liście brzozy wirowały w powietrzu.



Nie muszę chyba mówić, że dzieciaki poczuły napływ sił w momencie, kiedy ujrzały bliski koniec spaceru?



Spacer, wraz z odpoczynkami, zajął nam około 3 godzin, może troszkę więcej. Dzieciaki były zmęczone, my zadowoleni. Chciałabym pojechać tam raz jeszcze, ale nie sądzę, żeby to się udało. Zawsze, kiedy obiecuję sobie powrót w jakieś miejsce, nigdy do tego nie dochodzi.

środa, 11 września 2013

Brak słońca na dworze...



...ale wciąż mam je "zamknięte" w kwiatach, na zdjęciach.

W ramach szkolnych prac w poprzednim roku szkolnym, Monika siała nasiona słonecznika. Potem przyniosła wynędzniałą roślinkę do domu. Posadziliśmy ją w kącie ogrodu, nie dbaliśmy zbytnio - ot tak, żeby nie umarła i w końcu, w sierpniu, słonecznik zakwitł. Mały ten kwiat, niezbyt okazały, bo i nie doglądany należycie, ale cieszył oczy odblaskową niemalże żółcią.




Przypomniały mi się od razu słoneczniki w ogrodzie moich rodziców. Z dzieciństwa pamiętam olbrzymie, wysokie rzędy roślin, zwieńczone wielkimi kwiatami, które stopniowo pochylały się pod ciężarem wypełniających je ziaren.
U nas słonecznik jest mały, ale za to rozświetlił cały ogród.




Hippeastrum zaskoczyło mnie troszkę swoją ponowną gotowością do kwitnienia. Kiedy już pierwszy kwiat zaczął się rozwijać, wystawiłam pojemnik przed dom i tam białe kwiaty "czarowały" przechodzących swoim niezaprzeczalnym blaskiem.


Teraz hippeastrum już wróciło na swoje dawne miejsce, na tyłach ogrodu, żeby znowu zebrać siły i po odpowiednim potraktowaniu zakwitnąć w roku następnym.

niedziela, 8 września 2013

Lato minęło, a szafki nie są wykończone




Już w kwietniu wspominałam o szafkach nocnych, które wymagały trochę pracy. Póki co, minęły całe wakacje, a ja zdażyłam tylko wyszlifowac wszystko, co częściowo pokazałam już poprzednim razem. Udało mi się też kiedyś złapać dobrą pogodę i pomalowałam szafki jedną warstwą farby.




Ponieważ skusiłam się na jakąś tańszą farbę niż dulux, dostałam za swoje.




Farba nie dość, że śmierdząca nieznośnie, to jeszcze schła, i schła, i schła... Całe malowanie odbywało sie na zewnątrz, co w zestawienie z irlandzka pogodą, nie szło w parze. Potem pogoda nam dopisała, ale zaczęły się też wakacje, a co za tym idzie - dzieci w domu! Malowanie odeszło w zapomnienie.




Jedyne, co uważam w tej farbie za plus to to, że pokryła wszelkie nierówności blatu, a uwierzcie, było co wypełniać! Jeśli się dobrze przyjrzeć, to wciąż widać ciemniejsze plamy, które wymagaja przeszlifowania jeszcze raz i conajmniej dwukrotnego pomalowania.
Mam cichą nadzieję, że teraz, kiedy Izabela jest już dwa dni w przedszkolu, kiedy dzieci chodzą do szkoły i nie muszę 3/4 dnia spędzać na placach zabaw, wszystkie prace ruszą do przodu.
Nauczona doświadczeniem zaopatrzyłam się w ulubionego duluxa i czekam na moment.


piątek, 6 września 2013

*****












"Ćwicz swój wzrok. Po to został ci dany, abyś widział więcej i patrzył dalej"


                                                                                                                            /P. Coelho/







środa, 4 września 2013

Zaczęliśmy szkołę bardzo intensywnie



Rok szkolny już chwilunię trwa... Wrażenia?

Monika zadowolona chodzi do szkoły; nawet nie ma wielkich problemów ze wstawaniem po wakacyjnym leniuchowaniu do 9-tej. Dostała pierwszą nagrodę za piękne kolorowanie i liczy na to, że niedługo zdobędzie kolejną.

Gosia ma w tym roku szczególną nauczycielkę(co roku zmienia się tutaj nauczyciel, więc za każdym razem jest loteria, na kogo padnie). Już w wakacje doszły mnie słuchy i różne historie na temat tej pani. A to, że jest sroga i wymagająca(czego akurat nie żałuję) i że nawet najlepsi uczniowie sobie nie radzą, a to że złośliwa, a to że upierdliwa... nie wiem, nie miałam jeszcze przyjemności(wątpliwej, należy sądzić po opisach) spotkać tej "lady". Wiem na pewno, że blady strach padł na klasę,w tym na Gosię. Minęło jednakże 4 dni, jakoś dajemy radę. Pracy domowej jest sporo, ale ludzie! w PL miałam o niebo więcej i jakoś nie umarłam od tego. Czasem myślę, że tutejsi rodzice starają się usunąć każdą przeszkodę z drogi dziecka, nie pozwalają mu się przemęczać, za dużo uczyć, itp. Większość współczuje mojej córce, że ta, raz w tygodniu, jeździ do polskiej szkoły. Biedne, wymęczone dziecko! Tak, jest na pewno zmęczona, ale przeżyje.
Wracając do sprawy nauczycielki Gosi, to widzę tylko jeden problem: jeśli będzie w jakikolwiek sposób poniżać dzieci(tu chodzi mi osobiście o moje własne dziecię), to będziemy rozwiązywać sprawę. Jeśli problemem jest tylko dyscyplina, którą wprowadza w klasie i ilośc pracy... to damy radę. I cały czas powtarzam to mojej córce: najważniejsze, żeby znała swoje obowiązki i się z nich wywiązywała, a z resztą poradzimy sobie wspólnie.

Izabela zaczęła przedszkole. Wczoraj i dziś zaliczyła swoje pierwsze dwa dni. I tylko tyle będzie w tym roku na tydzień, bo i tak muszę to opłacić. W przyszłym roku zacznie pełen tydzień. Póki co, zadowolona wraca z przedszkola i szeroko opowiada o tym, co było i co ja spotkało. Samo przedszkole nie jest dla niej czymś nowym, bo chodziła tam po Monikę, poza tym nauczycielkę zna od strony prywatnej, jako że jest to moja koleżanka, która bywa w naszym domu. Izabela była niezmiernie oburzona, a nawet zagniewana, kiedy podczas wakacji Sheila nie zabrała jej do przedszkola!  Z wyraźnie okazanym żalem odwróciła się plecami do Sheili i poszła na górę, gdzie rozległ się płacz. Tak więc teraz będzie w końcu miała swoją wymarzoną panią, może nie tylko dla siebie, ale przynajmniej na dość długo.


Jutro jedziemy pierwszy raz w tym roku szkolnym do szkoły polskiej. Tym razem będą to czwartki. Mam nadzieję, że nie załamię się w trakcie i dotrwam do końca, do kolejnego czerwca! Może wydaje się to niektórym dziwne, ale ogarnięcie tego wszystkiego jest problematyczne. Gosia przybiega za szkoły irlandzkiej, ma pół godziny na szybki obiad, przebranie się i już śmigamy 25 kilometrów do szkoły polskiej. Tam spędza 2,5 godziny, ja w tym czasie robie zakupy(jeśli jestem z pozostałą dwójka dzieci, to jest to bardziej upierdliwe do ogarnięcia, jeśli jestem sama... to nawet przyjemne). W zimie modlę się o to, żeby nie było gołoledzi, kiedy wracamy w nocy do domu. Tylko dwa razy zdarzył mi się taki powrót w tamtym roku i nie chciałabym tego powtarzać. W domu - praca domowa ze szkoły irlandzkiej, kolacja, ogarnięcie spania, itp. Jedyną rzeczą, o której marzę takiego dnia, jest pójście do łóżka, bo naprawdę padam na pysk!
Zatem... trzymajcie kciuki, żebyśmy wytrwali. Wszyscy.




wtorek, 3 września 2013

Zanim skończyło się lato...





...pojechałyśmy z dziewczynami na jeżyny. Były piękne, soczyste i oblepiały gałęzie do tego stopnia, że nie można było ruszyć się z jednego miejsca.
Zabrałam ze sobą dwa dwulitrowe pojemniki, ale już po 15 minutach były pełne. Zaczęłyśmy więc jeść jeżyny prosto z krzaka.



A tu tylko jedna z gałązek - zapowiedź dalszych obfitych zbiorów.


Może w tym tygodniu w sobotę wybierzemy się znowu? 




niedziela, 1 września 2013

Zmiany czasem widać dopiero przy porównaniu




Ostatnio wyjęłam nowe materiały i zdekatyzoowałam je tak na wypadek jakiegoś... natchnienia? Wisiały sobie w ogrodzie i schły:




I wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo zmienił się nasz tylny ogród. Jest zielono, jest trawa, kwiaty... Tak, bałagan dzięcięcy też, ale to jakby normalne.


Cztery lata temu wyglądało to tak:





Brak trawy, błoto, chwasty.... porażka. Myślałam, że nigdy z tym sobie nie poradzę.




A ogród frontowy miał się tak:





Gdy tymczasem obecnie kwitnie całą pełnią. I kto by pomyślała, że wszystko aż tak się zmieniło?



Dopiero przejrzenie dawnych zdjęć, uświadomiło mi ten ogromny krok do przodu!