sobota, 31 sierpnia 2013

Wycieczka, która zaprowadziła w inne miejsce, niż był plan




Któregoś pięknego letniego dnia,  tym bardziej pięknego, bo Artur był w domu, postanowiliśmy pojechać w  jakieś miejsea, w którym jeszcze nie byliśmy. Jak to u nas, wstaliśmy rano, przy leniwym śniadaniu, nagle podjęta decyzja. Szybkie przeszukanie zasobów papierowych przewodników w  domu, potem w internecie i... jedziemy. Wybraliśmy jakąś trasę na dłuższy spacer. Trasa wychodziła z miejsca położonego jakieś 10km od miasta Kilkenny. Po drodze żadnych znaków prowadzących na ten szlak nie znaleźliśmy, Artur uniósł się dumą i nie zapytał nikogo owskazówki. Co więc robić?
Zdecydowaliśmy, że jedziemy do Kilkenny. Byliśmy tam już dwa lata temu. Poprzednim razem zwiedzaliśmy zamek, więc teraz  darowaliśmy sobie tę rozrywkę. Wybraliśmy trasy spacerowe biegnące wzdłuż rzeki i tak oto wycieczka, która zapowiadała się na totalną klapę, zakończyła się całkiem nieźle.




Zanim jednak do tego doszło, pokłóciliśmy się z Arturem ze trzy razy, z czego tylko ostatnia kłótnia była owocna.



Najpierw krążyliśmy po Kilkenny, w którym wszystkie samochody wyjechały na ulice, bo nadeszła pora lunchu. Wśród tych krętych, jednokierunkowych uliczek, między morzem aut, dotarliśmy pod zamek, żeby zaparkować. Wszystko okazało się zajęte. Artur zatrzymał się na miejscu dla autokarów, co mnie irytowało. Wysiadłam z auta i zaczęłam szukać czegoś innego. Na szczęście ktoś własnie odjechał, stanęłam więc na jezdni i machałam do męża, żeby przyprowadził tutaj samochód. W momencie, kiedy podjeżdżał, podniosłam głowe do góry i zobaczyłam znak zakazu parkowania, stojący dokładnie obok mnie. Oczywiście Artur też to zauważył i się wściekł. Stwierdził, że poprzednie miejsce było lepsze! W tym momencie nadjechała garda. Czekaliśmy w lekkim napięciu, ale oni nie zwrócili na nas uwagi. Wypomniałam oczywiście mężowi, że gdybyśmy stali tam, między autokarami, to na pewno zauważyliby dysproporcję w rozmiarach pojazdów i być może dostalibyśmy mandat, a tutaj tak bardzo nie rzucamy się w oczy. Wkurzony Artur nie uznawał moich argumentów,nagle stwierdził że nie ma kluczyków i wściekł się.





Nasza dyskusja podniesionymi głosami wywołała zainteresowanie kierowców autokarów, którzy zaczęli nas obserwować:) Nie da się zaprzeczyć, że było to urozmaicenie w ich nudnym oczekiwaniu na turystów. A mieli na co patrzeć. Wypakowałam wszystkie rzeczy potrzebne na piknik, po czym zaczęłam je w złości wrzucać do bagażnika. Dzieci były odpinane, po czym na powrót przypinane pasami. Przewracaliśmy wszystko, w poszukiwaniu kluczyków, wymieniając wściekłe uwagi. Zaczęliśmy prawie zrywać wycieraczki, gdy Monika oznajmiła z uśmiechem, że ma kluczyki. Ciśnienie w nas opadło i w tym samym monecie jeden z zaparkowanych samochodów(zaparkowanych prawidłowo!) wyjechał, zwalniając miejsce. Mój małżonek czym prędzej przestawił nasze auto i już wolni od jakichkolwiek wyrzytów sumienia, poszliśmy na spacer i piknik, kończąc tym samym przedstawienie w dwóch aktach. Kierowcy wrócili do czytania gazet:)






 Wśród drzew było mnóstwo większych i mniejszych ścieżek. W parku umieszczono wiele budek dla różnych gatunków ptaków. Znaleźliśmy też zawieszony ul. Nie wiem czy było to szczególnie szczęśliwe miejsce, bo wybrane drzewo rosło przy ścieżce spacerowej, dodatkowo, obok postawiono ławkę. Dziwne to trochę, bo ja nie mogłabym spokojnie wypoczywać, kiedy pszczoły krążyłyby obok mnie.




Doszliśmy w końcu do małego stawu, który jest miejscem rekonwalescencji ptactwa wodnego. Tam, między innymi, wrócił do pełni sił łabędź, który miał poważnie pokiereszowane skrzydła po tym, jak wpadł na druty wysokiego napięcia.
Podczas sezonu lęgowego nie ma wstępu na ten teren.






Woda w stawie wygląda malowniczo, dzięki roślinności wyrastającej ponad powierzchnię i tworzącej mozaiki:

Dowiedziałam sie, że staw jest utworzony przez ludzi około 19-tego wieku. Był to rezerwuar wody, zasilany ze źródeł. Woda stąd pompowana była w górę, do zamku, dzięki ówczesnej stacji ciśnień. Jej pozostałości wciąż można oglądać.





Staw jest pełen roślin, które w normalnych, przydomowych oczkach wodnych, traktowane są jako chwasty(Crasulla hemsil, Veronica anagellis aquatica ). Rozpszestrzeniają się niezwykle szybko i stanowią poważny problem. Tutaj jednak dają schronienie dla wielu organizmów, które z kolei sa podstawą żywienia ptactwa wodnego. Oczyszczanie stawu przeprowadzane jest dopiero około września.



Oczywiście nie mogło zabraknąć zdjęcia z zamkiem w tle:



I tak oto nie dotarliśmy tam, gdzie chcieliśmy, ale mimo wszystko, wycieczka była niezwykle udana.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Ostatni tydzień wakacji




Nawet nie tydzień, bo zaledwie trzy dni. W czwartek dzieciaki idą do szkoły. Bez uroczystych rozpoczęć, bez akademii, występów, itp. Po prostu, pierwszy dzień nauki. Może nawet nie nauki, ale zapoznania się z nowymi nauczycielkami, rozłożenia książek na nowych stolikach, w nowych klasach.
Tylko Izabelka jeszcze wolna, bo upiecze się jej te kilka dni z pierwszego tygodnia. Ona zaczyna dopiero 3 września. W tym roku będzie chodziła tylko dwa dni do przedszkola. Cała jest podekscytowana; za każdym razem, kiedy widzi Sheilę - nauczycielkę z przedszkola - zapytuje ją, czy już dziś idzie z nią? Staram się unikać takich spotkań, bo do tej pory Izabelka była niezwykle rozczarowana, wręcz zła, kiedy słyszała odmowę. Zobaczymy, jak to będzię, kiedy przedszkole zacznie się na dobre!

Książki i zeszyty obłożone, piórniki i kredki czekają...

Dziś zdejmuję mundurki ze strychu. Będę musiała je trochę przewietrzyć, potem dziewczyny przymierzą je i zobaczymy, czy trzeba coś jeszcze dokupić. Prawdopodobnie nie, ale...


piątek, 23 sierpnia 2013

Glendalough, Co. Wicklow



Kolejny raz wybraliśmy się w góry Wiclow. Tym razem był to już nieco dłuższy spacer, bo Izabela samodzielnie pokonała całą trasę. Za rok może będzie to jeszcze dłuższy szlak, a potem jeszcze dłuższy... chciałabym nauczyć dzieci czerpania radości z przyrody, z bycia sam na sam z lasem, jeziorem, górami...


Jeszcze w drodze...


...ale już blisko celu, już w górach...





I spacer. Nasz dołem, dziewczyn - górą, po bardziej ekstremalnych ścieżkach:



Wszystkie radziły sobie doskonale. Nie wiedzieć kiedy dotarliśmy do pierwszego jeziora(Lower Lake - Jezioro Dolne). Ponieważ byliśmy tam wcześniej, tym razem nie schodziliśmy nad wodę.




Poszliśmy nad Jezioro Wyższe - Upper Lake. Po drodze oczywiście skoki, wspinaczka, itp. Dzieci z upodobaniem biegały wśród lasu paproci.



Nie obyło sie bez upadków, na szczęście niegroźnych.






Jeśli Izabela nie dawała rady, starsze pomagały jej w pokonywaniu przeszkód. Artur patrzył na to trochę krzywym okiem, z obawy, że coś im się stanie. Ja pozwalałam na troszkę więcej swobody. W końcu spacer po prawie równej drodze to dla nich nie atrakcja!



Dzięki temu, że dzieci zajmowały się same sobą, ja miałam chwilkę na zdjęcia.



A widoki czasem były niesamowite. Nawet zwyczajne mchy i trawy tworzyły niezwykłe obrazy.




Doszliśmy w końcu nad wodę. Większość dnia była pochmurna, ale w momentach, kiedy słońce wyszło zza chmur, woda lśniła.



Delikatne fale muskały brzeg



Niebieskie niebo tylko czasem rozświetliło prawie czarną wodę:







Patrząc na jezioro odnosiłam niekiedy wrażenie, jakby to była falująca smoła.




Nie doszliśmy do kopalni ołowiu ani wioski górników, bo w pewnej chwili dotarło do nas, że przecież dzieci muszą pokonać taką samą drogę powrotną! Nie chcieliśmy stanąć przed faktem, kiedy Izabela zaprotestuje i nie ruszy dalej z braku sił. Muszę przyznać, że dzielnie maszerowała i dopiero na parkingu poskarżyła się na boląca piętę; okazało się, że miała tam już rankę po pękniętym bąblu. Póki co, zadowolona pozuje do zdjęcia:














czwartek, 22 sierpnia 2013

Wyciągnęłam ramki...





...z czeluści strychu i oprawiłam kilka zdjęć.


Zapełniły wąską ścianę w jadalni. Nasza rodzina "w pigułce":



Dziewczyny - wszystkie trzy, jako noworodki.




Marzy mi się nasze zdjęcie ślubne w większym formacie, ale póki co, wystarczy i takie.


Do kolekcji zdjęć rodzinnych dołączyły dwa kolejne:



Oba są zrobione w dniu Komunii: jedno rodzinne i jedno samej Małgosi.


Teraz przygotowuję coś na ściany na korytarzu.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Skończyłam tańczyć ze smokami





Wczoraj odłożyłam książkę na półkę. BYła to piąta część serii "Piśń lodu i ognia" ( bardziej chyba znanej jako "Game of thrones"). "Taniec ze smokami" przyniósł mi wiele zaskakujących zwrotów akcji. Artur, który czytał tę książkę pół roku temu, zostawił ostatnich kilkadziesiąt stron, żeby sobie je dawkować, bo nie zanosi się na szybkie wydanie części szóstej, a tym bardziej siódmej. Niestety, chcąc ze mną porozmawiać o tym, co się stało i co dalej przewidujemy, musiał dokończyć książkę. I jest niepocieszony! Ja też, ale rzuciłam się w wir czytania kolejnych tomiszczy zalegających moje półki w realu i na czytniku.

Mam bowiem czytnik. Małżonek zakupił takie coś na moje urodziny.




Musiało minąć ponad dwa miesiące, żebym wzięła TO coś do ręki(tak już mam, oswajam się długo) i w dużej mierze wpływ miała na to właśnie książka "The dance with dragons", bo tomiszcze jest ogromne i ciężko było czytać w łóżku.
Czytnik ma tzw. elektroniczny atrament, akceptuje wszystkie formaty książek i po dokupieniu dodatkowej karty pamięci(wbudowane jest "tylko" 2 giga, więc uważał, że dla mnie/dla nas będzie to za mało) mam 10GB przestrzeni na książki.
Już teraz wiem, że będę używać go dość często, bo jest bardzo wygodny wielu sytuacjach, kiedy taszczenie wielkich książek jest niemożliwe lub nieopłacalne.


sobota, 17 sierpnia 2013

Zakwitł, w końcu zakwitł!



Od dwóch lat, bardzo powoli, rozrastał się Agapant. Kupiłam go jako zasuszone, prawie umierające kłącze; w zasadzie jego kawałek. W pierwszym roku wypuścił 4 listki,  wdrugim już większą ich ilość, a w tym roku, pierwszy, nieśmiały kwiat. mały jeszcze i słaby, nie tak wielki, jak może być, ale... jest, w końcu jest!





Kwiatostan powinien być o wiele większy i pełniejszy, bardziej jak kula. Mam nadzieję, że wprzyszłym roku będzie jeszcze piękniejszy.




I tak uwielbiam go za jego niebieskości.



Tuż nad agapantem, a w zasadzie za nim, kwitnie powojnik 'Polish spirit':




środa, 14 sierpnia 2013

Cadamstown, część druga





Cóż mogę napisać na wstępie? Żadne słowa nie oddadzą piękna przyrody, która nas otaczała. Zdjęć nawet nie mam ładnych, bo wszystkie robiłam w biegu. Pokażę te, które są według mnie najlepsze i niech one spróbują zilustrować historię naszej wędrówki.




Momentami brzegi były skaliste, ale wszechobecny mech łagodził widoki.










Drzewa wyrastały ze zboczy, wciskały się pomiędzy skały i dążyły do światła. Zwisające bluszcze i paprocie tworzyły malownicze scenerie.






Poniżej drzewo, którego wielkość widać dopiero po przejściu  kilku stopni w górę. Tutaj ot, takie wygięty pień...



...a wyżej....na zdjęciu ujęłam tylko jego mały fragment. I pomyśleć, że taki gigant tak stabilnie trzyma się na zboczu:




Odcinek trasy, którą pokazuję w tym wpisie, nosi wdzięczną nazwę "Dolina Srebrnej Rzeki"






Po stopniach wyrzeźbionych w skale przez naturę, można było zejść nad wodę; my poprzestaliśmy na tarasie widokowym, jako że mała Izabela mogłaby się ześliznąć, a nie mieliśmy w planach pobytu na pogotowiu.







I na koniec piknik!



Miejsce idealne do dalszego biegania i wszelkich szaleństw.