wtorek, 30 lipca 2013

Szudełkowało się nocami...




...pomiędzy jedną książką, a drugą i powstał mały twór:




Ot, taka pajęczyna...




...która na zdjęciu przykuła moją uwagę...





...swoja prostotą.




Przyznam, że podczas szydełkowania, miałam ogromne wątpliwości, czy uda mi się naciągnąć serwetkę na płasko. Wydawało mi się, że ma zbyt wiele oczek; jednak wyszło całkiem nieźle.


Jeszcze zdjęcie robocze, chyba najbardziej "płaskie":



Kolor kremowy, 9-rożna gwiazda. Pierwszy raz robiłam nieparzystą liczbę motywów.


Na szydełku kolor biały i kolejny twór:



Pochwalę się jeszce kryształową paterą na ciasto. Udało mi się wypatzreć ją na wystawie sklepu i mam. Ot, taka całkiem spora, piękna....




Róże znalazły się przypadkiem; wypadły z bukietu i już tak zostały do zdjęcia.


niedziela, 28 lipca 2013

Kilka roślin z ogrodu botanicznego


Nie mogłam tak zupełnie obojętnie przejść koło niektórych roślin w ogrodzie botanicznym. Skoro już zrobiłam im zdjęcia, to podzielę się też z Wami.



Echium gentanoides - roślina z Wysp Kanaryjskich.  Jej kwiaty mają przepiękny niebieski kolor, jak dla mnie - wspaniały! Jest to roślina endemiczna, czyli unikatowa dla tego obszaru. Nigdzie indziej nie rozprzestrzeniła się, nigdzie indziej nie rośnie w środowiskach naturalnych. Jedną z przyczyn powstawania endemitów jest np.bariera przestrzenna.










Abutilon hybridum - Klonik pokojowy, znany głównie jako roślina doniczkowa. Tutaj udało mu się prztrwać nawet cięższe zimy i jak widać, ma się bardzo dobrze.




Zachwycił mnie czystą bielą kwiatów. Piękny, po prostu piękny.



Pinus wallichiana, czyli sosna himalajska; jej igły osiągają długość do 20cm; drzewo od razu przyciąga uwagę. Długi igły daja wrażenie "otulenia" gałęzi w zielona mgiełkę.





Nie wchodziłam daleko na trawnik, więc zdjęcie jest zrobione tylko z daleka:







Buddleja globosa, która jest krewną popularniejszej w Polsce Budlei Dawida, zwanej też motylim krzewem. Nasza globosa ma kwiaty zebrane w kulki i te tworzą bardzo luźna "wiechę", która nie jest aż tak atrakcyjna, jak kwiat B. Dawida , ale mimo wszystko urzekła mnie swoim kolorem.






Deutzia x magnifica, czyli Żylistek wspaniały, bardzo chciałabym móc kiedyś go posadzic u siebie. Jest niezwykle efektowny, a przy tym niezbyt wymagający. Ten o białych pełnych kwiatach urzekł mnie od razu, choć inne odmiany też warte są uwagi.




Paulownia tomentosa czyli Paulownia omszona tutaj rośnie jako drzewo parkowe; wymaga cieplejszego klimatu, więc w Polsce stosowana jest jako roślina pokojowa. Nadaje się na tworzenie bonsai, ale tego nigdy nie próbowałam(jakoś nie pociągają mnie takie rośliny). Kwiatyma śliczne, wrzosowe, zebrane w wiechy. Są na pewno niezaprzeczalną ozodbą drzewa.







Cercis siliquastrum, judaszowiec południowy, jego szczególną cechą jest wyrastanie kwiatów wprost z grubych konarów i pnia(oprócz tego kwitnie też normalnie), co nazywane jest kauliflorią. Zjawisko to szczególnie ciekawie wygląda, kiedy krzew jest jeszcze bezlistny, a przy tym jednocześnie obsypany różowymi kwiatami. I tu ciekawostka: kwiaty są jadalne; moga stanowić dodatek do sałatek.



I na dziś tylko tyle. Kolejna część ogrodu botanicznego będzie skupiała się na szklarniach z roślinami z lasów tropikalnych.








czwartek, 25 lipca 2013

Jak szyłam sobie "zarzutkę"...





czyli taką zarzucaną, okręcaną sukienkę plażową.

Zobaczyłam w necie takie cudeńko i stwierdziłam, że spróbuję uszyć sama. Wyciągnęłam więc jakiś materiał z tych indyjskich szali, a więc piękny kolorystycznie,a  przy tym przewiewny. Pokombinowałam i sprawiłam sobie szybkie wdzianko. Wyszło prawie dobrze, piszę prawie, bo ma błędy i tu liczę na Waszą pomoc.

Sukienka w stanie płaskim to prostokąt materiału z doszytymi ramiączkami na jego krótszych bokach. Ramiączka zakładasz z przodu na krzyż. Coś takiego:

Zastanawiam się tylko, czy materiał, z którego wykonano to cudo, to dzianina? I teraz dochodzę do wniosku, że przy ramiączkach chyba jest jakieś wycięcie, bo z prostokąta nie stworzy się takiego dekoltu.

I moja wersja.
Zdjęcia, które są mocno takie sobie; poprosiłam męża o ujęcia i wyrzuciłam prawie wszystkie. Nie wiem, jak to jest, że kochający małżonek potrafi zrobić każde zdjęcie tak, że wygląda się na nim strasznie! Talent ma taki, czy co?


Stanęłam sama przed lustrem i próbowałam pokazać coś na tej sukience:

 Według mnie za mały jest dekolt; zasłonięty jest prawie cały przód. A może to kwestia złego umiejscowienia ramiączek?


Jedna strona z czasem opada poniżej stanika(choć wtedy właśnie ładnie układa się z tyłu):



...i trzeba ją podciągać. A może tak ma być? Nie wiem. Ja w każdym razie nie znajdowałam tego, jako wygodnego rozwiązania.


Z drugiej strony materiał trzymał się bardzo wysoko, aż za wysoko, moim zdaniem.



Nie mogę pokazać Wam tyłu sukienki, bo nie jestem w stanie zrobić sobie sama takich zdjęć(siora, pomocy!)

Zastanawiam się teraz, czy próbować z dzianiną, czy dac sobie spokój?

niedziela, 21 lipca 2013

Sucho, sucho i gorąco!




Trzeba się nieźle naganiać z konewką, żeby utrzymać efekt wciąż kwitnącego i zielonego ogrodu.


Przed domem teraz właśnie wszystko kipi kolorami:




Diascia, ta na pierwszym planie, już niedługo potrzebowała będzie odmłodzenia. Teraz przechodzi najpiękniejszy okres kwitnienia.




Powojnik 'Rouge Cardinal' ma o wiele więcej kwiatów, niż na tym zdjęciu, ale jakoś nie po drodze było mi z aparatem w te upały:




Niebieskie lobelie i makowa czerwień pięciorników:






Cytrynowe lwie paszcze też przeżywają teraz najpiękniejszy okres:




Złociste nachyłki dopiero zaczynają rozwijać pierwsze kwiaty:




A tytoń wciąż piękny:



Na tyłach ogrodu rośnie rzodkiewka i już Monika i Izabelka wyrywały pierwsze okazy. Izabelka, cała szczęśliwa, opłukała z grubsza wodą z kranu i wbiła ząbki. Rzodkiewka jest nieporównywalnie bardziej gorzka niż ta z marketu, więc mina najmłodszej - bezcenna!




Rośnie też sałata, której część już przepikowałam, żeby było im luźniej. Zarówno rzodkiewka i sałata posiane były przez Monike i Izabelkę; obie moje córki każdego dnia, zaraz po wykiełkowaniu pierwszych roślinek, sprawdzały czy już można wyrywać.




Tuż za sałatą rośnie groszek zielony; mam nadzieję na jakikolwie plon w tym roku.

Mamy tez pomidorka koktajlowego, który przeszedł swoje. Dzieciaki sąsiadów złamały go w połowie, rzucając piłkę do naszego ogrodu. Na szczęście jakoś "stanął na nogi" i nawet kwitnie i owocuje! Dwie młodsze też już miały przyjemność dokonania pierwszych zbiorów.



A tutaj mój ogródek ziołowy, poprzelatany lobeliami:


W ziołach lądują i zabawki, i wąż ogrodowy, i w zasadzie wszystko inne, ale jak widać rośliny dają radę:)

W ogrodzie jest też słonecznik, ale tutaj nie ma się czym chwalić. No, może tym, że zaczął rosnąć. Monika przyniosła go ze szkoły ostatniego dnia(w szkole uczyli się czegoś i jako przykład, siali słoneczniki - każde dziecko swój). Roślinka była mała, wyciągnięta, teraz już ma pół metra wysokości. Przyznać jednak muszę, że potraktowałam go po macoszemu, bo posadziłam w najgorszym miejscu, w najgorszej glebie, a jak wiadomo, słoneczniki lubią dobrą ziemię, jeśli mają być piękne. Nic to, najważniejsze, że Monika zachwycona jest ogrodem i swoimi roślinkami:)




czwartek, 18 lipca 2013

Lato, wciąż mamy piękne lato!



Nie robię dużo zdjęć, ale kilkoma fotkami się podzielę, głównie ze względu na Rodzinę, która zapewne tęskni za widokiem naszych "maluchów".



Izabelka zakochana w "nasijnikach":



Starsze nie bardzo chciały mieć zdjęcia...




...ale powoli dały się przekonać.




Izabelka chciała tez zaprezentować nasz niedawny nabytek - furtkę:



Dzieci poopalane...



...zadowolone z lata i wakacji...



...a Monika, z każdym mijającym tygodniem, prezentuje coraz mniej zębów w swojej szczęce:)






wtorek, 16 lipca 2013

Nasz wypad do Co. Kerry


W tym roku, po raz pierwszy, wybraliśmy się na dłuższą wyprawę aż na zachodnie wybrzeże. Zarezerwowaliśmy sobie B&B na dwie nocki i mieliśmy nadzieję zobaczyć sporo. Nadzieja nadzieją, a życie skorygowało bardzo mocno nasze plany. Z trójką dzieci, z których tylko najstarsza zaczyna przejawiać zainteresowanie zwiedzaniem i oglądaniem różnych miejsc, dotarcie nawet do 1/3 zaplanowanych punktów, było wyzwaniem. Monika podsumowała zwiedzanie tak:

Nudno, bo tam się tylko chodzi i patrzy, i patrzy, i nic nie robi.

Cóż, może następnym razem? Artura troszkę nosiło, ale przekonałam go, że zrobiliśmy sobie po prostu wakacje i tyle. Zwiedzać będziemy kiedy indziej, za kilka lat, kiedy dzieci podrosną. Teraz skupiliśmy się głównie na plażach dla nich(choć nie powiem, ja też byłam szczęśliwa; pierwszy raz w życiu pływałam w oceanie!), na rozrywkach; odwiedziliśmy parki zabaw, poszliśmy na lody i przy okazji nasyciliśmy oczy paroma widokami. 
Pogoda nam dopisała niesamowicie!!! W czasie naszego pobytu w Kerry, Irlandię nawiedziły największe upały. To też skorygowało nasze plany wycieczkowe, bo od godziny 10 rano zaczynało się robić bardzo gorąco. Pobyt w pełnym słońcu, podczas najniebezpieczniejszych godzin dnia, nie był wskazany. Cieszyliśmy się, że mamy klimatyzację w aucie, bo przynajmniej dzięki niej, w normalnych warunkach, objechaliśmy trasy samochodem i choć w ten sposób zobaczyliśmy jakiś wycinek przepięknego hrabstwa Kerry.

Sporo zdjęć robiłam podczas jazdy, w większości czasu przez szybę(która nawet z przodu jest delikatnie przyciemniana), stąd lekkie zamglenia.


Nie można powiedzieć, że hrabstwo Laois, w którym mieszkamy, to równina, bo jeździmy po większych i mniejszych górkach, ale Kerry to już teren wybitnie górzysty, co widać nawet wtedy, gdy dopiero się zbliżamy do okolic hrabstwa:




Izabela była zainteresowana górami, cały czas śledziła mijaną trasę:



Pierwszy dzień - najpierw pospacerowaliśmy w Parku Narodowym




Park Narodowy to piękne miejsce, które można zwiedzić na nogach, rowerach - na miejscu jest ogrom wypożyczalni, które oferują rowery dla dorosłych, dzieci i przyczepki dla maluchów. Można wynająć pojazd zaprzężony w konia(jak na poniższym zdjęciu) i zrobić 2,5 godzinna trasę przez najważniejsze miejsca w parku. Pytaliśmy nawet o cenę(40E za taką przejażdżkę - za naszą 5-kę; facet powiedział, że w każdym punkcie robi postój, żebyśmy mogli pochodzić, pooglądać i porobić zdjęcia; uważam, że cena jest ok i tylko pogoda nas powstrzymała. Bałam się jednak o dzieci, aby nie dostały udaru)





Po naszej krótkiej wycieczce, znaleźliśmy B&B:



The 19th Green Guesthouse został nam polecony przez znajomych(Grażyno, Radku - dziękujemy). Jesteśmy bardzo zadowoleni z warunków, kosztów i obsługi. Śniadania były wyśmienite! Nawet nasze dzieciaki chodziły zadowolone. Izabela zasypywała właścicielkę pytaniami, opowiadała o siostrach i już pierwszego dnia zapoznała się z trzema innymi gośćmi - czy muszę dodawać, że sama zaczęła z nimi rozmawiać? 




Późnym popołudniem dotarliśmy na plażę. Słońce już nie paliło, ale wciąż było gorąco. Pogoda w sam raz na kąpiel. Woda była dość ciepła, ponieważ plaża położona była w malutkiej niby zatoce. Kolejnego dnia, kiedy pojechaliśmy w zupełnie inne miejsce, woda była tak zimna, że podczas pływania czyłam jakby mnie "parzyła". Z tym, że tam już nie było żadnej zatoki, a otwarty ocean.




Dziewczyny cieszyły się niesamowicie. Gosia bawiła się z falami:




Monika zbierała kamienie i muszle(tak, znowu przywieźliśmy pół tony do domu):



Izabelka była troche wystraszona falami, więc preferowała brzeg, gdzie woda już tylko obmywała jej nogi. Potem troszkę się przekonała do kąpieli, ale wysokie fale wzbudzały w niej niepokój.
Monika "walczyła" z wodą, z  tym, że po dwukrotnym zalaniu(całkowitym) pozostała już na płyciznach. Natomiast Gosia dzielnie pozostawała na głębokościach sięgających jej klatki piersiowej.



Ja korzystałam z chwili i pływałam na falach - niesamowite uczucie! - póki człowiek nie znajdzie się pod taką falą:), a dwa razy zalało mnie totalnie




Najgorsze po tych całych kąpielach jest to, że przez długi czas skóra się klei, mimo że człowiek wydaje się suchy. Wrażenie dyskomfortu znika dopiero po opłukaniu słodką wodą.


Monika i Izabelka kochały oblepianie piaskiem. Nie można ich było potem wyczyścić z tych drobinek.



Kolejny dzień, to nasz plan przejechania trasą Ring of Kerry - czyli Pierścieniem Kerry w wolnym tłumaczeniu. Trasa tworzy koło, od któego prowadzą znaki do kolejnych miejsc. Jeśli chciałoby się odwiedzić wszystkie punkty, trzeba by było kilku dni i zarezerwowanych noclegów w kilku miejscach, żeby nie wracać ciągle do punktu wyjścia. I tak zrobimy następnym razem.




Woda była tak czysta, że stojąc wysoko na brzegu, widziałam dokładnie dno. Do tego kolory niesamowite! a wszystko za sprawą pięknej pogody i czystego, błękitnego nieba:



Kiedy ja robiłam zdjęcia...




...z jednej i drugiej strony....




Artur z dziećmi siedzieli w aucie i czekali. Jak widać, nie byliśmy sami. Każdy taras widokowy był momnetami oblężony.





Artur strasznie się zdenerwował, że nie zdążył wyjechać w trasę przed autokarem, ale miało to też swoje dobre strony. Kierowca znał tę trasę na pamięć i wystarczyło jechać równo z nim: tam gdzie on przyspieszał, my też, tam gdzie hamował, my również. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ drogi to kręte "ścieżki" można by było je tak określić. Czasem brak było pobocza, a tylko dwa wąskie pasy, czasem droga zwężała się na zakręcie, czy na moście i pozostawało tam miejsce tylko dla jednego auta. Inni czekali na swoja kolejkę. Autokar przed nami był jak swoisty "taran". Ludzie jadący z naprzeciwka raczej dawali mu wolną drogę, a co za tym idzie i nam, przy czym miejsce pozostawione dla niego, dla naszego auta było już bardzo szerokie.


Inna sprawa, że na każdym zdjęciu widnieje autobus:)



Tutaj urzekły mnie kamieniczki, z których każda, dosłownie każda!, była w innym kolorze:




I w końcu dotarliśmy do portu, z którego odpływały promy na wyspę Valencia:




Prom kursuje co 10 minut, można też przejechać mostem, po innej stronie wyspy. Wybraliśmy prom, jako wjazd,a  most, jako wyjazd.



Wszyscy stanęli posłusznie w kolejce:



...a prom już nadpływał z autami:



Zarówno dla mnie, jak i dla dzieci, było to ciekawe przeżycie, bo podróżowałam tak pierwszy raz. Podróż była krótka, kilkuminutowa i już po chwili jechaliśmy po drugim brzegu:



Na dalszą relację zapraszam za kilka dni.