sobota, 18 maja 2013

I kolejny rok za nami...




...a z nim, kolejne doświadczenia i osiągnięcia.


Wczoraj Monika skończyła 6 lat.




Taki mały tort jej zrobiłam. Śmietanowy o smaku waniliowym.



Najważniejsza rzecz, o której muszę wspomnieć: Monika zaczyna wymawiać literę "r". Nie zawsze jeszcze, głównie, kiedy jej o tym przypomnę. W większości czasu posługuje się angielskim "r", które jest takie bezdźwięczne lub, kiedy mówi po polsku, wciąż po dziecięcemu wymawia "l" w miejscach tego trudnego dźwięku. Wiele razy słychać jeszcze to dziecięce seplenienie, ale mam świadomość, że to już niedługo.

O wiele bardziej stara się już, kiedy odrabia prace domowe; staranniej pisze i maluje. Mało tego, sama zaczyna składać literki i czytać w obu językach. na razie tylko proste słowa, ale uważam, że to świetny początek.


czwartek, 16 maja 2013

Ostatnie prace



Kiedy już postanowiłam wszystko pochować(robótki mam na myśli), trzeba było dokończyć pozaczynane prace i tak powstały:


1. Zasłony z tego materiału:



Jeszcze zbliżenie na wzór:




Kolor tych ciemniejszych gałązek to coś na kształt ciemniejszej oliwki, natomiast spodni materiał to bardzo delikatny żółty.


W pokoju, wczesnym rankiem, kiedy słońce świeci prosto w nasze okna, wyglądają jak na załączonym obrazku:


Kocham taką poświatę w pokoju. Dość niedawno zmieniłam ciemne, bordowe zasłony zimowe na te właśnie. Artur przyszedł z pracy i nawet on zauważył, że jest świetnie. Przedłużające się chłody, ponure deszczowe dni i ciężkie zasłony, wszystko to sprawiało, że czuliśmy się przytłoczeni. W zimie jak najbardziej pasują, bo wtedy mam wrażenie, że bordowy kolor ociepla pomieszczenie. Teraz włąśnie ten jasny dodaje uroku zwykłemu pokoikowi.


2. Torebka wydziergana do kompletu z etolą:


Węzły salomona, na górze włóczka trawkowa, ściągana sznureczkiem zakończonym koralikami.



Tutaj miało być widać te koraliki, ale ponieważ koncepcja jest taka, aby jak najmniej rzucały się w oczy, trudno je uchwycić na zdjęciach.



3. Spinki, a w zasadzie ozdobne szpilki:



Białe różyczki dostałam gotowe, dokleiłam je tylko do szpilek.


Pozostałe kwiatki szydełkowałam z kordonków, dodając w trakcie koraliki.



Powstało najwięcej niebieskich... hmm czy to mój ulubiony kolor?



Na próbę zrobiłam i białe i nie wykluczam, że może jeszcze udziergam ich więcej w samochodzie.



Oczywiście różowe, ale tylko kilka. Zaplątał się też jakiś jeden żółty, a możliwe, że powstaną inne, kiedy wyszperam - kiedyś - ciekawe kolory kordonków.




Tak na zakończenie dodam, że wciąż ćwiczę z Chodakowską i przeszedł mi ból kręgosłupa - odcinka szyjnego i tego między łopatkami. Formę mam juz zdecydowanie lepszą. Nawet robie pompki i to nie te "damskie":)

wtorek, 14 maja 2013

Wycieczka część druga




Kolejnym punktem programu był dawny klasztor. Na jego terenie obejrzeć można było kościół(ten na poniższym zdjęciu), dom zakonnika, saunę, skryptorium i coś na kształt dawnego refektarza.





Zegar słoneczny wzbudził niezwykłą ciekawość u dziewczyn. Długo tłumaczyłam Gosi, jak za pomocą cienia określano czas:



Jedna z chat na terenie monastyru:



Tutaj zakonnicy przygotowywali posiłki i jedli:



A to już skryptorium, maleńkie bo maleńkie, ale jest:




Piec do suszenia kukurydzy, przygotowywania ziarna do robienia słodu(nie wiem, jak się to fachowo nazywa) czy też suszenia grochu i fasoli do ich dalszego przechowywania. Tego typu ustrojstwa były bardzo popularne ze względu na to, że choć kukurydza plonowała bardzo obficie w tym kraju, to trzeba było ją dobrze wysuszyć. Podobnie było z innymi ziarnami.
Piece te były specjalnie konstruowane. Na siatkach ze słomy lub włosia końskiego - bardzo gęstych - rozsypywano ziarno. Pod sufitem podwieszano kilka takich ekranów. Tymczasem na dole, wolno palący się ogień ogrzewał powietrze, a ono wędrując do góry, obsuszało plony. Zboże schło powoli, dokładnie, przy czym nie ulegało paleniu. Gęsty, trzcinowy dach chronił przed deszczem.
Na zdjęciu widać z boku usytuowany wlot pieca, od którego biegnie podziemny kanał, którym gorące powietrze szło pod dach.



Tuż obok suszarni łódka przycumowana do brzegu. Taka mała przystań? Nie wiem, bo nie doczytałam o tym nigdzie. Domyślam się tylko, że łódź mogła służyć do przewożenia ziarna:



Ja tu sobie obfociłam suszarnię i łódkę, a rodzinka już mi uciekła:



Gdzież tak się spieszyli? Ano szukać złota! Ze specjalnie przygotowanych koryt z wodą i piaskiem, należało zaczerpnąć sitem wszystkiego, co sie dało i płukać. Można było znaleźć grudkę "złota", czyli mieniący się piryt. Takie trofeum trzeba było przynieść pani w centrum informacji.



Monika, która miała wyjątkowe szczęście, znalazła mnóstwo takich grudek i podzieliła się z siostrami, a także dzieciakami, które toczyły i toczyły sita, nie znajdując upragnionych świecących grudek. Podeszła po prostu do ludzi i powiedziała: proszę, to dla was; my już mamy.


Kiedy tak goniłam moją rodzinę wśród pięknych okoliczności przyrody(zieleń teraz jest po prostu zabójcza!) zdążyłam jeszcze zrobić dwa zdjęcia:



Łódź, widziana teraz nieco z góry...



I kolejny cel wycieczki...


Młyn wodny....


...kto miał młyn, miał władzę. Nie, aż tak nie było, ale faktem jest, że takie młyny były niezwykle cenne; odciążały kobiety, bo to one głównie zajmowały się mieleniem zboża w żarnach. Młyny w posiadaniu mieli zazwyczaj wodzowie lub zakonnicy; czasem kilku bardzo bogatych rolników wspólnymi siłami budowało,a  potem użytkowało taki młyn. Stopniowo ich budowa rozprzestrzeniała się na cały kraj, jako że znacznie ułatwiały jak i przyspieszały pracę, ale długo jeszcze były udogodnieniem tych najbogatszych.


Fulacht fiadh, (nie po angielsku bynajmniej), to duża jama w ziemi, wypełniona wodą, którą doprowadzano do wrzenia przez wrzucanie rozpalonych do czerwoności kamieni. Na zdjęciu widać w obrębie muru stosy drewna. Obkładano nim kamienie, podpalano i czekano aż się odpowiednio nagrzeją. Do czego to wszystko służyło? Prawdopodobnie do gotowania jedzenia. Takie "kuchnie na powietrzu" znajdowano na terenie całej Irlandii i archeologowie uważają, że powstały 3-4 tysiące lat temu.
Okazuje się, że około 200 litrów wody, jakie mieścił otwór w ziemi, można doprowadzic do wrzenia w ciągu 2-3 minut tylko dzięki kamieniom. Kiedy już mięso się gotuje, dorzuceniu 2-3 kolejnych kamieni powoduje delikatne duszenie przez dłuższy czas na tzw. wolnym ogniu.
Gotowanie, to jednak nie jedyna czynność jaką tutaj wykonywano. Takie same miejsca(nie mówię, że te same) mogły być używane jako sauny, pralnie, farbiarnie czy warzelnie piwa.





Dalej "ścieżka" znowu poprowadziła nas przez mokradła i bagna aż do wyjścia:



To tutaj zobaczyłam po raz pierwszy, od bardzo długiego czasu, kaczeńce:



Pełno było kosaćców wodnych:



...czy też zwykłych bajorek rozlanych w malowniczej scenerii:




Po drodze mijaliśmy miejsce w budowie:


Jest to Crannóg czyli sztuczna wyspa. Przez tysiące lat budowanu tutaj takie wyspy; ostatnie powstały około 400 lat temu, czyli nie tak dawno. Miejsce jest odbudowywane, jako że poprzednie użyte było przez archeologów do prac badawczych.


My idziemy dalej...

...brama, tunel i na jego tle sylwetki trzech moich córek:




Tunel prowadzi do siedziby wikingów, którą pokazuję już z góry:




Wikingowie zaczęli "wędrować" ze Skandynawii około 1200 lat temu. Docierali do Wielkiej Brytanii, Irlandii i Zachodniej Europy. Dotarli do Islandii, Grenlandii, a nawet wybrzeży Ameryki na 400 lat przed Kolumbem. Zawędrowali też do Bizancjum.
Na terenach Irlandii wybudowali pierwsze miasta, wprowadzili monety, a także nowe nurty w sztuce zdobniczej.

Oczywiście, jak można się było spodziewać, w takim miejscu nie mogło zabraknąć łodzi:


Jakaś ona "bidna" taka, przynajmniej w moich oczach, bo spodziewałam się czegoś bardziej porywającego.





Te ciemne plamy na wodzie to porosty. pełno ich było przy brzegu.


I jeszcze jeden widok:



Kolejne miejsce - normańska twierdza - strasznie bijąca bielą po oczach.


Normanowie, byli ekspertami w budowaniu twierdz. Najpierw używali do tego drewna i gliny, potem kamienia, zawsze jednak bielili je wapnem, żeby wyglądały na wspanialsze. Ja już chciałam skrytykować tych, co zrekonstruowali to miejsce, za tę biel; dopiero po doczytaniu wiedziałam, że nie był to kaprys obecnych budowniczych:)


Okrągłą wieża, to nie replika. To pozostałośc po tzw. okrągłym forcie, który był twierdzą zbudowaną na planie okręgu. Służył tutejszemu lordowi do obrony. Niestety, nie pomógł mu zbytnio, gdyż Norman został zdradzony i po walce pojmany.



Kiedy już wszystko obeszliśmy, poczytalismy mniej lub więcej(raczej mniej), przszła pora na posiłek zjedzony w obrębie czegoś na kształt toru przeszkód dla dzieci. Moje córki, które już padały, powłóczyły nogami i nie miały sił na nic, nagle krzykneły: plac zabaw! i raźnie pobiegły zaliczać przeszkody. My mogliśmy posiedzieć na ławeczce usytuowanej w cieniu i "delektowac się" zimnymi podmuchami wiatru walącego po naszych placach.

Dotarliśmy w końcu i do parkingu, po wcześniejszym zaliczeniu recepcji, gdzie dziewczyny dostały dyplomy w nagrodę zaliczenia szlaku historycznego i przyniesienia "złota". Kiedy już dzieciaki dowlokły się do auta, padły. I tylko jedzenie i picie jeszcze je ożywiało:


Oczywiście nie zabrakło też siostrzanych kłótni w drodze powrotnej!

Uważam, że wycieczka była naprawde udana. Mam ochotę odwiedzić kolejne podobne miejsce:) nie wiem tylko co na to nasze dzieci. Monika pochwaliła się Lucii, że pojechaliśmy na wyprawę i podsumowała to jednym zdaniem: ale nudno było! Nie wiem czy cieszyć się, czy płakać? Na miejscu wydawała się zadowolona, może to tylko zwykła dziecięca przekora?

poniedziałek, 13 maja 2013

Już niedługo...




...coraz bliżej.... Gosi I Komunia. 25 maja odbędzie się uroczystość w tutejszym kościele.
Ja czynię ostatnie przygotowania; w zasadzie to czynię pierwsze przygotowania, bo mam dokładnie, co do dnia, zaplanowane "powstawanie" ciast, które, jak wiadomo, pieczone będą tuż przed wielkim wydarzeniem. Zatem wszystko jeszcze przede mną.
Poza tym żadnych innych szaleństw, jak sprzątanie domu, malowanie ścian czy pranie zasłon(firan nie mam).

Pamiętam, jak moja znajoma Ann, tuż przed imprezą, zarządziła malowanie całego domu i sprzątanie podwórka i ogrodu. Padała na pysk, a wszystko tylko po to, żeby się pokazać. Pewnie dla niektórych osób jest to dobry moment na "mały remont", mobilizujący może bardziej, niż wszystko inne. Na mnie jednak działa odwrotnie. Już w tej chwili nie mam ochoty na zaczynanie nawet jekiejkolwiek robótki; poskładałam nici i szmatki w pudełka i koniec! Za to przyszedł czas na książki.

Już niedługo dokończę opisywać naszą wycieczkę, więc podam kolejną porcję czytania, a póki co... dobranoc.


środa, 8 maja 2013

The Irish National Heritage Park


To miejsce było naszym kolejnym punktem sobotniej wycieczki. Trafiłam na nie dzięki temu, że Taita opisała je na swoim blogu.

Relacja będzie długa i podzielona na dwa wpisy, ponieważ nie sposób zmieścić wszystko w jednym i nie zanudzić czytelników.

Bilety zakupione - oczywiście rodzinne, dzieci zaopatrzone we wskazówki, czego mają poszukiwać, aby na sam koniec "zaliczyć" historyczny szlak i dostać nagrodę. Ruszamy!

Po przekroczeniu bramy taki oto widok przed nami:


Ścieżka prowadzi przez teren podmokły, momentami bagnisty. Gdyby była to normalna irlandzka wiosna(a w zasadzie początek lata, który tu liczą od 1 maja) widoki byłyby znacznie piękniejsze, a tak... prawie bezlistnie.

Każdy punkt opisany jest zarówno w przewodniku, który otrzymaliśmy przy wejściu, jak i na tablicach, stojących w pobliżu obiektów. Zawsze dziękuję za te tablice, bo w naszym przypadku nie jest możliwe spokojne zaznajomienie się z informacjami, kiedy dzieciaki biegaja i są w kilku miejscach jednocześnie. Czytamy bardzo, bardzo pobieżnie, a potem szybko robię zdjęcie każdej tablicy. W zaciszu domowym, na spokojnie, przeglądam, czytam i piszę posty. Posty dla Was i dla siebie, aby nie uleciało z głowy to, co teraz wydaje się takie oczywiste, a za kilka miesięcy zblednie.


Przydługawo to opisuję, wiem. Już wracam do wycieczki, wycieczki szlakiem historii zaludniania tych ziem.


Pierwsi ludzie przybyli do Irlandii około 9000 lat temu; był to okres mezozoiku. Ich obozy wyglądały, jak ten poniżej. Żyli z połowu ryb, polowania i zbierania bogactw natury. Życie, które prowadzili, praktycznie nie ulegało zmienie przez około 3000 lat. Umiejętnością, jaką opanowali, było używanie ostrych kamieni do wyrobu pierwszych oszczepów, strzał czy innych tego typu narzędzi.
W środku jednej z chat rozpięto sieci, jakie pletli, aby łowic ryby.


Tak wyglądały typowe obozy ludzi z tamtej epoki. Chaty raczej małe, bez określonych kształtów.



W pobliżu jednej z chat zgórek z muszli, które zawsze znajdowały się w takich miejscach, jako odpadki po posiłkach.


Rolnictwo zaczęło się rozwijać w Irlandii około 6000 lat temu. Pierwsi farmerzy przybyli z Dalekiego Wschodu. Zaczęli przede wszystkim hodować  zwierzęta(owce, świnie, bydło; tylko świnie były na Wyspie gatunkiem rodzimym, reszta została sprowadzona), a nie polegać tylko na polowaniach. Zaczęli też tworzyć pierwsze społeczności, nauczyli się lepić gliniane naczynia do gotowania, jak i przechowywania żywności. Budowali już większe domy, na planie prostokąta, podzielone na 2-3 pomieszczenia. W pobliżu domów znajdowały się pola i pierwsze ogrody.








Przed chatami, w obrębie kręgu przeznaczonego na ognisko, położone zostało tlące się polano, więc snujący się dymek dodawał atmosfery temu miejscu.





Ogród, jak widać, dość prymitywny, ale przecież to dopiero początek.






W całej Irlandii znaleźć można ogromne budowle megalityczne - grobowce; są one wzniesione z tak wielkich bloków skalnych, że początkowo zwane były grobowcami olbrzymów. Tuż obok repliki takiego grobowca pokazane jest, jak ówcześni ludzie radzili sobie z przemieszczaniem gigantycznych bloków skalnych: podkładane były pod nie okrągłe pnie drzew, dzięki którym pchano głazy w docelowe miejsca.
Grobowce mają różne formy, od prostych, do tych bardziej złożonych. Prawie wszystkie znalezione w nich szczątki noszą ślady kremacji. W większości są to też groby zbiorowe, rzadko spotyka się miejsca pochówku pojedynczych osób.







Można popróbować przetoczyć atrapę głazu. Nam się nie udało, nie wiem czy za mało sił, czy coś nie działało?





Kamienne kręgi... kolejne ciekawe miejsca, które znaleźć można na terenie Irlandii. Związane były one prawdopodobnie z kultem słońca. Znaleźć można w ich obrębie szczątki ludzkie. Nie wiadomo jednak czy były to złożone ofiary, czy też miejsca pochówku szczególnych osób, w tym wypadku kapłanów, bądź przywódców.
Kamienne kręgi budowane były zawsze w podobny sposób: z nieparzystej liczby głazów, z których dwa najwyższe zaznaczały wejście, a dokładnie naprzeciw nich leżał(nie stał) znacznie mniejszy głaz. Zorientowane były one w kierunku pólnocnowschodni/południowozachodzni. Podejrzewa się, że ich charakterystyczne rozmieszczenie pomagało określić za pomoca słońca, księżyca i gwiazd, porę roku.





Kolejny punkt - głaz z wyrytymi inskrypcjami. Dzięki tablicy informacyjnej dowiedziałam się całkiem sporo interesujących rzeczy. Napis wyryto w starożytnym języku irlandzkim, co wskazywałoby, że ludzie porozumiewający się celtyckim, byli już wtedy na tych terenach. Celtowie uchodzili za dość luźne społeczności rozrzucone po Europie, mówiące podobnymi językami. Dla ówczesnych Greków czy Rzymian, wydawali się być wszyscy tacy sami.
Jak się powszechnie uważa, Irlandia to kraj Celtów, ale nie znaleziono tutaj jakichś szczególnych znaków wskazujących na celtyckie panowanie na tych ziemiach, czy celtyckie podboje. Archeologowie uważają, że kultura celtycka została zaadoptowana w ten sam sposób, w jaki później przyjęto kulturę zachodu.
Gdzie sięgają natomiast korzenie języka irlandzkiego, trudno powiedzieć; jest on na pewno jakąś formą celtyckiego, ale archeologowie i lingwiści twierdzą, że sięga on epoki brązu, czyli długo przed tym, zanim pojawili się tutaj ludy celtyckie.
Głazy z takimi napisami stawiane były często na cześć zmarłych. Inskrypcje czytane były z dołu do góry. Co ciekawe, taka forma pisma używana była jeszcze kilka setek lat temu!






Forty w kształcie okręgu, czyli umiejscowione na wzniesieniu, otoczone palisadą z bali(kamienia) i kanałem biegnącym dookoła, koliste place, w obrębie których znajdowało się kilka budynków. Forty zamieszkiwali najważniejsi dla społeczności ludzie: przywódcy, bogaci farmerzy, rzemieślnicy. Także królowie budowali i żyli w takich fortach. Zwykli ludzie osiedlali się poza murami, ale też niezbyt daleko. Poza palisadą znajdowały się pola uprawne, ogrody, czasem sady z jabłoniami i śliwami.
W samym forcie były zagrody dla zwierząt, kurnik, często pasieka. Wewnątrz trzymano wszystkie narzędzia do pracy na roli. Bardzo często budowano specjalne pomieszczenia pod ziemią, w których trzymano żywność. Były to pierwsze spiżarnie.






Bedąc wewnątrz, odczułam spokój, który chyba wywołany był samym miejscem, jego cichością przerywaną tylko szumem wiatru pod dachami i śpiewiem ptaków.


Słońce przygrzewało, dziewczyny biegały między chatami, ja spacerowałam, oglądałam wszystko i czułam się jakby mnie przeniesiono do innej rzeczywistości.


Tutaj już widać, że wnętrze jest wyposażone w materiały, łoża zaścielone nie tylko skórami, ale i płótnem; pierwsze stoły, znacznie więcej naczyń... wszystko to wskazywało na większe bogactwo mieszkańców, na nieco większą dbałość o komfort.



Specjalna chata - spiżarnia. Podwieszone szynki i kiełbasy, sery na stołach i atrapy jedzenia, którego już nie potrafiłam zidentyfikować. Sama nie wiem, czy dach z trzciny tak izoluje, czy to jakaś inna tajemnica budowniczych, w każdym razie na zewnątrz było bardzo ciepło, a po przekroczeniu progu otaczał nas chłód.



Wiata, pod którą gromadzono sprzęty rolnicze



I jeszcze jedno zdjęcie pokazujące wnętrze ówczesnego fortu:



Na zewnątrz można było popróbować swoich sił w pleceniu płotów. Oczywiście wszyscy zabraliśmy się za przeplatanie:



Zabawa była na tyle dobra, że dziewczyny nie chciały opuszczać tego miejsca.



I dzisiaj na tym zakończę wycieczkę. Kolejna porcja za kilka dni, kiedy już przejrzę dostępne materiały i zbiorę to w sensowną całość.